Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 kwietnia 2025

Prima Aprilis... uważaj, bo się pomylisz

Od bardzo dawna 1 kwietnia nie biorę na serio żadnych informacji. 

Po zastanowieniu doszłam do wniosku, że chyba już w szkole podstawowej tak się uodporniłam, gdy mnie kilka razy nabrali. 

A teraz przy tych wszystkich technicznych sztuczkach ze sztuczną-niby-ynteligencjom, nie mówiąc już o "zwykłych" fejkach, mamy Prima Aprilis przez cały rok. 

 https://pl.wikipedia.org/wiki/Prima_aprilis

czwartek, 16 stycznia 2025

Epizod zimowy?

Zaledwie kilka dni mieliśmy w Łodzi wspaniałą zimę, a specjaliści straszą, że takie "zimowe epizody" zastąpią dawne mroźne, śnieżne, a przede wszystkim długotrwałe zimy.

Internet został dosłownie zalany zdjęciami pięknych krajobrazów i miejskich obrazków.

Ja zrobiłam tylko kilkanaście zdjęć (teraz wstawiam jedno), na krótkim odcinku ulicy Woj.Polskiego, przy opuszczonych ogródkach działkowych. Tam już działają wielki dźwigi... wyrasta kolejne osiedle mieszkaniowe.

Dawno nie spadło tyle śniegu - co widać dobrze przy odśnieżonej ścieżce w naszym ogrodzie. 

Od dziecka uwielbiałam odśnieżanie, a trochę pracy to wymaga (odśnieżenie posesji i ścieżki do domu).

wtorek, 14 stycznia 2025

Mądrze pomagać ptakom

 W Arturówku można dokarmiać ptaki nie szkodząc im. 

https://www.facebook.com/miastograf

Pytanie, ilu osobom będzie "się chciało"? 

Od dawna nad wodą stoją poglądowe tablice informacyjne, czym można dokarmiać ptaki, a co im szkodzi. Niestety, za każdym razem gdy tam jesteśmy widzimy ludzi rzucających do wody stare, twarde pieczywo, ciastka itp. I wielu z nich to rodzice z małymi dziećmi, którzy w ten sposób źle uczą swoje dzieci. Nie podejmuję jednak próby zwrócenia uwagi - można się najczęściej narazić na chamskie ataki... oby tylko słowne. 

To jak walka z wiatrakami... zwrócenie komuś uwagi w publicznym miejscu, że coś robi źle to najprostsza droga do narażenia się na nieprzyjemności.

Kiedyś w supermarkecie zwróciłam uwagę pewnej babci (na oko młodszej ode mnie), która bez rękawiczek wybierała pieczywo - nie powiem JAK na mnie spojrzała i co tam mamrotała pod nosem. A ostatnio obok mnie stała osoba w wieku ok. 30 lat, która brała do ręki jabłko, oglądała je, a gdy się nie podobało rzucała z dużą siłą do skrzynki. I tak kilkanaście razy. Nic nie powiedziałam, bo towarzyszył jej mało ciekawy osobnik, a byłam sama (akurat mąż był dalej). Niestety, widząc jakie są teraz sytuacje, odpuszczam i nic nie mówię w obawie o reakcje ludzi. Czasami się odzywam, ale tylko gdy jestem razem z mężem. Jego postura najczęściej zamyka usta awanturnikom. Szkoda, że tylko taki argument wizualny jeszcze czasem działa.

piątek, 18 października 2024

To nie jest klimat dla starych ludzi

Trochę wody dla ochłody

Minione (na szczęście!!!) lato ledwo przetrwałam... właściwie to była przerwa w życiorysie...

Wiem, że tak było w całej Polsce i Europie, ale są ludzie którzy lepiej znoszą takie warunki - niektórzy wręcz nawet je lubią. I nie zrozumieją innych, dosłownie wykończonych upałem. 

Takie ekstremalne upały pozbawiają mnie siły i wszelkiej chęci do życia, pogarszając jeszcze dolegliwości towarzyszących mi na stałe chorób. Tak źle czuję się co roku, ale to lato jest najgorsze w moim życiu - to prawdziwa masakra. Nie mam na to zupełnie wpływu i tylko mogę całkowicie ograniczyć przebywanie na tzw. świeżym powietrzu i chłodzić się w domu wentylatorem. W niektóre dni nie da się nawet wytrzymać w ogrodzie, chociaż mam podwójny cień - jednocześnie od ściany domu sąsiada i pod parasolem.

Nigdy nie lubiłam smażenia się na słońcu, nawet na plaży chroniłam się pod parasolem. W ogrodzie zawsze wybierałam cień. W pewnym momencie stary termometr ogrodowy odmówił współpracy, więc zanim kupiłam nowy mierzyłam ściennym termometrem z dawnych czasów -  było 36 C w cieniu!!!

