wtorek, 14 sierpnia 2018

Po deszczu...

Po deszczu 

- temat trzeciej Niedzieli z fotografią

Okazało się, że wcale nie mam tak dużo zdjęć robionych  bezpośrednio po deszczu lub po burzy.
Teraz za to nie mam okazji, bo co prawda ostatnio RAZ! spadł deszcz, ale w nocy, więc do rana wszelkie ślady błyskawicznie wyparowały. A znając trafność prognoz pogody dla mojego miasta -  90% nie sprawdza się, nie liczę na okazję w aktualnym tygodniu.

Wybrałam więc z archiwum - zdjęcie zrobione w trawie przy Leśnym Domku.
Po ulewnym deszczu w czasie groźnej burzy (wiadomo, jak jest w lesie).



niedziela, 12 sierpnia 2018

Niedziela z fotografią (2)


Dla ochłody

Upały nie odpuszczają, więc w tym klimatycznym armagedonie zamiast słów niech przemówią same zdjęcia - jak widać nie poddajemy się i humor nas nie opuszcza.

Splocik - Splecione nitki i słowa 



A-lenka -  U Lenki na poddaszu



Czarna Dama - "Misiowy zakątek"



El. - Chwile w codzienności



Na kolejną niedzielę - 19 sierpnia proponuję temat
(mam nadzieję, że będzie jak najbardziej aktualny)

Po deszczu

Zaproszenie do zabawy 

 cały czas aktualne - można dołączyć w każdej chwili
Zapraszam :)

sobota, 11 sierpnia 2018

"Fotograficzny alfabet" - litera Ł

Nie powalczyłam o punkty tym razem... oj, nie!
Efekty tego rozdania w zabawie "Fotograficzny alfabet" ? - ostatnie miejsce.
A więc koniecznie muszę stosować zasadę "pierwsza myśl najlepsza", bo przecież miałam łabędzia, który dawał punkty bonusowe. To, nie... zachciało mi się zmienić na łubin. A jeszcze dołożył się łosoś, który okazał się tak popularny, że zabrał mi  8 punktów.

1. Jedzenie - Łosoś


2. Flora i fauna - Łubin


 3. W domu - Łopatka do ciasta


4. Na ulicy - Łódź wiosłowa



środa, 8 sierpnia 2018

Rocznicowe...(6) - Samokształcenie hafciarskie

Moje samokształcenie hafciarskie to nie tylko wyszywanie, ale także inne techniczne sprawy. Niektóre podpowiedzi i rozwiązania znalazłam w internecie (forum, blogi), do niektórych jednak trzeba było dochodzić metodą prób i błędów.

Najdłużej dokuczliwe dla mnie okazało się niepotrzebne skąpienie na materiale.
Niby czytałam, żeby wymierzać jakiś tam margines, ale ciągle odmierzałam za mało i potem były z takim hafcikiem przeróżne kłopoty.
Podstawowym jest problem z dobraniem odpowiedniej ramki, zawsze okazywało się, że jeden bok jest niewymiarowy.
Inny problem to brak możliwości dalszego wykorzystania haftu - na przykład w formie patchworku, gdy bardzo mało miejsca pozostaje na szwy. Lub połączenia haftu krzyżykowego ze ściegami innych rodzajów, jak to proponuje Splocik w swojej aktualnie trwającej zabawie.

Przykładem mojego niepotrzebnego skąpienia na materiale jest ten "Mak z wiejskiego ogródka". , rozpoczęty wiatrakiem kilka lat temu. Właśnie z powodu braku  miejsca na ściegi dodatkowe nie znalazł się w zabawie.

Teraz już nie popełniam tego błędu - czasami  najpierw szukam ramki do wybranego wzoru, ale najczęściej daję spory kawał kanwy, żeby spokojnie móc go dalej zagospodarować.

