Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiowo i refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiowo i refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 czerwca 2025

Smaki własnego dzieciństwa

Wspomnienia z mojego własnego dzieciństwa oddalają się z każdym rokiem coraz bardziej. To jest już tak daleka przeszłość, przykrywana kolejnymi wspomnieniami rodzinnymi, że nie mogę sobie przypomnieć pewnych wydarzeń.

Tak jest między innymi z Dniem Dziecka - nie przypominam sobie, żeby był to szczególny dzień w moim domu lub w szkole. Dziura w pamięci... żadnych rozrywek... żadnych prezentów.

O wiele lepiej pamiętam smaki MOJEGO dzieciństwa, a wśród nich wielkie "wafle tortowe". Cieniutkie kwadratowe arkusze, które lubiłam pożerać bez żadnych dodatków. Te wafle przekładało się marmoladą, przyciskało czymś ciężkim, a później kroiło na dowolne kawałki.

W ramach wspomnień zrobiłam takie wafelki, chociaż to oczywiście tylko namiastka. Tak cienkich wafli nie widzę w sprzedaży, a krem... no cóż... nutella ze słoika.

Dlaczego tak podkreśliłam swoje własne wspomnienia?

Bardzo denerwują mnie wszelkie uogólnienia i założenia, że wszyscy przeżywaliśmy to samo... pamiętamy to samo... znamy te same słowa, potrawy, zabawki itd.

Co rusz pojawiają się w internecie różnotematyczne quizy wspomnieniowe, w których pytania zawierają nazwy i terminy z założenia znane wszystkim. Ich autorzy (najczęściej młodzi ludzie) wrzucają zdjęcia i nazwy np. potraw, o których ja nigdy nie słyszałam. A żyję już dość długo.

Wytłumaczenie jest proste, ale chyba nie dociera do niektórych - zawsze były w polszczyźnie regionalizmy, nazwy znane tylko w niektórych częściach kraju, a teraz wrzuca się wszystko do jednego worka, "bo przecież internet jest jeden!".

środa, 26 czerwca 2013

Trochę blogowych porządków

Od pewnego czasu coraz częściej trafiam na blogach na informację, że od lipca zniknie funkcja obserwowania blogów. I jednocześnie autorki blogów proponują w to miejsce obserwację poprzez Bloglovin.
Nie wiem, czy to tylko plotka żyjąca po puszczeniu w świat własnym życiem, czy rzeczywiście tak się stanie. Jakoś nie mam zupełnie ochoty na ładowanie się w kolejną anglojęzyczną stronę, bo chcę czytać i pisać po polsku. Zajrzałam do takiej strony na jednym z blogów, który często odwiedzam i od wejścia poraził mnie wskakujący w oczy FB (którego nigdy nie oglądam z własnej woli, tak mnie denerwuje grafika tej strony i w ogóle całokształt). O nie... to nie dla mnie... (w nieokreślonej przyszłości, bo kto wie, kiedy mi coś odbije i jednak to sobie zainstaluję).

Jak na razie zrobiłam pewne porządki polegające na zapisaniu w blogowym adresowniku wszystkich obserwowanych przez mnie blogów.
Dokładniej mówiąc -  nie wszystkich, niestety. W trakcie tych porządków znalazło się kilka blogów, które przestały istnieć. Szkoda, bo były to ciekawe miejsca. Ja nie zapisywałam się na obserwatora wszędzie, gdzie popadło, więc moją listę tworzyły blogi wartościowe.
Na innych z kolei blogach nie znalazłam nowych postów - przerwy są dłuższe lub krótsze. To z kolei może niepokoić, dlaczego autorka milczy kilka miesięcy. Szczególnie w przypadkach, gdy wiemy o poważnej chorobie.

A na moim własnym podwórku? Sytuacja jest podobna - ja nie piszę, zaglądający się nie odzywają.
To, że ktoś odwiedza ten blog, widzę tylko poprzez statystkę bloga. Nie śledzę tej opcji zbyt mocno, ale dzisiaj tam zajrzałam. Słabiutko...

Nie piszę, bo nie mam o czym (robótki leżą), bo nie mam czasu (wracam do domu późnym popołudniem lub wieczorem), bo nie mam siły, ani nastroju (kto, mając problemy z własnym zdrowiem prowadził dwa gospodarstwa domowe równocześnie i opiekował się chorym rodzicem, ten wie).
Z tych samych powodów mam coraz większą absencję na forum...
Próbuję utrzymać jaką taką sprawność umysłu, pisząc na blogu książkowym i filmowym. Pisanie zawsze mi szło szybko i próbuję ten plus jakoś wykorzystać. To moja własna terapia zajęciowa, bo już czułam, że jestem na prostej drodze do otumanienia. Muszę coś robić, żeby mózg nie wypadł całkiem z użycia teraz, gdy już jest poza kieratem roboczym.