A coraz bardziej nagrzewające się mury nie pozwalały na odpoczynek w nocy.

Oczywiście deszczu jak na lekarstwo. Łódź zawsze była zagłębiem suszy - wszędzie deszcz tylko nie u nas. Po raz pierwszy nawet trawa nie wytrzymała i w najbardziej nasłonecznionych miejscach zamieniła się w wyłysiałe placki. Jedynie w zacienionych murami miejscach uratowało się trochę zieleni.

Zrobiłam trochę zdjęć, ale nadal siedzą w aparacie. Coś na pewno wybiorę do pokazania i opisania, ale dopiero zaczynam wracać do żywych.

I  już się martwię co będzie w przyszłym roku???

środa, 18 października 2023

Pisze się historia...

W moich blogach nie przewidziałam miejsca na bieżącą politykę i tego się będę trzymać.  Nie widzę sensu brania udziału w jałowych dyskusjach (z osobami do których nic nie dociera)  i nie widzę siebie w roli agitatora politycznego. Widziałam aż  w nadmiarze takie postawy w minionym ustroju. 

I obecnie także ich nie brakuje, głównie w internecie.

Ale...

Zaskoczyła mnie tak wysoka frekwencja w niedzielnych wyborach. Miałam nadzieję, że będzie duża, ale aż tak wysokiej nie spodziewałam się. Zresztą jak widać wszyscy byli zaskoczeni.

Te emocje z tak długimi kolejkami przypomniały mi czas wyborów w 1989 roku.

Podobny entuzjazm i obywatelskie poruszenie.

Dlatego odnotowuję to wydarzenie.

Chciałam zrobić pamiątkowe zdjęcie kolejki, ale okazało się, że zapomniałam naładować telefon.

Nie chcę korzystać z cudzych zdjęć, więc wpis będzie tylko słowny


piątek, 16 czerwca 2023

Mogłam już nie żyć...

 Potrzebowałam sporo czasu, żeby jakoś się uspokoić po wczorajszych przeżyciach.

Co prawda prognozy zapowiadały tak oczekiwane deszcze, ale Łódź to zagłębie suszy.

Kiedy ruszaliśmy samochodem do szpitala (dokładniej do poradni) nic nie zapowiadało deszczu. Zaczęło kropić kiedy ruszyliśmy. Mężowi udało się dość blisko zaparkować, ale  i tak musiałam przejść na dwóch częściach skrzyżowania - Narutowicza/Kopcińskiego.

Dojechaliśmy w czasie  prawdziwego oberwania chmury... próbowałam przeczekać, ale nie było widać poprawy, a godzina wizyty tuż, tuż. W końcu wysiadłam - od razu byłam cała mokra mimo parasolki, bo niestety miałam cienką przemakającą kurtkę.

Weszłam na przejście dla pieszych na zielonym świetle - jeszcze się upewniłam, czy na pewno jest zielone, bo spod kaptura mało widziałam. Wszystkie samochody grzecznie czekały... już prawie byłam przy wysepce tramwajowej, gdy nagle jakiś gnój!!! w pełnym gazie przejechał tuż przede mną. Miałam małe szanse, żeby go zobaczyć kątem oka, bo kaptur i parasolka plus oberwanie deszczowej chmury bardzo ograniczały pole widzenia. Zresztą zasłaniały go inne stojące przed przejściem samochody.

Cudem uniknęłam zderzenia... a gdybym zrobiła dwa szybsze kroki? ...

sobota, 14 stycznia 2023

Z życia szpitalnego korytarza

Kiedy po godzinach wegetowania na izbie przyjęć dostajesz się na oddział, cieszysz się (odpowiednio do sił, jakimi dysponujesz), że leżysz wreszcie na szpitalnym łóżku. Psychicznie czujesz się lepiej, bo ktoś się zajmie tą kupką nieszczęścia jaką aktualnie jesteś. Nie każdy zgłaszający się dotrze na oddział - na izbie jest tak duży tłok, że konieczna jest jakaś selekcja.

Oddział zapełniony maksymalnie, łącznie z miejscami na korytarzu, gdzie trafiasz na kilka dni. Żeby dostać się na salę trzeba czekać na wypis kogoś podleczonego  lub...

A na korytarzu - ZERO INTYMNOŚCI.

- ostre światło prosto w oczy praktycznie całą dobę (z krótką ulgą nad ranem)

- ciągły ruch ludzi jak na dworcu (trzaskanie drzwiami, głośne rozmowy tak jakby na łóżkach leżały jakieś manekiny, a nie ciężko chorzy ludzie)

- do tego hałaśliwe dostawy koniecznego sprzętu (niestety butle z tlenem swoje ważą),  wywożenie odpadów i śmieci wielkimi pojemnikami, stukot wózków ze sprzętem medycznym używanym przez pielęgniarki przy chorych itd.

- ciągle ktoś otwiera okna, więc zimne powietrze bezkarnie hula po łóżkach (przeziębienie murowane)

- stale i głośno pracujące maszyny monitorujące stan najciężej chorych (zarówno w  salach jak i na korytarzu)

- o głośnym cierpieniu chorych nie mówię, bo to jest naturalne w takim miejscu jak szpital

A do tego kompletne nieliczenie się samych chorych z innymi, czyli terror i władza telefonów i telewizorów nad ludźmi. Prawie każdy czujący się na siłach głośno gada godzinami przez telefon, a w tle z różnym natężeniem gadają telewizory (oczywiście każdy na innym kanale). A wszystkie drzwi do sal otwarte szeroko.

W tym wszystkim najciężej pracują pielęgniarki - praktycznie cały czas w biegu.

Mimo takiego obciążenia są empatyczne, cierpliwe i troskliwe.

Byłam zaskoczona faktem, że są nadal chętni do tego zawodu - sporo uczącej się młodzieży na praktykach i młode pielęgniarki już pracujące.

Taki pobyt na korytarzu to prawdziwa szkoła przetrwania. Na początku i tak jest nam wszystko jedno, ale wraz z poprawianiem się naszego stanu coraz trudniej żyć na korytarzu. Każdy dźwięk (nawet gotowanie się wody w czajniku) odbieramy  z większym natężeniem ze względu na echo.

I tylko śmierć przychodzi po cichu...

poniedziałek, 28 lutego 2022

Strach i niepewność...

W Tłusty Czwartek rano postanowiłam odstąpić na chwilę od zdrowotnych zakazów i zrobić proste pączki serowe. W południe musiałam pojechać na wyznaczoną wizytę do lekarza w przychodni zlokalizowanej dość daleko od domu, co przy konieczności przesiadek autobusowych w koszmarnie rozkopanym mieście zajmuje bardzo dużo czasu. Do tego bałagan organizacyjny (co przy całkowitej komputeryzacji przychodni jest dodatkowo wkurzające) - w rezultacie pod drzwiami gabinetu spędziłam 3 godziny!, a do domu wróciłam wieczorem.

Tego dnia wyjątkowo nie włączyłam w kuchni radia, a w telefonie nie mam internetu.

Dopiero po powrocie do domu usłyszałam wiadomości, które mnie przeraziły. 

W trakcie prostych domowych czynności najczęściej nie myślimy o tym, co dzieje się poza naszym domem. Skupiamy się na sprzątaniu lub gotowaniu... często towarzyszy nam muzyka, a świat za oknami to znane od lat widoki najbliższego otoczenia.

I nagle nasz świat już nie jest taki jak wczoraj... tydzień, miesiąc temu. Nawet nie taki, jaki był od wielu lat. Żyłyśmy w poczuciu spokoju i bezpieczeństwa, wracając do tematyki wojennej w filmach i literaturze  jak do historii minionej bezpowrotnie.

A okazała się teraźniejszością...

Piszę w formie żeńskiej, bo nie jestem fachowcem psychologiem i tylko z własnych obserwacji wiem jak inne jest postrzeganie świata przez mężczyzn.

Dwa lata pandemii i strachu przed niewiadomym mocno nadszarpnęły naszą psychikę, więc dodatkowo jesteśmy emocjonalnie słabsze w obliczu tego co dzieje się tak blisko naszego kraju.

I ta ogromna niepewność jutra... strach... lęk o bliskich i nie tylko o nich.

Różnie sobie radzimy/nie radzimy z tym wszystkim, zajmując ręce i umysł dziwnymi czasami czynnościami. To nie powinno dziwić, gdy ktoś odcina się od strachu oglądając głupawą komedię, zagłębiając się w infantylny świat jakiegoś czytadła, poświęcając całą uwagę robótkom, oglądając wystawy sklepowe, robiąc niepotrzebne zakupy... itp...

To wszystko jest naszą samoobroną, a żeby móc dbać o innych musimy w pierwszej kolejności zadbać o siebie. Jak zawsze kobiety muszą być silne w ciężkich czasach. Co da dzieciom mama lub babcia będąca zapłakanym kłębkiem nerwów? Raczej sama zaburzy ich poczucie bezpieczeństwa.

Zdjęcie nie było w żaden sposób inscenizowane - nadal nie potrafię tego robić. Po prostu fotografuję potrawy na kuchennym blacie przy oknie. To, że znalazł się na nim pojemnik na herbatę jest przypadkowe. Po prostu używam go zgodnie z przeznaczeniem, nie stoi schowany za szybą. Dopiero po wstawieniu zdjęcia zastanowiłam się nad tym - ten przedmiot przetrwał II wojnę światową. To jedna z pamiątek po Dziadkach, którzy niewiele wtedy ocalili.

Ludzie odchodzą, a niektóre przedmioty w przedziwny sposób przetrwają ...

 

 

środa, 7 kwietnia 2021

"Porcellane & Company" (4)

"Na warsztat" wrócił sampler "Porcellane & Company". Powstały kolejne drobiazgi, czyli jajka w kieliszkach i zielono-brązowa waza obok nich.


Mijający czas po raz kolejny mnie zadziwił - nie myślałam, że mój ostatni wpis dotyczący tego samplera pojawił się tak dawno, czyli pod datą 30 sierpnia 2019 roku! 

Teraz mam zamiar poświęcić tej robótce więcej czasu, więc jest nadzieja, że kolejny wpis pojawi się wcześniej niż za półtora roku.

Moje zniecierpliwienie kolorystycznym nadmiarem, o którym pisałam w poprzednich odcinkach nie tylko nie minęło, ale jeszcze się pogłębiło. Częsta zmiana kolorów dla 2-3 krzyżyków w elemencie, który sam ma ich niewiele - jak w jajkach lub filiżankach już wyczerpał moją cierpliwość.  Jakoś trzeba nitkę nie tylko zacząć, ale i zakończyć, co powoduje zgrubienie każdego takiego miejsca. Dlatego w trosce o własne nerwy zmniejszam ilości kolorów kosztem delikatności szczegółów. Trudno... coś za coś. 


Zmiany kolorów wypływają również ze względów ekonomicznych. Mam wystarczające zapasy mulin, ale nie zawsze tych kolorów, które są proponowane przy danym schemacie. Nie chcę kolejnych zakupów, czyli  wydawania dodatkowych pieniędzy i powiększania zbioru mulin. Dobieram więc pasujące "mniej więcej" i sprawa załatwiona. Na szczęście już dość dawno przestałam trzymać się ściśle podanej numeracji, tworząc w ten sposób własną interpretację wzoru. 

Moje hafciarskie tempo zawsze było ślimacze, ale w czasie pandemicznym jest coraz gorzej. Z powodu ogólnego stresu nie mogę się skupić, mylę się bardzo często, nie mówiąc już o trudnościach w zapamiętaniu dłuższych sekwencji wzoru. Wyszywanie staje się coraz bardziej męczące również z powodu wzroku - dlatego chcę przynajmniej dokończyć rozpoczęte hafty na kanwie 16, z której pewnie w niedalekiej przyszłości będę musiała zrezygnować.

Ogólnie smutne to wszystko... ale zmuszam się w pewnym sensie do robótek, żeby jak najbardziej oderwać myśli od rzeczywistości, strachu przed zachorowaniem i śmiercią... przede wszystkim jednak oddzielić się od chaosu decyzyjnego i bzdur wygadywanych w telewizorni.

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Pamiątka I Komunii

Wszystko w czasie trwającej pandemii jest inne niż kiedyś, również uroczystości komunijne. Późniejsze ponad miesiąc, z ograniczoną liczbą dzieci i towarzyszących im rodzin.
Zrobiłam dla rodzinnego dziecka taką bardzo symboliczną pamiątkę - wzór i ramkę wybrali dziadkowie dziecka. Ale nie mam dobrego zdjęcia w ramce, więc wstawiam sam haft.


Haft jest nieduży - 6,5 x 12 cm, a wzór znaleziony w internecie, niestety bez nazwiska autora/autorki. 
Projekt nie był opracowany specjalistycznie (tzn. komputerowo), narysowany ołówkiem na kratkowanym papierze, ale to nie zmienia jego wartości. Podejrzewam jednak, że to amatorska przeróbka, ponieważ trafiłam na bardzo podobne, ale bogatsze w szczegóły wzory firmowe. W końcu to symbol szczególnie popularny, więc wersji obrazkowy jest wiele.

Haft dodaję do czerwcowej odsłony zabawy "Rękodzieło i przysłowia" jako interpretację pierwszego przysłowia  zaproponowanego przez organizatorkę:
 
1. Wszelkie dzieło zaczyna się od małego czynu. 
 
To dla mnie przysłowie najbardziej poważne w porównaniu z innymi (takie najmniej zabawowe).
Powiązanie tej Pamiątki I Komunii z przysłowiem rozumiem na kilku płaszczyznach - czy dziecko w przyszłości będzie dalej rozwijać własną wiarę, którą wybrali mu rodzice? czy pozostanie przy niej, a może wybierze inną? a może określi się jako osoba niewierząca i wybierze ateizm? czy pozostając w wierze będzie w życiu kierować się jej przykazaniami, czy raczej pozostanie katolikiem kulturowym?
Jakie czyny wynikną z przyjęcia tego sakramentu, o którym mówi się, że jest najważniejszy w czasie całego życia?
Wiele jest pytań i niewiadomych... i tylko czas na nie odpowie.

 

piątek, 10 stycznia 2020

Pod ekonomiczną presją (chociaż nie tylko)

Przełom starego i początek nowego roku to od kilku lat wysyp różnych zabaw blogowych.
Kiedyś takim miejscem były fora robótkowe... teraz całkowicie wyparte przez blogi osobiste.
Mój udział w tych zabawach z każdym rokiem jest mniejszy, chociaż w tym roku główny powód jest inny. To powód finansowy.
W tym roku nie planuję konkretów, ale zamierzam...

Zamierzam ograniczyć do minimum zakupy nowych materiałów robótkowych na rzecz wykorzystania dość sporych różnorodnych zapasów, które zgromadziłam w ciągu kilku dziesiątek lat robótkowania. Oczywiście nie myślę tylko o hafcie krzyżykowym, bo to dość młoda u mnie technika (ma 10 lat), ale o drutach i szydełku. Zapasy leżą, zajmują miejsce, mimo opakowania jednak się kurzą i są dużym finansowym wyrzutem sumienia. Do tego dochodzi kilkadziesiąt!!! rozpoczętych hafcików, które wreszcie udało mi się uporządkować i zebrać w segregatorach.

Dlatego  rok 2020 musi być rokiem oszczędności i widocznego zmniejszenia ZetPeTów (Zbiorów Tworów Porzuconych). Nie będę kupować ani nowych gazetek, ani mulin, ani włóczek i innych nitek także z powodu szoku cenowego żywności, lekarstw oraz  innych opłat, jakiego doznaje moja emerycka kieszeń. Hobby z wolna staje się kosztownym luksusem. 
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że dla niektórych aktywnych zawodowo kobiet, to o czym piszę jest jakąś kosmiczną abstrakcją.

Zadeklarowałam udział w dwóch całorocznych zabawach - "Rękodzieło i przysłowia" oraz "Choinka 2020", być może coś po drodze mnie szczególnie zainteresuje, ale w każdej zabawie będę bazować na tym, co mam w domu.

A to jeden z pierwszych nie zagospodarowanych hafcików z początków mojej hafciarskiej przygody - powstał w pierwszej zabawie, którą organizowałam na blogu (jeszcze na bloxie). 
Każda z uczestniczek zabawy otrzymała do hafciarskiej interpretacji schemat filiżanki, który opracowała komputerowo moja Córka  (również baner zabawy to jej projekt).
To zdjęcie mojej filiżanki zostało zrobione zaraz po zakończeniu zabawy, gdy nie miałam pomysłu "co dalej" i hafcik trafił do szuflady na 10 lat.




piątek, 5 lipca 2019

Chwila ulgi... oby jak najdłuższa

Upał zelżał, temperatury spadły, powiał wiaterek, a u mnie za oknem zapanowała błoga cisza i po dwóch tygodniach odzyskaliśmy ciepłą wodę - prawie pełnia szczęścia. Podobnie jak w ubiegłym roku zafundowano nam pod oknami (mam z trzech stron bloku) koszmarne hałasy, huk przerzucanym rur kanalizacyjnych, warkot ciężarówek, wywrotek i spychaczy, cięcie płyt chodnikowych - ARMAGEDON! i oczywiście brak ciepłej wody w tych koszmarnych upałach.  Ja co prawda jestem przyzwyczajona do spartańskich warunków, bo całe dzieciństwo miałam do dyspozycji jedynie miskę z ciepłą wodą, ale w babciowym wieku już gorzej gimnastykować się nad garnuszkiem wody. Potrafię także docenić wodę jako bogactwo i nigdy nie szafowałam nią bez sensu po tym, gdy do budowy nowego domu musiałam wozić wózkiem bańki z wodą z hydrantu na sąsiedniej ulicy. Robiłam takich kursów czasami nawet kilkanaście dziennie. A byłam wtedy w szkole podstawowej.