Nie miałam pomysłu na inne wykorzystanie niż prosta ramka, więc kupiłam w tanim sklepiku taką niby vintagową i mak przyjemnie dla oka dekoruje półeczkę nad zimnym oczywiście kaloryferem



wtorek, 7 sierpnia 2018

Dla ochłody... Wachlarz - protoplasta klimatyzacji?

Chyba tak można powiedzieć, szczególnie mając przed oczami małe Murzyniątka, które na plantacjach godzinami wachlowały swoich panów, aby im ulżyć w upale...
Nie mam w mieszkaniu klimatyzacji... mam za to kilka wachlarzy, które  w ostatnich latach wróciły do łask nie tylko u mnie.
Nie są to żadne wspaniałe egzemplarze (pod względem materiałów, z jakich są wykonane).
Ot, takie zwykłe wachlarzyki.
Prawie wszystkie to prezenty, tylko jeden kupiłam sama w Ciechocinku  (było upiornie gorąco, a ja zapomniałam wachlarza z domu).

Przez kilka lat wachlarze wisiały na ścianie w naszym przedpokoju jako elementy dekoracji
Po malowaniu nie wróciły na dawne miejsce, bo nie miał kto wbić gwoździ w ścianę(!)
Używam je teraz ciągle, co niestety fatalnie się odbiło szczególnie na jednym (bardzo delikatnym) - prezencie od chińskich esperantystów. I sprawdziłam w praktyce, że najlepiej chłodzą te największe wachlarze i takie, które mają na brzegach materiał. Same drewniane elementy " nie robią"  odpowiedniego wiatru.

Motyw wachlarza zachwyca mnie od dawna. Zaraz na samym początku mojej przygody z krzyżykami zebrałam trochę wzorów, które nadal czekają na swoją kolej. Ciągle liczę na to, że się kiedyś doczekają...
Dla ochłody

  to temat drugiej "Niedzieli z fotografią".

Mając do wyboru różne sposoby chłodzenia organizmu w czasie upałów, do zdjęcia wybrałam właśnie wachlarz jako najmniej szkodliwy (przynajmniej dla mnie). Nie nabija kalorii, nie wysusza nadmiernie skóry całego ciała, nie grozi anginą i bólem gardła.

Morska bryza i wachlarz...

Do zrobienia kolażu wykorzystałam swoje zdjęcia - plaża w ulubionym miejscu Jastrzębiej Góry i jeden z wachlarzy (ten kupiony jako Pamiątka z Ciechocinka)





poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Dla ochłody - Z pamiętnika pasażerki PKP

Z góry uprzedzam, że będzie dłuższe czytanie.

Zanim zdecyduję się jakie będzie moje zdjęcie do drugiej "Niedzieli z fotografią", dzisiaj dla ochłody przypominam archiwalne wpisy z poprzedniego bloga dotyczące pierwszego ataku zimy w 2010 roku.
Ja mogę zmarznąć na kość, a i tak kocham jesień w każdej postaci (chlapa, deszcze, szaruga - jak najbardziej)  i mroźną, śnieżną zimę. Nienawidzę upałów, o czym piszę do znudzenia.

Byłam w tamtym czasie tygodniową babcią Pierwszego Wnuczka, kursującą na trasie Łódź-Warszawa-kawałek za Warszawą. To były dla mnie piękne chwile, mimo zmęczenia fizycznego (Maluch był dzieckiem aktywnym od świtu do nocy). Nie zastanawiałam się wtedy jak łatwo życie zmienia scenariusze i pozbawia nas takich radości.
Zawsze doceniajmy to, co mamy... tu i teraz...

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

poniedziałek, 29 listopada 2010


Śnieg pada, śnieg pada, cieszą się dzieci...