Robótkowo ratuję się w sposób, który polega na zaczynaniu kolejnej robótki i po krótkim czasie porzucaniu jej. Dzięki temu tworzę własne ZPT - nie myślcie, że to przedmiot szkolny, znany nam jako zajęcia praktyczno-techniczne. Nie, to mój Zbiór Porzuconych Tworów. Cały czas mam nadzieję na zakończenie wszystkich (w czasie nieokreślonym oczywiście). Jednak teraz nie potrafię skupić się na żadnej robótce, co mnie bardzo martwi. Szczególnie w kontekście wielkiego projektu, który chciałabym już zacząć i skończyć najpóźniej do września 2016 roku - to ma być prezent dla mojego męża, z okazji kolejnej okrągłej naszej rocznicy. A tu leżą wszystkie metryczki dla dzieci urodzonych w ciągu ostatnich miesięcy - szczególnie mi wstyd, bo to rodzinne dzieciaki, najbliższe. Akurat taki wysyp urodzin się zdarzył. Nie wspomnę już o metryczce dla mojego pierwszego wnuczka, który we wrześniu skończy 4 latka. A jeszcze inne, większe lub mniejsze Porzucone Twory leżą.

Na temat upałów staram się już nie wypowiadać, bo jestem od dawna monotematyczna.
Na szczęście się ochłodziło, trochę deszczu spadło, ale coś za coś - gwałtowny deszcz zniszczył pięknie kwitnące peonie...


Pozdrawiam zaglądające koleżanki :)

sobota, 19 stycznia 2013

Samochodowe niespodzianki

Jestem sobotnią pasażerką - w odróżnieniu od niedzielnych kierowców.  W tygodniu muszę poruszać się po mieście samodzielnie, bo osobisty  kierowca niestety musi kiedyś pracować. Ale w dni wolne mam ten luksus - powiedzmy luksusik, biorąc pod uwagę podeszły wiek naszego samochodu.
Dzisiaj siedziałam sobie wygodnie i bezstresowo na fotelu pasażera, za oknem -10 stopni, pada delikatny śnieżek - jest cudnie. I nagle słyszę: "chyba mamy kapcia". Dzięki warstwie śniegu zjazd na chodnik był łagodny - rzeczywiście, kapeć...
W takich chwilach nie wyobrażam sobie siebie z lewarkiem i kluczem do odkręcania śrub. Wymiana koła to nie jest damskie zajęcie, szczególnie w takim ciężkim gracie jak nasz.
Jednak czasami brak prawa jazdy jest wygodny...


poniedziałek, 14 stycznia 2013

Śnieg pada...

"Śnieg pada, śnieg pada,
cieszą się dzieci.
Tu płatek, tam płatek,
tyle ich leci..."

To słowa starej piosenki przedszkolaków...  bardzo starej, bo ja ją pamiętam z czasów swojego dziecięctwa...


Od kilku dni mamy u siebie cudowną, prawdziwie polską zimę...
To jedyne chwile, gdy rzeczywistość realizuje moje marzenia i wspomnienia...
idę po białym "jak śnieg" puchowym płaszczyku.. śnieg chrzęści przy każdym kroku.... chrzęści, bo jest mróz, dzięki któremu wspaniale się oddycha... pada gęsty śnieg, chwilami porywany przez wiatr rysuje w powietrzu wirujące koła... wizualizacja wytartych określeń "zawieje i zamiecie"...

W takiej scenerii przedzierałam się dziś wiele metrów do przystanku "na wygwizdowie", gdzie długo czekając na tramwaj - w malowniczym zmierzchu,  przytupywałam sobie radośnie dla rozgrzewki... do domu wróciłam pod postacią śniegowej futro-baby...

Uwielbiam taką zimę...

czwartek, 30 czerwca 2011

Blogowo i robótkowo

Czas mija, lecz nie do końca leczy rany.
Mało piszę, trochę odwiedzam znajome blogi, ale i tam rzadko się odzywam.
Trochę więcej na forum, ale to też tylko pozory beztroski.
Pierwszy raz chętniej korzystam z emotek, niż piszę "własnymi słowami"...
Myśli wracają ciągle do minionych tygodni i miesięcy... bronię się jak mogę przed ich złym wpływem na moją psychikę.
Podobną blokadę mam w robótkach, prawie nic nie powstaje.
Stół i jego okolica, wraz z moim ulubionym fotelem, są zarzucone rozpoczętymi robótkami, a ja niewiele mogę z siebie wykrzesać.
Jednak nie chcę się poddawać, jestem potrzebna moim najbliższym.
Zaczynam więcej pisać na blogach i sięgam po robótki.

To teraz czas na mały remanent z frontu robótkowego...

Na pierwszy ogień druty.
Mój wymarzony wyjazd nad morze na początku czerwca zorganizował się tak nagle, że nie miałam czasu wcześniej odpowiednio się wyposażyć.
Chodzi o cienką osłonę skóry przed opaleniem się na prosiaczka pierwszego dnia pobytu (później też).
Zaczęłam więc szybko robić chustę, którą skończyłam już nad morzem.
Chusta jest mała, ale akurat na szyję i kark.
Oczywiście nie jest blokowana (jeszcze tego nigdy nie robiłam) i wymaga przedłużenia (co się zrobi w wolnej chwili).
Ale na ten raz była akurat.
Zrobiłam ją ze starych zapasów bawełny zerówki.
A tak chusta  pozowała na parzącym piasku


kamienie były niezbędne, bo wiatr był bardzo silny


jeszcze jedno zbliżenie

Siedziałam sobie na plaży i cieszyłam takimi widokami


Co się dzieje na tamborkach? -  stawiam różne krzyżyki w różnych robótkach z różną częstotliwością.

