sobota, 14 lipca 2018

"Fotograficzny alfabet" - litera I,i


Moje wybory poszczególnych wyrazów w zabawie "Fotograficzny alfabet" są dość mocno ograniczone. Co z tego, że wypisuję sobie listę odpowiednich wyrazów (przy niektórych literach to nawet spora lista), skoro do zrobienia zdjęcia oprócz słowa potrzebny jest przede wszystkim konkret. A w moim przypadku są dni, gdy przez obrzydliwe upały nie mam siły ani ochoty wybrać się specjalnie po zakupy lub w miejsce wybrane do zdjęcia. Korzystam więc z tego co mam w zasięgu ręki i wzroku.

Litera I,i - to jedna z tych, które jako pierwsze występują w mniejszej ilości wyrazów, więc z góry było wiadomo, że będzie tu spora ilość powtórzeń.

1. Jedzenie - Imbir


2. Flora i fauna - Irys


3. W domu - Instrukcja


4. Na ulicy - Iglica


czwartek, 12 lipca 2018

Lipcowe "Hafty i przysłowia"

Mam wielkie zaległości w zabawie "Hafty i przysłowia", ale nie poddaję się i  walczę z niemocą robótkową, brakiem czasu i innymi przeszkodami. Walczę, bo bardzo lubię robótki... są dla mnie wielkim wytchnieniem i odskocznią - taka moja własna rehabilitacja na wszystkich frontach. 

Odłożyłam na bok hafciki z poprzednich miesięcy i szybko zaczęłam aktualny miesiąc - może uda mi się wyrobić w czasie.

Wybrałam pierwsze przysłowie -
1. Gdy pająk w lipcu przychodzi, to ze sobą deszcz przywodzi, gdy swą pajęczynę snuje, bliską burzę czuje.
Drugiego przysłowia nie cytuję, bo mam zbyt wielką awersję do wszelkich gryzoni. Dlatego też wielkim łukiem omijam wszelkie wzory z tymi stworzeniami, ale nawet słowa określające.
Co prawda pająków też nie lubię - sama pajęczyna może być, ale jakoś ominęłam je w tym przysłowiu, wybierając motyw deszczu i burzy. A dokładniej końcówki burzy, gdy jeszcze trochę pada deszcz, ale już na niebie pokazuje się tęcza.
Tęcza to magiczne zjawisko - szczególnie pamiętane z wakacji na wsi, gdy bez wysokich budynków widoczna była w całej okazałości daleko na horyzoncie. Oczywiście dodatkową i wypatrywaną atrakcją  była tęcza podwójna.
Ściegiem dodatkowym tym razem jest "ścieg za igłą" (też nie lubię obcojęzycznych nazw, skoro mamy polskie). 
To jedyny ścieg, który łączyłam wcześniej z haftem krzyżykowym, robiąc kontury.
A teraz w zabawie wybrałam ścieg "maczek", bo wcześniej go nie wykorzystywałam. I oczywiście deszcz także jest zrobiony tym ściegiem.
To ścieg łatwy, lekki i przyjemny...

Na górze kanwy zostawiłam trochę miejsca na ewentualny napis, bo planuję wykorzystać hafciki zrobione w trakcie zabawy do kalendarza. Nie zdecydowałam się jednak na krój liter, dlatego pozostanie na tym etapie do czasu zagospodarowania wszystkich.

 

środa, 11 lipca 2018

Zamiast...

Czy haftowanie obrazka tematycznie powiązanego z  wakacyjnym klimatem (choćby najmniejszego),  może być namiastką pobytu w wymarzonym miejscu?
Dla wielu osób pewnie nie jest, ale ja w trakcie wyszywania w jakiś sposób przenoszę się tam myślami.
Mogę przypominać sobie miłe chwile spędzone na beztroskich wakacjach.

Zamiast wyjazdu oglądam zrobione kiedyś zdjęcia i filmiki... a w trakcie przeglądania internetu zapisuję morskie wzorki do zrobienia. Zgromadziłam ich sporo, pewnie nie wszystkie doczekają się realizacji, ale ostatnio zrobiłam taki mały obrazek z latarnią morską



Bursztyn dominuje w moich damskich ozdobach, bo historia jego powstawania szczególnie działa na moją wyobraźnię. Z każdego wyjazdu przywoziłam jakiś bursztynowy drobiazg, kiedyś praktycznie do kupienia tylko nad morzem.