"Nie będę oryginalna pokazując padający pierwszy śnieg tej jesieni.
Na wielu blogach pojawił się zapis dzisiejszego ataku.
Ja byłam w tej mniejszości, która mogła w ciepełku oglądać świat zza szyby.
A ponieważ dla Malucha to był pierwszy bardziej świadomy odbiór wizualny w życiu, więc praktycznie większość dnia spędził przy oknie/na parapecie/na blacie kuchennym/na moich rękach.
Zabawki nie były ciekawe..."



Ten post wywołał kilka komentarzy (w tym oczywiście anonimowych, a jakże), jak to miło zachwycać się zimą w cieple domowego zacisza. I tak się złożyło, że musiałam wrócić do siebie wcześniej (poważnie zachorowała moja Mama). Wtedy jeszcze nie przeczuwałam, że kończył się pewien etap w moim życiu, że już nie będzie tak beztrosko i radośnie.

Swoją podróż opisałam zaraz następnego dnia, więc pamiętałam wszystkie szczegóły tego przeżycia. I naprawdę nic nie dodałam i nie upiększyłam, starałam się tylko podejść do sprawy z humorem. Bo cóż innego nam pozostaje w takich sytuacjach, gdy nie mamy na coś żadnego wpływu - złość tylko szkodzi nam samym.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

czwartek, 2 grudnia 2010


Z pamiętnika pasażerki PKP

"Aby nie być posądzoną (a tak można wnioskować z komentarzy pod ostatnim postem)  o bezrefleksyjne  odizolowanie od realiów życia, o wygodne delektowanie się widokami zza szyby w domowym ciepełku, o słodkie leniuchowanie w zaciszu.... - oto jeden z wielu moich dni podróżniczych, a dokładniej wczorajsze popołudnie.

Nagle muszę wracać do siebie wcześniej niż zwykle. Przyjechałam w jesiennych ciuchach (nikt nie zapowiadał zmiany pogody) i w nich muszę odbyć podróż powrotną. Termometr za oknem pokazuje -15 stopni, wieje silny wiatr,  co potęguje odczucie zimna (mówiąc językiem meteorologów).
Do cienkich ciuszków dorzuciłam dodatkowy (też cienki, bo innego nie miałam) sweterek, skarpetki mojego osobistego dziecka (czyli mamy Malucha) , szal moherowy zrobiony dla dziecka nie-pamiętam-kiedy i okutana jak baba z chrustem wyruszyłam o godz 16.10.
Do stacji wlokłam walizkę na kółkach i swoją osobę z mroźnym wiatrem w twarz, co jakiś czas wycierając mokry nos.
Dotarłam po pół godzinie i już byłam całkowicie przemarznięta od pasa w dół.
Na przejeździe kolejowym akurat opuszczał się szlaban, więc stwierdziłam, że skorzystam z postoju i nabędę prasę w kiosku przed torami. Wyciągałam pieniądze zgrabiałymi palcami i  przez chwilę przeleciała mi myśl, że powinnam schować rękawiczki (z cienkiej dzianiny) do torebki, bo tylko tego brakuje, żebym je teraz zgubiła.
Gazetkę kupiłam, szlaban się otworzył, pcham się pod górkę na stację, aż stwierdzam, że nie mam jednej rękawiczki. Robię walizce w tył zwrot, wracam do kiosku wypatrując  na śniegu mojej rękawiczki.
Jest!... lekko tylko wdeptana w śnieg - chyba sama ją wdeptałam.
To nic, otrzepałam ze śniegu i taką mokrą bezmyślnie wcisnęłam na rękę - chyba tylko po to, żeby spotęgować odczucie zimna.

Na stacji do budyneczku z kasą spory kawałek drogi, niestety pod górkę.
Nabyłam bilecik, posiedziałam w poczekalni, ale na kilka minut przed planowanym przyjazdem pociągu musiałam wyleźć z pomieszczenia na peron. Przede wszystkim po to, żeby odczytać na czole pociągu do jakiej stacji będzie jechał, bo stacyjka megafonu nie posiada... żeby wsiąść do właściwego, a nie do byle jakiego.
Pociąg rzeczywiście przyjechał kilka minut później, więc domarzłam jeszcze trochę i w wagonie niczego z siebie nie zdejmowałam. Drzwi zewnętrzne do wagonu były tylko trochę zamarznięte, więc w czasie jazdy otwarte do połowy i wiatr wesoło hulał w przedsionku.
Do Warszawy pociąg dojechał w miarę dobrze.

