wtorek, 31 grudnia 2013

Sylwester we dwoje

Historia zatoczyła małe prywatne koło. Pierwsze nasze Sylwestry i teraz te ostatnie spędzamy we dwoje. Tylko powody są różne. Chciałoby się cofnąć do tamtych wspaniałych lat... A dzisiaj nawet nie miałabym ochoty bawić się w większym towarzystwie. Na szczęście dobrze bawimy się we własnym. Nie narzekam, nie marudzę - zawsze wolałam kameralne powitanie nowego roku, niż wątpliwej jakości zabawę w niechcianym gronie.

Koty ogrodowe nakarmione, prezentują futro w wersji na bardzo mroźną zimę, a tu na trawie stokrotki kwitną. Dostały nowy elegancki salonik w zacisznym kąciku pod schodami (koty, nie stokrotki), w którym mam nadzieję schowały się przed straszną dla zwierząt kanonadą. Salonik jest pięknie ocieplony, tylko kolumienek i ozdobnych gzymsów mu brakuje.
Wróciliśmy do domu po 17 i właściwie resztką sił przygotowałam swój tradycyjny napój sylwestrowy.
Robię go od wielu lat i nie wyobrażamy sobie powitania Nowego Roku bez tej zimnej pyszności.
Przepis znalazłam w przedwojennej książce kucharskiej, którą odziedziczyłam po babci. Cytuję go w oryginalnej wersji,

"Cardinal"

"Skroić cienko skórkę z jednej pomarańczy, włożyć wraz z 1/2 kg cukru w kawałkach do wazy, wcisnąć sok z trzech pomarańcz, wlać pół litra białego stołowego wina i postawić w lodzie na kilka godzin. Przed podaniem przecedzić przez sito lub muślin, dodać pół butelki wina szampańskiego i szklankę soku ananasowego".
                                                  Marja Ochorowicz -Monatowa "Uniwersalna książka kucharska"

Uwielbiam ten styl pisania, te starocie kulinarne!
Wbrew pozorom wiele przepisów można z tych książek wykorzystać w XXI wieku, czasami trzeba pomyśleć nad pewnymi korektami i dostosowaniem do współczesności. A są też takie przepisy, które dają wykorzystać bez żadnych zmian.
Zawsze też mam tę świadomość, że to przecież książka, z której moja babcia gotowała na co dzień. I to w o wiele gorszych warunkach, bo w kuchni opalanej drewnem i węglem, a w czasie wojny w kuchni bez bieżącej wody.
Jakie my teraz mamy cudowne ułatwienia kuchenne, najczęściej nie doceniamy już ich wcale. To się wydaje takie oczywiste...

W przypadku tego przepisu ważną zmianą jest wydatne zmniejszenie ilości cukru (miałkiego). Oprócz tego ja wyciskam sok tylko z jednej pomarańczy. Dwie pozostałe kroję na nieduże i cienkie plasterki, które zasypuję cukrem i pozostawiam do całkowitego rozpuszczenia (często mieszam). Dopiero wtedy wlewam sok i wino. Później do lodówki na kilka godzin. I na koniec reszta składników, ale bez przecedzania owocowych fusów.
Właśnie takie lubimy...
Zdjęcie może da się zrobić przy świetle dziennym, ale gwarancji jakości nie ma żadnej.

W telewizorze tak beznadziejnie denny program, jakiego nie pamiętam od lat.
Trzeba sobie samemu zadbać o rozrywkę...

A wszystkim tu zaglądającym życzę Szczęśliwego Nowego Roku!

piątek, 27 grudnia 2013

Czas świąteczny po świętach

Czas przed samymi świętami i w ich trakcie miałam wypełniony maksymalnie.
Co prawda od lat  doprowadzam się do tak szczególnie denerwującego stanu, który jest wynikiem mojego bałaganiarstwa i totalnego niezorganizowania, ale w tym roku osiągnęłam apogeum. Dołożyły się do tego czynniki zewnętrzne, w rodzaju pogorszenia kondycji fizycznej i zwiększenia obowiązków rodzinnych.
I tu mam dylemat - z jednej strony jestem szczęśliwa mogąc gościć najbliższą rodzine, ale z drugiej czuję, że to już ponad moje siły. Szczególnie, że roboty coraz więcej na mnie jedną...
Na razie do następnych świąt cały rok, a ja próbuję odpoczywać na przemian z porządkowaniem używanych naczyń ... żałując, że kochane Maluchy już odjechały...

Moja choinka w tym roku to wyciągnięty zza szafy ponad 30-letni sztuczny drapak. To choinka będąca świadectwem swojego czasu - prawdziwego kryzysu 1980 r. W ubiegłym roku kupiliśmy prawdziwą, ale teraz nie dałam rady (nie tylko fizycznie, ale też ze względów finansowych).
Najbardziej lubię choinki  pstrokate, z ozdobami zbieranymi przez lata. Niech każda będzie "z innej wsi". Ozdoby nie muszą być stylowe, dobrane kolorystycznie, ani modne w kształtach. Ze starymi bombkami, łańcuchami, gwiazdami łączą się najmilsze wspomnienia i takie chcę na każde święta.
Tegoroczna choinka jest ubrana trochę inaczej niż zwykle. Większość ozdób wisi nisko i z przodu, tylko niektóre dostąpiły zaszczytu umieszczenia na gałązkach, a te które dostąpiły wiszą dość dziwnie. Dlatego tak, bo działał tu Pierwszy Wnuczek, a taki mały człowiek nawet ze stołeczka daleko nie sięgnie.