Ostatni pobyt na działce to krzyżyki w robótce SAL-owej.
Zabawa już dawno się zakończyła, ale jeszcze kilka serduszkowych robótek jest nieskończonych ( w tym moja).
Zatarło mi się w pewnym momencie z powodu braku muliny.
Nie mogłam kupić tego koloru - pani w pasmanterii przestraszyła mnie lekko komunikatem, że muliny tej firmy już brakuje  w hurtowniach.
Na szczęście znalazły się jeszcze potrzebne motki (ostatnie dwa w sklepie).
Wypatrzyła je nieoceniona  Kinia , a Poczta Polska dostarczyła.
Kiniu - jeszcze raz bardzo Ci dziękuję.
Robótka posunęła się trochę - skończyłam przedostatnie serduszko.
 


A tak wygląda całość, rozwinięta do umocowania tamborka dla następnej literki - oczywiście to wersja robocza, więc wygniecenia są zrozumiałe.



To dla mnie wyjątkowo miły hafcik - sięgam po niego z przyjemnością, nie śpieszę się...

Pozdrawiam stałych i nowych gości...
I odezwijcie się czasem...

środa, 30 marca 2011

Nie lubię...

Nie lubię tej obecnej rzeczywistości, w której nie stać mnie na nowe ciuchy i inne nowe części garderoby.
Nie lubię sklepów, w których nie ma ciuchów na mnie (bo jestem "nietypowa").
Nie lubię nie mieścić się w  lansowanych kanonach urody, młodości, bogactwa.
Nie lubię być niepotrzebnym ciężarem dla młodego społeczeństwa, które podobno musi na mnie  pracować itd, itd, itd...

Raczej rzadko bywam w galeriach handlowych, chociaż mieszkam blisko tej najpopularniejszej.
Nie lubię tego jarmarcznego prymitywnego spędzania wolnego czasu, ogłupiającego koczowania całymi rodzinami wśród sklepów i ruchomych schodów, z erotycznymi niespodziankami w toaletach.
Jeśli  już muszę kupić coś spożywczego, czy chemicznego właśnie tam,  załatwiam to szybko nie zwracając uwagi na mijane wystawy.
Już dawno mam za sobą okres oglądania niektórych wystaw, tak po prostu, żeby nacieszyć oko na przykład  piękną porcelaną.
Teraz przy oglądaniu towarzyszy mi myśl "i tak Cię nie stać, więc daruj sobie".

Dzisiaj musiałam wskoczyć szybko do galerii, w poszukiwaniu mąki razowej do pieczenia chleba (w okolicznych sklepach nie było).
I niestety, mijając kolejne wystawy nieopatrznie zwolniłam.
A tam oczywiście ciuchy dla młodych, chudych i wysokich - z cenami nie na mój cienki portfelik.
Widząc szmatławą tuniczkę (z ochłapu materiałowego) za 500 zł, czy torebkę wątpliwej piękności za 1400 zł, mam rewolucyjne myśli w rodzaju rzucania  łódzkim brukiem w wystawowe szyby.
Ciekawe skąd miałabym wziąć takie sumy?
I po co mi było pracować na pełnych obrotach, aż do wypalenia ... dokształcać się kosztem życia rodzinnego... - wszystko dla idei?
Kiedy odchodzimy z zawodu, opuszczamy środowisko, pies z kulawą nogą się za nami nie obejrzy.
Telefon zadzwoni coraz rzadziej...
Nikt nie pamięta naszego zaangażowania, poświęcenia - nasze "ważne" wypracowane dokumenty tracą swoją ważność, a papiery  lądują w koszu.
Jesteśmy w pracy potrzebni "tu i teraz", później już nie istniejemy w niczyjej pamięci...

piątek, 21 stycznia 2011

Dziś babciowo...

Nie zorientowałam się, kiedy mój życiowy czas przeleciał  błyskawicznie i w pewnym momencie zostałam babcią.
Ja tu sobie jestem na etapie duchowej młodości, bo lustro starannie omijam wzrokiem, a tu nagle babcia?
W myślach wydaje mi się, że jeszcze lata przede mną, a nie za mną.
Słowo "babcia" określające mnie osobiście jakoś nie znaczy to samo, co w stosunku do moich własnych babć.
I to pewnie "wina" dzisiejszych czasów, współczesnych  technologii.
Jak się mogę czuć staro będąc pod rękę z internetem, blogowaniem i forumowaniem, na równi z młodymi dziewczynami i kobietami?
Nasz rodzinny Maluch to dziecko, które kocham  miłością macierzyńską, nie babcińską.
Czyli dostałam kolejne swoje dziecko - tym razem bez wątpliwych uroków samodzielnego rodzenia.
Ot... gotowe dziecko w pakiecie z samymi przyjemnymi aspektami sprawy.
Nie muszę wychowywać, mogę rozpieszczać...
Nasz Maluch to dziecko na wskroś chustowe - wychowany w chuście od urodzenia, w najróżniejszych sytuacjach: na spacerze, w domu (w trakcie maminych czynności domowych typu gotowanie, prasowanie itd), na tańcach w grupie "mama z dzieckiem w chuście".
Ja również zaliczyłam króciutki epizod chustowy, chcąc sobie ułatwić krótkie spacery z kilkumiesięcznym żywym srebrem (bez wózka).
To uwiecznione moje pierwsze zmagania z materią czyli chustą kółkową (aż Maluchowi wszystkie części ubrania rozjeżdżały się na wszystkie strony).
Do zwykłej chusty nawet bym nie podchodziła, tyle tam jest tego owijania i naciągania. 
To dobre dla młodych, sprawnych fizycznie  mam...