Dworzec Warszawa Wschodnia aktualnie od kilku miesięcy składa się z samych szyn, łysych peronów z pojedynczymi ławkami oraz zalanego błotem  tunelu podziemnego.
Tym tunelem przechodzi się z peronu na peron oraz stoi się w nim czekając na pociąg - żadnych miejsc, żeby chociaż przysiąść kawałkiem ciała.
Nie ma poczekalni, kasy są w jakichś barakach za płotem jak w labiryncie - wiadomo... trzeba wyszykować na Euro 2012... to kogo obchodzi los polskiego pasażera.

Czekając przepisowe 40 minut na pociąg, koczowałam pod głośnikiem w gronie innych pasażerów, umilając sobie czas tradycyjnym przytupywaniem i stukaniem noga o nogę oraz przechadzaniem się i oglądaniem stosów przecenionej prasy.
Nawet nabyłam ostatni numer Kuchni, który nietaktownie  przeglądałam później w pociągu.
Co chwila damskie głosy podawały komunikaty o ilości minut spóźnienia wszystkich pociągów.
Mój pociąg, którym miałam jechać również zaliczył spore spóźnienie.
W pewnym momencie zapowiedziano, że jednak przyjechał... wszyscy rzucili się po śliskich schodach na peron. Po tych schodach schodziła osoba płci żeńskiej z serwisu sprzątającego pociągi wygłaszająca ostrzeżenie :"uwaga, śliskie schody! uwaga, śliskie schody!"

Ludzie szybko wepchnęli się do pociągu, który równie szybko (chyba z powodu wyrzutów sumienia) ruszył w drogę.

Wiadomo było, co będzie na Centralnym - to co zwykle (bitwa narodów), tylko jeszcze gorzej, bo podobno jakiś wcześniejszy pociąg w ogóle się nie pojawił.
Na Centralnym więc zwarty tłum oczekiwał wzdłuż peronu, jak zwykle były przepychanki siłowe oraz słowne epitety fruwające w powietrzu.
Zawsze o tej godzinie jedzie skład pociągo-tramwajowy, czyli model PESA. I jak zawsze jest za mało miejsc dla chętnych wracających z pracy, ludzie więc muszą stać w czasie jazdy.
Tym razem tłok był niezły.
Zawartość pociągu jakoś się ustabilizowała, a ten zamiast ruszyć stał i stał i stał.
W końcu ruszył, jakoś tam jechał do przodu... nagle tuż za Grodziskiem Mazowieckim stanął w polu.
Po  pewnym czasie zachrypiał głośnik, z którego rozległ się komunikat Kapitana pociągu (jak go nazwał jeden z pasażerów).  Komunikat był "na żywo", bez czytania z  kartki, więc o formie lepiej nie mówić.
Treść mniej więcej taka:
"Eeee... pociąg stoi... eeee ... nie można jechać, bo zwrotnica się zepsuła ...  postój będzie 10 minut"
Po 10 minutach, które trwały pół godziny "... nie można jechać ...   eeee  .... za 20 minut będzie odjazd..""
W pewnej chwili usłyszeliśmy groźny komunikat "proszę nie wysiadać z pociągu, bo tam jeżdżą pociągi...e...e i może być wypadek" - tutaj ogólna wesołość.