Niestety deszczu nadal brak, więc trawniki w mieście wyglądają koszmarnie żółto.
Brak wody odczuwają zwierzęta - koty ogrodowe omijały miskę z jedzeniem korzystając jedynie z miski wodnej. A na balkonie naszego mieszkania pojawiały się sikorki pijące chłodną wodę z podstawki doniczki stojącej w cieniu.  Zdjęcia zrobione zza firanki, żeby nie płoszyć ptaszka.







wtorek, 18 grudnia 2018

Wzruszająca niespodzianka

Tak... wzruszająca... nie wstydzę się używania słów określających uczucia... właśnie o pozytywnych uczuciach powinniśmy mówić jak najwięcej. A tymczasem pędzący coraz szybciej świat dostarcza nam głównie przeżycia negatywne, smutne, traumatyczne; kształtując jednocześnie prymitywne i płaskie publiczne wyrażanie naszych emocji. Coraz częściej w ogóle bez słów, bo przecież nie trzeba się fatygować z myśleniem jak wyrazić to co czujemy, skoro wystarczy nacisnąć odpowiedni znaczek... już on zastąpi słowa.

W miniony piątek do drzwi zadzwonił listonosz - prawdziwa scena jak z filmu, bo niezwykle rzadko dostaję przesyłkę bezpośrednio. Najczęściej po odbiór muszę pofatygować się na pocztę. Dotarła do mnie Niespodzianka od Splocika. Niespodzianka zapowiedziana i oczekiwana, związana z 13 urodzinami bloga "Splecione nitki i słowa". To jednak okazała się niespodzianka 3 x 1, czyli urodzinowo-zabawowo-świąteczna. Akcent zabawowy to mój udział w Zabawie "Hafty i przysłowia" w tym roku.
Mimo, że znam (wirtualnie co prawda, ale jednak) Splocika już 8 lat, po raz kolejny dałam się tak mile zaskoczyć. Bo najcenniejszym prezentem jest dla mnie zawsze przedmiot wykonany własnoręcznie... to najbardziej doceniam i takie chwile właśnie mnie wzruszają.
Jeszcze raz dziękuję!
Nie będę się więcej rozpisywać, bo zdjęcia pokazują wszystko.
Dodam tylko, że jako tło do zdjęć wykorzystałam lniany kalendarz z dawnych czasów (ten konkretny ma datę 1980) oraz kuchenny stołeczek (to nie jest podłoga, jak myląco może wskazywać wykładzina). Nigdy nie fotografuję rękodzieła, ani książek na podłodze.


 

 


I wszystko razem

wtorek, 11 grudnia 2018

Nic na siłę - potrzebny urlop

Na blogach radosne raporty o finiszach świątecznych, a mnie jest smutno, że nie mogę uczestniczyć w tej cudownej przedświątecznej atmosferze. Niemoc w pisaniu rozlała się wokoło, zalewając również obszar robótkowy.
Nie wiem dlaczego całkowicie opuściła mnie chęć wyszywania... to jakiś depresyjny objaw, kiedy nie jestem w stanie zmusić się do wzięcia igły i kontynuowania którejkolwiek robótki. Męczę się tak już od dłuższego czasu i w końcu doszłam do wniosku, że najbardziej prawdopodobną przyczyną jest...  zmęczenie. Zmęczenie organizmu nieustanną aktywnością - mimo, że to aktywność przyjemnego hobby. Uświadomiłam sobie, że w ciągu tych minionych 10 lat (przygodę z haftem krzyżykowym zaczęłam właśnie w grudniu 2008 roku) nie miałam ani jednej dłuższej przerwy w wyszywaniu. Nawet w najtrudniejszych życiowych momentach każdego dnia stawiałam chociaż kilka krzyżyków, traktując to jako lekarstwo, terapię, odskocznię.
A teraz taki problem... przyznaję, że dla mnie całkowicie niespodziewany i w dodatku obejmujący również samo blogowanie.
Potrzebny więc urlop... jakaś przerwa, bo bardzo nie chcę pozbawiać się tych przyjemności.
Jednak, żeby przyjemności nie zamieniły się w niemiły przymus, konieczny jest właśnie jakiś dłuższy oddech.
Postawiłam sobie diagnozę... teraz trzeba konsekwentnie zacząć leczenie...
Nie znikam, nie opuszczam, nie likwiduję - nic z tych rzeczy. Lekarstwem będzie oglądanie i czytanie znajomych oraz odkrywanie nieznajomych blogów i stron (na pewno w ramach dotychczasowych, bo na żadne fejsy, insty czy inne twitowe się nie wybieram)... a co dalej? czas pokaże.

Dla własnej przyjemności przejrzałam zbiór zdjęć swoich świątecznych robótek i wybrałam kilka (z ostatnich lat), żeby jednak "zrobić nastrój" na blogu




sobota, 28 lipca 2018

To była niedobra noc...

Bardzo rzadko zdarza mi się bezsenność... raczej zawsze jest wprost przeciwnie - czuję niedosyt snu.
Dzisiejsza noc była tak męcząca, że zasnęłam dopiero około 4.30...
Rano dotarło do mnie, że oprócz upału prawdopodobnie przyczyną było zaćmienie Księżyca, o którym przecież wiedziałam, ale jakoś nie skojarzyłam tych faktów.

W tym czasie odeszła Kora - rockowa ikona naszego pokolenia.


Większość piosenek Maanamu (oprócz jednej, której nie chcę nawet wspominać w związku z moją fobią), działa bardzo mocno na moją muzyczną wrażliwość - szczególnie solówki gitarowe Marka Jackowskiego.


Ale zawsze pierwszym skojarzeniem są "Cykady na cykladach" - wszystko w tej piosence jest niesamowite...



Szczególnym dokumentem jest teledysk do piosenki "Lucciola", który zachował obrazki Łodzi lat 80-tych (tu w wersji anglojęzycznej)



wtorek, 27 lutego 2018

"Hafty i przysłowia" - moja druga odsłona

"To nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej"...
Tak mogę krótko podsumować swoją walkę z dodatkowymi ściegami w styczniowej zabawie "Hafty i przysłowia". Sam hafcik  styczniowy powstał szybko, ale dłużej czekał na łańcuszki. 
Z podanych ściegów łańcuszkowych wybrałam: łańcuszek prosty (podstawowy) i łańcuszek drabinkę.
Łańcuszek prosty przeszedł dość łatwo, ale już z drabinką były prawdziwe strome szczeble. Miałam spore problemy ze względu na bolesną niesprawność kciuków obu rąk (jak pech, to pech!). Nitki uciekały, pętelki wysuwały, a ja się coraz bardziej gotowałam ze złości. W końcu jakoś te zaplanowane kawałeczki powstały i mam spokój.
Aż się boję pomyśleć jakie hafciarskie schody czekają nas w marcu?


Dane techniczne:
* kanwa 16ct w kolorze ecru
* mulina "Ariadna"
* wzór z gazetki "Marianne POINT DE CROIX N.4" (2005)

Przysłowia na styczeń:

1. Ciepła izba marzeń szczytem i tak jakoś mija styczeń.
2. Dwaj wierni przyjaciele - jedna dusza w różnym ciele.

Bez wahania wybrałam pierwsze przysłowie, a wzór do niego już od dawna czekał w kolejce.
Minimalnie przekracza dozwoloną wielkość, ale skrócenie piecowej rury zepsułoby mi cały efekt.


Dlaczego wybrałam to przysłowie?

"Ciepła izba..." - to nawiązanie do szczęśliwego dzieciństwa w starym przedwojennym domu... i do pieca ogrzewającego pokój. Dokładnie takiego pieca, jak ten na obrazku. Piec z żywym ogniem to synonim współczesnego domowego ogniska. Pamiętam rozkoszne ciepło bijące od niego... szczególnie po długiej drodze ze szkoły w taki mróz jak dziś (gdy mimo ogrzewania zamarzały szyby w tramwaju). To rodzaj ciepła nieosiągalny przy kaloryferach - taki dawały tylko prawdziwe piece z widocznym prawdziwym ogniem. Nie mieliśmy pieca kaflowego (zazdrościłam koleżankom!), a ten nasz piec rodzice nazywali "stałopalny". Może to była jego techniczna nazwa? Fakt, że trzymał ciepło do rana. Nie ma już starego domu, a piec dziś stoi przy komórce w ogrodzie i stanowczo nie pozwalam go sprzedać na złom. Spokojnie może stanowić fragment modnej wintażowej dekoracji jako podstawa pod stare emaliowane garnki z obłażącą farbą, "robiące za" doniczki z kwiatami.


środa, 15 listopada 2017

Jeszcze do świąt daleko, a już atakuje komercja

Znowu to samo... jak od kilku lat - zaledwie dzień, dwa po 1 listopada w marketach kłują w oczy świąteczne towary. Przedwczesny handel i nachalne reklamy, które już emituje tv, powodują  zbyt długo trwający czas przedświątecznych przygotowań i oczekiwań na same święta. Tak długo, że zanim one nadejdą już są kompletnie obrzydzone komercyjną szmirą i tandetą. I nie da się od tego uciec.
Jak mnie to denerwuje!!!

Jedyne co mogę zrobić to próbować odcinać się od zewnętrznego świata na różne sposoby.
W ramach robótkowego odcinania zwiększyłam moc przerobową w ramach swoich ZPT-ów  - dla przypomnienia: to moja nazwa rozpoczętych i odłożonych robótek, czyli Zbiór Porzuconych Tworów.
Są to hafciki, którym brakowało do dokończenia mniej lub więcej krzyżyków; są również te skończone, ale nie uprane, nie uprasowane, bez oprawy czy innej formy tzw. zagospodarowania.