 
A przy okazji - wszystkim Babciom wszystkiego najlepszego!!!
I w dedykacji piosenka, która zupełnie niespodziewanie okazała się niezwykłym "uspokajaczem" dla płaczącego Malucha.
Któregoś dnia, trzymając go na kolanach, włączyłam laptopa (w akcie rozpaczy, czym by  tu uspokoić maleństwo) i weszłam na bloga Arsarnem.
Chciałam mu pokazać laleczki na głównej stronie...  a tu nagle z głośnika popłynęła ta  melodia... Maluch tak się zasłuchał, że zapomniał  o płaczu...

piątek, 7 stycznia 2011

Wspomnienie...

Dziś rano przeczytałam wiadomość w poczcie internetowej - Odszedł Krzysztof Kolberger... niezwykły człowiek.
Napisano wiele o jego aktorstwie, wspaniałym głosie,  osobowości, walce z chorobą - będzie się o tym pisać w przyszłości.
Każdy z nas ma inne wspomnienia o ludziach, których już nie ma wśród nas.
Moje, to dawne wspomnienie z czasów licealnych, kiedy pierwszy raz  zobaczyłam Go w telewizji.
Jakaż była to osobowość aktorska, skoro właśnie jego, młodego aktora tak od razu i na zawsze zapamiętałam.
Oglądałam wtedy regularnie poniedziałkowy Teatr Telewizji, a w jednym z tych spektakli zagrał Krzysztof Kolberger.
Zapamiętałam doskonale tytuł i treść sztuki - "Lucy Crown" Irvinga Shawa.
Poszukałam dzisiaj w sieci i znalazłam zapis tamtej adaptacji scenicznej  z 1972 roku: tutaj

środa, 5 stycznia 2011

Bez tytułu...

Życzę wszystkim, którzy wprowadzając przepisy, ustawy i cały system opieki zdrowotnej, decydują o naszym życiu - nie życiu, aby  efekty swoich decyzji odczuli na własnej skórze.
Nie w luksusowych klinikach za ciężkie pieniądze, ale w zwykłym polskim szpitalu.
Niech będą leczeni i obsługiwani przez papiery, formularze i komputery...

Życzę niektórym bezdusznym, aroganckim, opryskliwym, niekulturalnym lekarzom, pielęgniarkom i salowym, aby byli zdani na łaskę im podobnych pracowników.
Życzę im, aby leżeli porzuceni w niewygodnej pozycji, zaniedbani w pokrwawionej pościeli, z zaschniętymi  na twarzy resztkami jedzenia, prosząc o łyk wody...

środa, 22 września 2010

To właśnie ta niespodzianka...

Wcześnij niż planowałam mogę pokazać niespodziankę urodzinową od Kini.
Sama Kinia pokazała ją na swoim blogu, a że moje zdjęcia pewnie byłyby i tak gorsze, więc po krótkim zapytaniu wstawiam tu zdjęcia autorki.

Jak pisałam w poprzednim poście dostałam przeróżne gazetki robótkowe (niektórych tytułów nie widziałam wcześniej),przemiłą karteczkę z życzeniami i niespodziankę - komplecik kuchenny własnoręcznie przez Kinię wykonany.




Powtórzę co napisałam w komentarzach - komplecik jest PRZEŚLICZNY.
Perfekcyjnie, starannie, pięknie wykonany - wiadomo, jak każda rzecz zrobiona przez Kinię.
Nie wyobrażam sobie używania rękawicy na co dzień do garów, chociaż jest odpowiednio gruba i wygodna.
Będzie ozdobą kuchni.
Natomiast fartuszek założę czasami od wielkiego dzwonu (przy okazji uroczystych spotkań) i żeby gościom oczy wyłaziły z zazdrości.

Kiniu - jeszcze raz bardzo dziękuję za tę niespodziankę!!!
Ściskam Cię mocno...

