We wtorek, oglądając jak skacze Małysz w Kuopio, wzięłam się "na ambit" i postanowiłam zakończyć sprawę.
Od poprzedniego dłubania minął na pewno ponad miesiąc - to było jeszcze przed początkiem Olimpiady (w czasie zimowych igrzysk robiłam tylko na drutach).
Przerwałam robótkę, bo było to już bardzo późno w nocy, po dość dużym fragmencie końcowym.
Wyciągnęłam więc całe oprzyrządowanie, zakurzony już lekko schemacik (prawie cały zakreślony) i przystąpiłam do finiszu choinki.
Taki długi wstęp, a do zrobienia pozostało.... dokładnie (przeliczone) 15 krzyżyków na samym czubku choineczki..
Śmiech na sali - wiem, ale ta końcówka wymagało ode mnie większego samozaparcia niż wcześniejsza praca.
Pisałam już o tym, jak mój organizm bronił się przed tą mordęgą.
A tak prezentuje się wyprasowana choinka
Nie wiem, jak zostanie ostatecznie wykończona.
Mam nawet kupione specjalnie do niej kryształki, ale pozostawię sobie przyjemność tworzenia przed świętami.
A może to będzie tylko biała ramka?
Albo powstanie kolejna makatka...
Ten haft to jak na razie będzie moja jedyna przygoda z ciemną kanwą.
Bardzo się z nią namęczyłam i nie wiem, czy jeszcze kiedyś się zdecyduję na tę nierówną walkę z materią.