Bardzo tęsknię za naszym polskim morzem...
Zamieszkanie tam to moje marzenie, które chyba już się nie spełni.


Po raz kolejny żałuję, że nie zapisywałam nawet krótkim zdaniem (data, miejsce)  naszych wszystkich wyjazdów nad morze. Na pewno byliśmy tam kilkanaście razy - kierunkiem najczęściej wybieranym był Półwysep Helski. I ta część naszego wybrzeża jest mi najbliższa.


Ostatni raz byliśmy tam w czerwcu 2011 roku... od tego czasu nie mam szans na dłuższy wyjazd... niestety. Jak ja zazdroszczę wszystkim, którzy mieszkają na tyle blisko, że mogą tam dojechać nawet na krótki kilkugodzinny pobyt...


Nie znam autora tego schematu - zrobiłam hafcik z gotowego obrazka. Przy tak małej robótce jest to wykonalne bez problemu. Kolory dobrałam sama, a zmianą główną jest zastosowanie półkrzyżyków we fragmencie nieba.


sobota, 7 lipca 2018

"Fotograficzny alfabet" - litera H


"Fotograficzny alfabet" rozwija się bardzo miło i wcale ta zabawa w słówka nie traci na atrakcyjności (dla mnie na pewno nie). Jak zwykle było trochę problemu z wyborem, tym razem z powodu małej ilości wyrazów rozpoczynających się ta literą. Było do przewidzenia, że wyrazy będą się powtarzać (i u nas i u organizatorki zabawy), a moja wersja jest taka:

1. Jedzenie
Herbatnik


2. Flora i fauna
Hortensja


Wiele pięknych i kolorowych hortensji rośnie w sąsiednich ogrodach, 
ale nie chcę robić zdjęcia z ogrodzeniem, 
więc pstryknęłam fotkę ogródkowi przed blokiem.
A tam same białe kule.


3. W domu
Haczyk

Tu miałam największy problem, bo bardzo kusił mnie jakiś hafcik,
ale bez zbędnego kalkulowania pozostał haczyk


4. Na ulicy
Hotel


Kto by kiedyś pomyślał, 
że tak ładnie może wyglądać zabytkowy hotel 
w centrum szarej i zadymionej (kiedyś) fabrycznej Łodzi.
Do zabawy przesłałam zdjęcie fragmentu budynku,
ale nie mogę sobie odmówić przyjemności pokazania go w całości
(chociaż trudno zrobić zdjęcie bez tej plątaniny sieci trakcyjnej i sygnalizacji,
szczególnie że hotel stoi na bardzo ruchliwym skrzyżowaniu).
Przejeżdżam obok dość często i pamiętam ponurą bryłę z dawnych lat.
Wtedy nie zauważałam pięknych detali, które ujawnił generalny remont.


piątek, 6 lipca 2018

Chętnie korzystam z inspiracji

Nie udaję kreatywnego twórcy, bo nim nie jestem. Przekonałam się o tym już dość dawno, że jestem raczej odtwórcą i niewiele potrafię dodać coś od siebie. To chyba jest główny powód moich wielogodzinnych wędrówek internetowych - poszukiwanie pomysłów, kursów, pokazów. Nie zamierzam udawać, że wszystko wiem i nie muszę się uczyć. Rezultaty tych poszukiwań zapisuję na dysku lub w prywatnym blogu/notesiku. A  w  swoich postach zawsze podaję takie źródło. Czasami nawet chciałabym podać link bez okazji - po prostu podzielić się wiedzą o czymś ciekawym znalezionym w internecie.

Ale..
... teraz już nie wiem, czy dotychczasowy sposób wystarczy - tzn. podanie aktywnego linka odsyłającego do strony autora. Czy trzeba jednak każdorazowo pytać autora o zgodę na linkowanie konkretnego posta lub adresu całej strony w swoim tekście.
Śledzę z uwagą wiadomości o planowanych zmianach dotyczących prawa autorskiego w internecie i efekt jest tylko taki, że kompletnie pogubiłam się co wolno, a co nie wolno, jakie zmiany będą obowiązywały itd. Dlatego na razie wstrzymam się z wszelkim linkowaniem blogów, szczególnie obcojęzycznych.
W ubiegłym roku planowałam stały cykl, w którym dzieliłabym się ciekawymi "znaleziskami", ale teraz chwilowo odłożyłam na bok.