środa, 28 kwietnia 2010

Wiosenne pożegnanie

Dziś odeszła Pani Stefania Grodzieńska.
Żyła długo - być może uśmiechnęłaby się na stwierdzenie, że gdzieś tam w górze ktoś zagubił jej teczkę życia.
Czy to nie symptomatyczne, że odeszła właśnie w taki wesoły, kolorowy, pachnący wiosną dzień?
Jej doskonała polszczyzna, cudowne poczucie humoru, wspaniała umiejętność przedstawiania w krzywym zwierciadle naszej rzeczywistości zgrzebnego PRL, satyryczne spojrzenie na polskie wady, wspomnienia lat przedwojennych - to wszystko można znaleźć w jej twórczości.
Dla naszej rodziny pozostanie przede wszystkim autorką "Wspomnień chałturzystki" - fantastycznej książki czytanej wielokrotnie.
Z niej właśnie pochodzą pewne określenia i sformułowania, które weszły na stałe do naszego rodzinnego języka.
Rozumiemy się bez zbędnych wyjaśnień, kiedy na przykład określimy kogoś słowem "hurysa".
Nie da się opisać w krótkiej notce znaczenia językowego, kulturowego, satyrycznego tej książki.
Wielokrotnie miałam ochotę napisać w jakiejś formie do Pani Stefanii (nie wiedziałam gdzie skierować list), żeby oprócz przekazania jej słów podziękowania, zapytać o pewien skecz.
A właściwie o jego treść.
Kilkakrotnie mowa jest o skeczu "Strażak Prochorczuk", który w wykonaniu Ireny Kwiatkowskiej i Kazimierza Brusikiewicza był największym przebojem owych sławnych chałtur.
Treść zmieniana, długość wydłużana do potrzeb czasowych, aż dojadą na występ pozostali członkowie ekipy, improwizacja mogąca w pewnym momencie wypełnić całość programu - przy pełnej sali widzów zwijających się ze śmiechu.
Nigdzie jednak Pani Stefania nie napisała o co właściwie chodziło w tym skeczu.

A teraz już nie zapytam...

Nie odkładajmy spraw, spotkań, pytań, miłych słów na później...

czwartek, 22 kwietnia 2010

Tilda

Cóż to jest?
Odpowiedź dla tych, którzy może jeszcze nie wiedzą - to jest lalka?/figurka?/postać?, którą można sobie uszyć samemu.
Ja też dość długo nie wiedziałam jak ona wygląda, a już o niej słyszałam tu i ówdzie.
Obserwuję to tildowe szaleństwo jak zjawisko socjologiczne, bo trudno go nie obserwować, skoro stale powiększa się grono jej twórczyń.
I zadaję sobie kilka pytań:
- czy to jest tylko moda? podobna do mody na lalki Barbie? - czyli "biorę w tym udział, bo to jest teraz modne, bo wszyscy szyją Tildy?"
jeśli moda to o wiele łatwiejsza do zaspokojenia, bo każdy (choć trochę szyjący) może spróbować wykonać laleczkę własnoręcznie
- a jeśli to rzeczywiste, prawdziwe zauroczenie tildowymi kształtami, to gdzie tkwi klucz? co takiego jest w samej Tildzie, że tak się podoba?
Czytam w wielu miejscach opisy powstawania kolejnych Tild, ale właściwie nigdzie nie znalazłam odpowiedzi na takie pytanie.
Piszę o tym dlatego, że nurtuje mnie to od pewnego czasu, bo należę do innej grupy: mnie się Tilda nie podoba.
Ten wpis nie jest tematem do dyskusji o gustach, bo wiadomo, że o nich się nie dyskutuje.
Każdemu może się podobać co innego - to co dla kogoś jest przepiękne, dla innych może być okropnym bezguściem.
I na szczęście minęły czasem, kiedy coś musiało się nam podobać, bo było narzucone "odgórnie".
Dlatego jestem ciekawa - czym zachwyca Tilda?

wtorek, 6 kwietnia 2010

Jeszcze świątecznie

U mnie jeszcze świątecznie, a to za sprawą naszej niezawodnej poczty.
Niezawodnej, bo zawsze można liczyć na nieterminowość dostarczania przesyłek.
Dzisiaj dostałam śliczną, prawdziwie wielkanocną kartkę od Kini.
Kartę radosną, pięknie, starannie wykonaną - ale to nie nowina, bo wszystkie robótki Kini to cudeńka najwyższego lotu.

Kiniu - bardzo Ci dziękuję, jeszcze mogę mieć trochę tej magii świąt, o której wspomniała Madzia w komentarzach.
Tym bardziej, że w dawnej Polsce świętowano prawie cały następny tydzień - to co szkodzi poczuć klimat dawnych wieków.
A jedzenia świątecznego jeszcze trochę mamy.
Przy okazji nawiązując do informacji, które dzisiaj można było usłyszeć w radio i telewizji:
ja
nigdy nie wyrzucam jedzenia nadającego się jeszcze do spożycia.
Staram się nie kupować zbyt dużych zapasów, a jedyne (dość rzadkie) przypadki, kiedy coś jestem zmuszona wyrzucić to zepsucie się jedzenia.
Na to niestety nie mamy dużego wpływu, bo kupując produkty niby świeże, nigdy nie wiemy, jak szybko się zepsują.
A na zdjęciu fragment mojego Śniadania Wielkanocnego.


Zmęczenie słowem

Już po świętach, środek nocy, pada deszcz.
Leniwie odbywam blogową wędrówkę po znajomych blogach - tam trafiam, gdzie nacisnę w zakładkach adres nie znanego mi bloga.
Oglądam, czytam pobieżnie - za dużo jest informacji, nie jestem w stanie bardziej się skupić na treści.
Mam wrażenie, że informacje tam mnie atakują ze wszystkich stron za zbyt wolne tempo przyswajania.
Chyba dopadło mnie swoiste nasycenie internetem - jeszcze przeglądam strony... otwieram coraz to nowe linki... jeszcze biernie poczytam ... coś tam mnie zaciekawi... ale już coraz mniej chce mi się cokolwiek napisać.
Całe lata mojej aktywności zawodowej to były głównie papiery: bardzo szybkie czytanie (właśnie pobieżnie, po łebkach), wymyślanie koncepcji, opracowywanie pomysłów i pisanie, pisanie, pisanie bez końca ... a teraz mam stosy papierów, których dotąd nie mogę się pozbyć...
Tak lubiłam czytać i coś tam pisać, a teraz tak bardzo mi się nie chce.
Czy to bunt organizmu? zużycie materiału? życiowe wypalenie?
Nie wiem, nie szukam przyczyn i nawet nie chce mi się nic analizować.

Kiedy odwiedzam blogi kreatywnych, aktywnych, pełnych zapału młodych kobiet czuję się jak.... może jednak nie nazwę tego tak jednoznacznie, niedomówienia wystarczą.

środa, 24 marca 2010

Robótkowe chorobowe

Poprzednia notka dotyczyła pożegnania zimy.
W tej nie mogę nic napisać o powitaniu wiosny, bo siedzę/leżę zamknięta w domu.
Nie widzę wiosennego świata i nie wącham wiosennego powietrza.
W widzeniu i wąchaniu skutecznie przeszkadza mi silna infekcja - a w pakiecie zestaw standardowy (katar, zapchany nos, kaszel, ból gardła, łzawienie oczu, woda z nosa, ból głowy, ból zatok, łamanie w kościach, na termometrze mam 35,8 C - dalej ani rusz).
Wiem, że wszyscy znają podstawowe objawy grypopodobne (grypy nigdy lekarze nie stwierdzają, choćby pacjenci chodzili w gorączce po ścianach, bo to zaraz inna jednostka chorobowa).
Jednak jestem tak rozżalona na złośliwość losu pod postacią podłego wirusa, że właśnie sobie tutaj pofolguję - w końcu to mój prywatny kawałek podłogi...
Przerwa na gwałtowne wycieranie nosa i oczu.
Na znajomych i mniej znajomych blogach co rusz pojawiają się notki prezentujące piękne dekoracje wielkanocne, pisanki przeróżnej maści (czyli wykonane różnymi technikami), karteczki świąteczne już wysłane.
U mnie za to powtórka z rozrywki - również w grudniu, przed świętami Bożego Narodzenia nie miałam zupełnie czasu, ani sił na świąteczne robótki (choroba mamy i większość czasu na dojazdach i w szpitalu).
Przerwa na chusteczkę ... - piszę w scenerii żywcem z filmu "Miłość, szmaragd i krokodyl", ale tam podłoga głównej bohaterki była usłana chusteczkami używanymi do płaczu nad losami bohaterów w trakcie mąk twórczych.
A u mnie takie pospolite choróbsko...
Tak mi bardzo żal, że siedząc/leżąc w domu nie mogę popchnąć robótek do przodu.
A może zaraz po chorobie zrobić jakieś robótki wielkanocne? - na przyszły rok będą jak znalazł...
Cytując własne słowa z mojego bloga kulinarnego jestem zmuszona zawiesić blogowanie na jakiś czas - sama sobie wystawiam blogowy druczek L-4 (takie wspomnienie z przeszłości).
Chusteczka, kaszel...
Wiadomo - gdybym zaczęła przygotowania miesiąc wcześniej, to mogłabym teraz pogwizdać na tego wirusa, który miał taki kaprys wskoczenia do mnie.
Niestety, nie jestem taka poukładana, a z wiekiem nadzieją na zmianę maleje.
Kaszel ...
Chciałabym jeszcze dłużej pociągnąć swoje żale, ale już pokładam się na klawiaturze... a w kuchni czeka nocna porcja lekarstw i inhalator... a nie ma kto pozbierać chusteczek, bo M. na wszelki wypadek już śpi.
Byle do Świąt...

niedziela, 14 lutego 2010

Anty - Walenty

Nie "obchodzę" robótkowych Walentynek w tym roku.
Właściwie to nigdy nie czułam tego święta - zakochanych ... podobno.