I powiesił tak jak chciał i gdzie chciał (choinka miejscami jest trochę "łysa").
To dla mnie były najbardziej miłe chwile spędzone z kochanym chłopaczkiem, który już całkowicie nie pozwala się uściskać i ogania od przytulania. Na szczęście Drugi Wnuczek jeszcze jest na etapie przyzwolenia na pieszczoty.

Tuż przed świętami skończyłam dwa hafty przeznaczone na prezenty. Miałam w planach więcej, ale czasu nie było. Dosłownie na ostatnią chwilę, bo w Wigilię, kończyłam prasowanie i wsadzanie w ramki. Na szczęście przy pomocy męża jakoś się udało. Zdjęcia niestety robione wtedy wieczorem, więc niewiele się dało z tego wycisnąć.

Zimowy obrazek według wzoru ze Świątecznego SAL-a 2011
To nie jest ten hafcik, który robiłam w trakcie zabawy. Tamten musiałam przerwać, bo okazało się, że pomyliłam się w liczeniu  i cała prawa część przesunęła się o jeden krzyżyk. Niby jeden, ale jednak w bardzo widocznym miejscu. Ten zaczęłam robić latem, półtora roku temu, w trakcie największych upałów. Tak w ramach protestu, bo nienawidzę upałów. Lepszego zdjęcia już nie zrobię, bo obrazek znajdzie swoje miejsce w Katalonii. Chyba, że dostanę zdjęcie zrobione tam.


i  drugi, rozpoczęty również ponad rok temu.


Tego obrazka nie pokazywałam "w trakcie", bo dużo do pokazywania nie ma. Wzór tak prosty, że robi się bardzo szybko.

Tak niewiele robótek powstało w tym roku, że nawet nie ma co podsumować.
Bardziej mogłabym zrobić podsumowanie pod hasłem "to mam do skończenia".

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Świąteczna zabawa


Bardzo rzadko biorę udział w blogowych zabawach. Na początku mojego blogowania było inaczej, czasami się skusiłam,  ale różne złe doświadczenia spowodowały moje odsunięcie się na bok również i w tym zakresie.
Jednak po tych pięciu latach mam już swoje dobrze znajome ulubione miejsca i osoby, które je tworzą .
Dlatego ulegając świątecznym nastrojom zapiszę się na zabawę u Lacrimy


Pisząc tego posta uświadomiłam sobie, że nie jest tak najgorzej z moim szczęściem, bo kilka wygranych jednak mi się trafiło... Ostatnią wygraną był ten piękny kalendarz od Migoshi, który towarzyszy mi cały rok.


poniedziałek, 9 grudnia 2013

Przedświątecznie na całego

Orkan Ksawery opuścił już chyba Polskę, nie wyrządzając nam (mojej rodzinie) żadnych szkód. Odczuwaliśmy jego obecność fizycznie, z trudnością poruszając się na ulicy. Mój mąż nawet zrezygnował z codziennej jazdy rowerem do pracy, czego nie zrobili niektórzy rowerzyści, walcząc później z materią.
Śnieg na krótko pobielił świat za oknem, miałam nadzieję, że tak pozostanie już do świąt. Niestety, deszcz dzisiejszej nocy zmył całkowicie tę uroczą dekorację.

Na blogach robótkowych i wnętrzarskich świąteczne klimaty już od dawna, ja jednak rozpoczynam ten czas dopiero od grudnia. Listopad to zbyt wcześnie, jeszcze tkwią we mnie refleksyjne nastroje Zaduszek.

Inna sprawa, że jeśli ktoś ma duże plany robótkowe związane z Bożym Narodzeniem, to rzeczywiście należy zaczynać dużo wcześniej. Po raz kolejny przekonałam się o tym, że już nie daję rady opanować wszystkiego. Przy obecnych obowiązkach rodzinnych i własnym stanie zdrowia, nie jestem w stanie zrobić zbyt dużo. Muszę coraz bardziej redukowac swoje plany i chęci - niestety...
I już teraz , nie czekając na czas noworocznym postanowień, powiedzieć sobie wyraźnie "nigdy więcej zgłoszeń do wspólnych, terminowych zabaw".
Po raz kolejny chciałam wziąć udział w Świątecznym SAL-u, który organizuje Ania, a nawet pierwsza dopytywałam się, czy ten SAL w tym roku będzie. I co z tego, skoro prawdopodobnie znowu nie dam rady skończyć robótki w terminie. To jasny sygnał, żeby skończyć z hurra-optymizmem i entuzjazmem bez pokrycia. Na pewno zacznę robótkę (materiał już dawno kupiony), ale kiedy skończę? nie wiadomo.

W ostatnich tygodniach ożywił się blog SAL-u "Pod choinkę", co mnie bardzo cieszy. I nadal zapraszam do tej zabawy, jeszcze można dołączyć - tutaj strona główna bloga


piątek, 6 grudnia 2013

Głos natury

A może lepiej byłoby powiedzieć "pomruk natury".
Stan pogody ostatnich kilkudziesięciu godzin pokazuje nam przewagę jej sił nad człowiekiem.
Coraz bardziej oddalamy się od tej bezpośredniej i prymitywnej siły wierząc, że miasto jest bezpiecznym azylem.
Jak widać to głupie myślenie zarozumiałego człowieczka.
Ja lubię wiatr, deszcz, śnieg i zachwycają mnie takie widoki, ale nie ukrywam, że bałabym się być zbyt blisko tych zjawisk. Nawet wychodząc z domu nie wiemy, czy coś nam nie spadnie na głowę i nas nie uszkodzi (w najlepszym razie, bo może być jeszcze gorzej.)


Fot. LUKE MACGREGOR REUTERS

niedziela, 24 listopada 2013

Kandelabr

Zdarza mi się często, że trafiam na wzór haftu, który mi się spodoba tak bardzo, że chcę go natychmiast wykorzystać. