... w temacie biżuteryjnym...
Dotychczas nic nie zrobiłam - mam na myśli te ostatnie 3 lata blogowego i robótkowego ożywienia z mojej strony.
Bardzo lubię wszelkie damskie ozdoby i mam ich na tyle dużo, że nie odczuwałam potrzeby samodzielnego tworzenia.
Nie biorę też pod uwagę twórczości zarobkowej, bo do tego potrzeba czasu, umiejętności technicznych, talentów artystycznych - nic z tego nie posiadam.
Co prawda oglądam dużo stron i blogów z biżu, bo bardzo to lubię, ale nie ciągnęło mnie za bardzo do próbowania.
Natomiast zbierałam się od dawna do drobnych prac "remontowych".
Aż tu nagle na Babskim forum konkurs!
Taki letni, pod hasłem "Stwórz letnią biżuterię, zwiewną, słoneczną i pełną radości!"
I nagle mnie też zachciało się coś zrobić.
Przyznaję, że kompletnie nic nie wiem o szczegółach technicznych.
Moje dokształcenie się na potrzeby zabawy polegało na oglądaniu kolczyków, bransoletek, korali.
Wybrałam się do ulubionej pasmanterii, po głębokim namyśle wybrałam trochę potrzebnych elementów i z zapałem zabrałam się do pracy.
To miały być korale, ale kupiłam za mało gumki.
W dodatku ta gumka okazała sie bardzo niesforna, więc skończyło się na bransoletce.
Między koralikami zrobiłam specjalnie takie grubsze, nierówne supełki, żeby było tak bardziej na luzie.
Wiem - to jest robótka na poziomie dziewczynki z podstawówki, ale bawiłam się przy tym bardzo dobrze (a takich chwil mi teraz bardzo potrzeba).
I przy tym nawlekaniu koralików przypomniały mi się lekcje prac ręcznych w szkole, kiedy robiłyśmy korale z mydła.
Potrzebne było mydło glicerynowe (wtedy było takie w sprzedaży) - przezroczyste, o pięknym bursztynowym kolorze.
Kroiło się to mydło w kostkę i nawlekało na nitkę, przy pomocy grubej igły groszówki.
Pamiętam, że później malowałyśmy korale bezbarwnym lakierem do paznokci.
Czy ktokolwiek nosił takie korale, pracowicie przez nas wykonane?
A to moje pierwsze dzieło w nowej epoce...