W ogóle z każdą minutą wbrew okolicznościom robiło się coraz weselej - ludzie się integrowali, nawiązywali rozmowy, bawili się komórkami meldując swoim bliskim, dlaczego jeszcze nie przyjechali... padały propozycje nagrywania komunikatów i puszczenia ich na YouTubie, nikt się nie buntował z powodu ścisku. Gdyby pociąg stanął już za Żyrardowem byłoby luźniej.
I tu właśnie zachowałam się nietaktownie wyciągając kupioną na dworcu gazetkę "Kuchnia" i denerwując stojących mi nad głową głodnych zapewne panów smakowitymi zdjęciami potraw (siłą rzeczy zaglądali z góry do gazet innym , bo nie mieli się gdzie odsunąć).

Drugim nietaktem było wydobycie z walizeczki małego termosu z gorącą herbatą, który mi wcisnęła córka - "tak na wszelki wypadek, gdybyście stali w polu...". Ja nie pomyślałam o termosie - gdzie te czasy, kiedy się takie rzeczy zabierało w podróż! Jak widać nasze podróże w siermiężnych warunkach zostały jednak w pamięci z dzieciństwa. Byłam chyba jedyną osobą z termosem  wśród okolicznych pasażerów i dość długo po prostu wstydziłam się go wyciągnąć. Tak mi jakoś było głupio, gdy inni nie mają.

Za komunikat "pociąg odjedzie za 2 minuty" spontanicznie daliśmy Kapitanowi brawo.
Pociąg ruszył od razu, nie czekając 2 minut.

Dojechaliśmy  do Łodzi tylko z godzinnym spóźnieniem!
Wysiadłam na dworcu, gdzie rozpadało się na dobre, ale w tumanach śniegu udało mi się odnaleźć własnego Męża. Ten mi zaproponował (oprócz niedźwiedziego uścisku) pociągnięcie walizeczki za rączkę - tak mnie zechciał wyręczyć! Oprócz tego stwierdził, że skoro  nasz samochód w weekend się skichał i śpi w garażu, to idziemy do tramwaju.
Faceci...!!! 
Za taksówkę z dworca sama zapłaciłam (ze złością), bo zbuntowałam się na myśl o czekaniu na tramwaj i przepychaniu się w tej śnieżycy po nieodśnieżonych ulicach.
Czekając, aż M. upora się z zamarzniętym zamkiem w drzwiach wejściowych do naszego bloku stwierdziłam, że ... zgubiłam  jedną rękawiczkę. M. jako stary wypróbowany tropiciel śladów wrócił  i na jezdni znalazł rękawiczkę już całkowicie mokrą, bo przejechaną przez samochód.

W sumie podróżowałam ponad 5 godzin zamiast 3 - a przecież mogłam dużo więcej, prawda?
Jeszcze nie do końca odtajałam, ale jednak powtórzę, co mówię zawsze - Kocham zimę!!!

PS. Dzisiaj spędziłam kilka godzin poza domem, przemieszczając się po malowniczych muldach na chodnikach, grożących połamaniem nóg;  ślizgając się na nieodśnieżonych ulicach; wysiadając z tramwaju i autobusu prosto w zaspę i śnieg po kolana.
I jutro mnie to czeka ...  i pojutrze ... i w następne dni ...
Nie grzeję się  w ciepłych kapciach przy piecu..."

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Edycja posta
Blogger czasami bardzo chce pokazać kto tu rządzi i  mimo wielu poprawek ustawia sobie czcionkę po swojemu. Stąd takie różnice w tekście.
Albo może nie lubi zbyt długiego gadania? 

niedziela, 5 sierpnia 2018

Niedziela z fotografią (1)


Dżoker
czyli 
zdjęcie, którym chcę się pochwalić

Pierwsza niedziela naszej zabawy i pierwsze zdjęcia w galerii





W obecnych warunkach rzeczywistości temat na następny tydzień nasuwa się sam:

Dla ochłody

Mam nadzieję, że mimo wszystko nasza twórcza aktywność da o sobie znać i będą 
ciekawe/ niezwykłe/ oryginalne/zabawne/refleksyjne 
zdjęcia do pokazania :)