I w efekcie sięgam do własnych zasobów fotograficznych ...

Na upały coś dla ochłody - Lemoniada porzeczkowa




czwartek, 5 lipca 2018

Rocznicowe wspomnienia... (5) - Kulinarne blogowanie

W moim prywatnym rocznicowym cyklu powinnam zacząć od tych wspomnień blogowych, bo od bloga kuchennego zaczęła się moja przygoda.
W ciągu kilku lat byłam bardzo aktywna w zabawach blogowych (brałam udział i sama organizowałam), w grupce Wspólne gotowanie,  udzielałam się na forach kulinarnych, ... aż do 2013 roku. Wtedy zrezygnowałam całkowicie.
Podjęłam taka decyzję z kilku powodów.

Zaczynając swoją przygodę z blogowaniem nie miałam zupełnie pojęcia jak to działa - nie wiedziałam o całkowicie nieograniczonym dostępie, możliwościach kopiuj-wklej, przywłaszczaniu sobie treści i zdjęć. To miał być  po prostu mój elektroniczny zeszyt z przepisami. A szybko okazało się, że to jest żywy świat, chociaż trochę inny od realnego. Świat portali społecznościowych, które niestety w pierwotnym kształcie forum teraz już zanikają.

W tym czasie bardzo szybko zmieniała się kulinarna blogosfera. Gdy zaczynałam było tych blogów mniej, wielu blogerów znało się wirtualnie, spotykaliśmy się w akcjach, odwiedzaliśmy na blogach, komentowaliśmy.

Właśnie... komentowaliśmy... - problem zaniku komentarzy najbardziej świadczył o zaniku wzajemnej komunikacji.
Blogi przybywały jak grzyby po deszczu - wszyscy chcieli pisać, prawie nikt już nie czytał innych. Nasze strony zamieniły się w bezpłatne źródło informacji - wrzucasz w wyszukiwarkę "potrzebuję przepis na..., więc klik, dajcie mi jak najwięcej".

Oprócz przyczyn zdrowotnych (wymagających zmian diety), nie chciałam uczestniczyć w coraz większym owczym pędzie na jedynie słuszną stylizację zdjęć. Same przepisy, uwagi o gotowaniu, wzajemne wspieranie się i dzielenie doświadczeniem, stały się nieważne. Zagubiły się w gadżeciarsko-fotograficznym wyścigu.
Część blogerów, bezkrytycznie zafascynowanych stylem fotografii zagranicznych blogów, dość szybko narzuciła swoją kwalifikację zdjęć potraw. Zaczęły się pojawiać prymitywne i obraźliwe komentarze typu: "marne zdjęcia w stylu starej babci z kotletem na szydełkowej serwetce". Jak do tego jeszcze dodam tekst  na poziomie dziecka "jak nie widzę dobrego zdjęcia potrawy, to w ogóle nie czytam przepisu", to dosłownie ręce opadają. Takie podejście to dla mnie kwintesencja bezmyślności pokolenia obrazkowego, które już nie umie czytać ze zrozumieniem (chyba, że czyta esemesowe skrótowce w swoim wypasionym telefonie).

A ponieważ ja nie mam parcia na szkło, ani potrzeby sieciowego lansu, więc szkoda mi czasu na robienie zdjęć moim prymitywnym aparatem w złych warunkach oświetleniowych. Dlaczego w złych? bo najczęściej to potrawy robione wieczorem i przeznaczone do jedzenia, a nie do specjalnych sesji fotograficznych - z talerzem upozowanym na pogniecionej ścierce/worku od kartofli/deskach z obłażącą farbą, w towarzystwie wielu dodatkowych elementów (zardzewiały widelec, pogięta pokrywka, dziurawy czajnik), a wszystko otoczone wianuszkiem rozsypanych ziarenek pieprzu, czy innych przypraw w kulkach.