Jednym z nich jest ten obrazek, który dla mnie idealnie wpisuje się w formułę szarugi jesiennej.
Zrobiłam go już jakiś czas temu, ale ponownie musiał czekać - tym razem na ramkę.


A w ogrodzie nagle, dosłownie z dnia na dzień co takiego oblazło moją starą jabłonkę-papierówkę.


poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Stracony sierpień

Jak co roku czas upałów to dla mnie czas stracony życiowo. I niestety z biegiem lat jest coraz gorzej... Oczywiście muszę jakoś egzystować w takich warunkach (z dodatkowymi obowiązkami rodzinnymi), ale jadę dosłownie na minimum, przy fatalnym samopoczuciu.

Najbardziej mi żal letnich, wakacyjnych wyjazdów... to, że nie mogę nigdzie wyjechać, zmienić otoczenia, bardzo źle na mnie wpływa. Zawsze bardzo lubiłam wyjazdy gdziekolwiek... po prostu przed siebie. Może to pozostałości dzieciństwa, gdy rodzice uważali, że mając do dyspozycji duży ogród nie potrzebuję dalszych wyjazdów.

A w tym roku nawet krótkich wypadów do Leśnego Domu było zaledwie kilka.
Cudownie letnia była miniona niedziela... z lekkim wietrzykiem... błogi odpoczynek na werandzie... bez gotowania.


wtorek, 31 maja 2016

Rowerowy zawrót głowy

Od 1 maja mamy w mieście rowery, na które można sobie wsiąść i poooojechać! Oczywiście po załatwieniu kilku internetowych formalności.


Jak ja żałuję, że nie było takich możliwości w moich nastoletnich latach... zawsze bardzo lubiłam jeździć na rowerze, a właściwie robiłam to tylko na wakacjach na wsi u dziadków.
Wtedy nie było takiej rowerowej mody... nie było w ogóle ścieżek rowerowych, a mogłabym z domu rodziców jeździć na swoim rowerze do swojego liceum. Blisko ich domu jest piękna, bezpieczna i bardzo popularna ścieżka rowerowa, a z samym rowerem nie miałabym problemu takiego jak teraz (piętro w bloku). Spokojnie parkowałby by sobie w ogrodowej komórce.
Ale zazdroszczę wszystkim aktywnym rowerzystom!
Na pewno też spróbuję się przejechać, ale to tylko namiastka swobody...


sobota, 13 lutego 2016

Robótki, których czas minął...

W czasie wirusowych, tudzież innego rodzaju chorobowych niemocy, raczej nie ma się ochoty, ani siły na twórcze robótkowanie. Jak człowiek jest  już w stanie siedzieć w miarę stabilnie przed monitorem i opadłą z sił rączką wystukać to i owo na klawiaturze (jak się uda trafić w klawisz), to ogranicza się raczej do bezmyślnego oglądania obrazków i mniej lub bardziej bezrefleksyjnego czytania wyrazów.

Jestem właśnie na takim etapie... a oprócz oglądania cudzych fotek, zaczęłam jazdę po własnym dysku, odkrywając wiele niespodzianek. Główną niespodzianką jest czas... patrzę na zdjęcie rozgrzebanej robótki i dziwię się, że to nie było  kilka miesięcy, ale kilka lat temu. Naprawdę... czas ucieka przerażająco szybko...

I tak w tym odkrywaniu zebrała się spora grupka zdjęć krzyżykowych "robótek w trakcie", które leżą poutykane w różnych miejscach mieszkania (jakoś przez te lata nie potrafię stworzyć zorganizowanego i uporządkowanego warsztatu pracy hobbystycznej!). Ja wiem, że one są... ale nie spodziewałam się, że jest ich tak dużo. Różny jest ich stopień zaawansowania, ale mają wspólną cechę - niestety, dla mnie minusową.
Z każdą łączą się bardzo smutne wspomnienia i skojarzenia... powstawały w czasie choroby i śmierci bliskiej osoby...albo były przeznaczone dla kogoś, kto nagle odszedł....
Nie było im dane stać się dla kogoś upominkiem...  czas ich powstawania jest zbyt bolesny.

Myślałam, że może... kiedyś...
Teraz wiem, że nigdy nie będę w stanie dokończyć tych robótek... odrzuca mnie od nich, mimo upływu nawet kilku lat... jedyne, co mogę zrobić, to albo od razu wyrzucić, albo odzyskać kanwę przez całkowite wyprucie całości (co w niektórych przypadkach zajmie sporo czasu)... ale też potrzebuję do tego odpowiedniej chwili... na razie czekają...

A może ja jestem w mniejszości? Może inne hafciarki potrafią oddzielić emocje od chłodnej kalkulacji?