Ubiegłoroczne moje hafciki serduszkowe to był wyjątkowy eksces - ale powód też był szczególny!
To jest dla mnie handlowe święto, narzucone nam w podobny sposób, jak kiedyś inne święta polityczne.
Prawdopodobnie zakorzeni się ono i u nas, wraz ze wzrostem kolejnych pokoleń - bo to fajny dzień dla nastolatek i młodzieży jeszcze nie zaobrączkowanej (lub jak kto woli - chodzącej luzem bez pary).
I jak się tak od wczesnych lat przyzwyczają, to będzie dla nich
ich święto.
Będą je na starość wspominać z łezką w oku, choć teraz nie są w stanie uwierzyć, że oni też staną się starymi ludźmi
...
Ale w czasach naszych zakochań (czyt. mojego pokolenia), nikomu nie śniło się takie święto u nas w Polsce.
Ba... mało kto wiedział, że takie jest - gdzieś tam, za granicą (za granicą tzn. na zgniłym Zachodzie).
Jakoś do zagranicy wschodniej się nie skłanialiśmy.

Specjalnego Dnia Zakochanych nie by
ło w kalendarzu, więc jestem stale zakochana w moim M. od ... lat.
Liczby lat nie podaję, bo nie uwierzycie...


Z kolorowych lat szaro-bure zdjęcia...


wtorek, 26 stycznia 2010

Jestem w mniejszości

Wracałam do domu - na dworze mróz, zima trzyma.
Stałam na przystanku czekając na tramwaj...
Bardzo zimno, wiatr mnie przeszywał na wylot, ręce w rękawiczkach mi zgrabiały, palce u nóg już też zmarznięte - a w pewnym momencie zabrzęczała mi w głowie taka myśl "Jak ja kocham taką zimę!!!".
Myśl sama przemknęła jak meteor - ja jej nie wywoływałam.

Nie ciągnę dalej tematu, bo nie znajdę zrozumienia...wiem...

Edycja posta:

Jeszcze słówko w temacie zimowym.
W czasie przerwy między dużymi mrozami zobaczyłam na ulicy aktywistę z modnymi kijkami do chodzenia.
Nie używam fachowej nazwy, bo nie pamiętam jak to się poprawnie pisze, a nie chce mi się szukać w słowniku.
Otóż ten kijkowy fan maszerował energicznie dziabiąc nimi śnieg - ubrany w markowe, eleganckie ciuchy sportowe, dobrane pięknie kolorystycznie.
Obok niego biegł piesek - pewnie jego własny, bo miał psie ubranko w tej samej kolorystyce.
Wgapiłam się bardziej w pieska niż w pana, ponieważ nagle miałam takie skojarzenio-pytanie (oczywiście wewnętrzne): "a gdzie są kijki pieska???".
Obowiązkowo powinien też być w nie wyposażony.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Hu, hu, ha! Nasza zima zła!!!

Jak w bardzo starej, przedszkolnej piosence...
Dość szybko zachwyt nad pięknem zimy został zastąpiony przez skargi i narzekania.

A przecież to normalne, że w styczniu jest w Polsce zima - pada śnieg, jest mróz, zaspy i ślisko na drodze, a przy chodnikach bajora wody z lodem.
Tylko chyba większość z nas przyzwyczaiła się do wygodnej jazdy własnym samochodem, więc kiedy ten samochód stoi zasypany śniegiem, to prawdziwa tragedia.
A w dużych miastach "to mają dobrze", bo tam jeżdżą tramwaje i autobusy...

Nic bardziej mylnego - do tramwaju i autobusu też trzeba najczęściej dojść - dłuższy, czy krótszy odcinek.
Najczęściej brnąc w śniegu lub ślizgając się po lodowisku na chodniku.

A dozorcy nie spieszą się w myśl słów piosenki Rosiewicza "rusz się Zenek, śnieg na dworze".

Idąc wcześnie rano do pracy najczęściej byłam w grupce pierwszych przechodniów, mocząc w śniegu buty dość głęboko, a potem zamieniając się w pokaźnego bałwanka zasypanego śniegiem na przystanku.
Miejsce akcji: centrum miasta...

Ja jednak bardzo lubię zimę, czekam na nią z utęsknieniem (nienawidzę upałów).
Wychowałam się w kraju z czterema porami roku i znam równie dobrze "uroki" zimy od drugiej strony.
Nikt mi więc nie może zarzucić, że sobie wygodnie siedzę w blokach patrząc na zimę za oknem.

Wychowałam się na peryferiach miasta, w domu z ogródkiem.
Żeby się z niego wydostać trzeba odgarnąć śnieg na odcinku kilkunastu metrów do furtki, potem obowiązkowo odśnieżyć chodnik na całej długości parceli.
Niemal od urodzenia pokonywałam tę drogę - z domu ok. 200 metrów do przystanku tramwajowego.

Tramwaje jeździły wtedy stadami, więc jak akurat "uciekł", trzeba było przekopywać się dwa długie przystanki tramwajowe do innej linii.

Rodzice nosili mnie najpierw do żłobka, potem chodziłam do przedszkola, potem do każdej szkoły po kolei - wszędzie długi dojazd tramwajem do centrum miasta.

I tak dwadzieścia kilka lat, do chwili kiedy założyłam własną rodzinę i wyprowadziłam się do innej dzielnicy.