Szkoda mi było czasu na pisanie do nieznanego odbiorcy/milczącego podczytywacza o prostych (najczęściej polskich, więc mało atrakcyjnych) potrawach, bo przecież nie zarzucam czytelników snobistycznymi obcobrzmiącymi nazwami. W sieci jest tyle blogów i łaknących kariery medialnej blogerów, że ja się w tej kategorii nie mieszczę - a właściwie to nie chcę się zmieścić.

Ostatecznym gwoździem było niedawne znalezienie na dość prężnie działającym nadal  portalu  moich tekstów z przepisami, wklejonych na czyjeś konto. Oczywiście nikt mnie o zgodę nie pytał, a udowodnienie prawa własności do tekstu i zdjęć jest bardzo łatwe, bo wszystkie zdjęcia są podpisane tytułem bloga. Wcześniej też trafiłam na takie kopiuj-wklej na osobistych blogach.
Nie chce mi się z tym walczyć, zgłaszać naruszenie praw, bo to walka z wiatrakami. Uznałam, że trudno, to co już skopiowane uważam za stracone. Zamknęłam dostęp do blogów, zamykając w ten sposób ten etap.

To co napisałam to zaledwie niewielki wycinek tematu "Blogosfera kulinarna" - prawdę mówiąc tomy można by napisać.

Moje wpisy blogowe rzadko ograniczały się do samych przepisów. Zawsze pisałam coś więcej, bo zawsze miałam skłonności do rozpisywania się "w temacie".  Dlatego kilka z nich pojawi się tutaj na blogu, w formie wpisów archiwalnych. Szkoda mi tak po prostu wyrzucić je do kosza...

Dziś wyjątkowo krótki (jak na mnie) wpis z 24 października 2013

"Światowy Dzień Walki z Otyłością

Nasze rozmówki z serii "Dialogi na 4 nogi" (kto pamięta, ten wie)
Ja: - Wiesz, że dzisiaj jest dzień walki z otyłością?
Mąż (radośnie): - To walcz.

Miał szczęście, że był daleko"
Chociaż bardzo krytycznie podchodzę do swoich zdjęć, to jednak zebrało się trochę takich, które wydają mi się w miarę poprawne.
Na przykład to zdjęcie  składników do staropolskiej zupy piwnej "Faramuszki", którą robiłam w maju 2009 roku w ramach akcji "Tydzień Kuchni Staropolskiej". Niestety, blog organizatorów tej i wielu innych ciekawych akcji, z nieznanych mi powodów już do nich nie należy, a setki postów z przepisami wyparowało.


sobota, 30 czerwca 2018

"Fotograficzny alfabet" - litera G

Zabawa "Fotograficzny alfabet" chyba jest coraz bardziej obecna w naszym codziennym życiu -  w różnych sytuacjach nagle olśnienie, że właśnie widzimy przedmiot pasujący do aktualnej literki.
W tej odsłonie - litera G,g. Tym razem mój końcowy wybór nie był najkorzystniejszy punktowo, bo myślałam o gąbce i galaretce, w końcu wybrałam inne. Za to jest bonus za "garaż" i w ten sposób emocje nie znikają.
Ta prosta zabawa jest dla mnie bardzo przyjemną odskocznią od problemów codzienności... taki sentymentalny powrót do beztroski szkolnych lata, gdy bawiliśmy się w "państwa-miasta".

Wybrałam...

1. Jedzenie
Groch
a dokładniej potrawa wigilijna czyli "Groch z kapustą".
Przejęłam ten zwyczaj z kuchni mojej Mamy i robię tę potrawę tylko raz w roku.


2. Flora i fauna
Gladiola
Od kilku lat sadzimy w ogrodzie kilka takich kwiatków, 
ale nie są tak piękne i wysokie, jakie widzę w sprzedaży. 
W dodatku wszystkie rosną strasznie krzywo, nie pomagają żadne paliki.


3.W domu
Guzik
Nazbierało się u mnie sporo różnych guzików.
Posegregowane w osobnych przegródkach tak sobie czekają na wykorzystanie.


4. Na ulicy
Garaż 
Garaże na ulicach mojego miasta są równie brzydkie i zaniedbane,
jak wiele innych budowli (mniejszych i większych).
Nie mamy się czym chwalić.