Nigdy nie lubiłam grzebania się w ziemi, żadnego sadzenia kwiatków, wyrywania chwastów ... brrr

Lubiłam za to odgarnianie śniegu, więc nie łączę się w bólu z tymi, którzy nienawidzą zimy ... bo samochód nie może wyjechać...

niedziela, 10 stycznia 2010

Raźnym krokiem z Nowym Rokiem?

Chyba jednak nie ... a na pewno nie dzisiaj.
Większość z nas spędza te dni w błogostanie, z zapałem poświęcając się obżarstwu i leniuchowaniu.
Kto nie musi nie wysila się, a nasze wewnętrzne trybiki baaardzo zwolniły.

Na blogach, gdzie nie spojrzeć, podsumowania i postanowienia, albo wręcz przeciwnie - odcinanie się od podsumowań i postanowień.

Ja właściwie nigdy nie robiłam ...

Zaczęłam pisać tego posta 2 stycznia.
Coś mnie oderwało od komputera i już (nie wiadomo kiedy) przeleciał ten styczniowy tydzień.

Teraz na blogach dominują narzekające wpisy o pogodzie - jak to nietaktownie ze strony przyrody, że rzuciła nam ten śnieg (tak utrudniający życie).
O tym napiszę jutro , a teraz wracając do moich przemyśleń:

Ostatnio robiłam noworoczne postanowienia podlotkiem będąc.
Mam jeszcze zachowane zeszyty-pamiętniki (które już od pewnego czasu zbieram się unicestwić).
Znalazłam tam wpisy - zacytuję tylko dwa, żeby nie zanudzać:
- w 8 klasie podstawówki (ja 15 -letnia): ... Mamy więc Nowy rok. Czuję się trochę głupio. Moje noworoczne postanowienie
a. być grzeczną i miłą dla wszystkich
b. zacząć się wreszcie uczyć
c. przestać ciągle myśleć o chłopakach...

- w 4 klasie liceum (ja 18-letnia): ...Nowy rok się zaczął. Ale niezbyt jest mi wesoło. Coraz bliżej do matury, której się coraz bardziej boję. Właściwie daję sobie 50% szans zdania matury...

Przyszłość pokazała, że maturę się zdało, a nawet zaliczyło wymarzone studia (przy okazji na studiach trafił się mąż, ale z innej bajki - politechnicznej).

Później już nie robiłam postanowień, bo czas zaczął mijać coraz szybciej i coraz częściej (subiektywnie licząc) zmieniałam kalendarzyki, przepisując do nowych stare numery telefonów.

Miniony rok przyniósł bardzo radosne wydarzenia, trochę chorób i zmartwień.

Ale ten blog to robótkowe klimaty, więc o nich słów kilka...

Nie podejmuję się sprecyzować swoich robótkowych planów, w ogóle ich nie robię.
Mam z ubiegłego roku tak dużo zaczętych robótek, że mogę spokojnie nazwać rok 2009 "rokiem niedokończonym".
Bardzo żałowałam, że nie udało mi sie zrobić żadnych świątecznych upominkowych drobiazgów.
Zostawiłam to na grudzień, a już od listopada nie było na to czasu.
I tak w rozmowie z córką stwierdziłam, że w tym roku muszę się za bożonarodzeniowe robótki zabierać w październiku.
Na co usłyszałam: " zacznij już teraz!" (taki żarcik!!!).

Nie udało mi się zapoznać z nowymi technikami, o których myślałam.
Mam zamiar do jednej się przymierzyć, już nawet zaczęłam szukać informacji, czytać takie podstawowe abc, potem coś spróbować i może pokażę efekty (ale takie nadające się do pokazywania).
I to nie bedzie szybko...

Moje blogi nierozerwalnie wiążą się z internetem... i tu zaczyna się kolejny świat.
Tamten rok to dużo pozytywnych zdarzeń wirtualnych, ale i realnych.
Poznałam i spotkałam kolejnych ciekawych ludzi - a może lepiej uściślić - ciekawe, interesujące kobiety.
Nowe blogi, nowe miejsca, nowe klimaty...
Dowiedziałam się troszkę nowych rzeczy sieciowych.

Ale nie ma róży bez kolców...
I tu spotkały mnie rozczarowania i niemiłe historie - tym bardziej niemiłe, że zupełnie przeze mnie niezawinione.
Po prostu - internet to odbicie rzeczywistości, są w niej również takie zdarzenia.
Za okazywaną bezinteresownie pomoc otrzymałam w podziękowaniu jakieś obrażalskie, śmieszne, niepoważne zachowania.
A miejsce, które się reklamuje jako super przyjazne, z domową wspaniałą atmosferą okazało się typowym maglem z zawistnymi intrygantkami.
Nie przejdę nad tymi zdarzeniami do porządku dziennego i nie zapomnę, bo nigdy nie godzę się z tak jawną niesprawiedliwością.
Nie zapomnę tym bardziej , że w sieci nadal przecinają się nasze drogi z tymi ludźmi - bywamy przecież w tych samych miejscach (zwiazanych z naszym hobby).
Z tej lekcji wyciągnęłam egoistyczną naukę dla siebie - bardzo mocno się zastanowię zanim zaoferuję komuś swoją pomoc ... już mi się nie chce.

Przykre, ale prawdziwe...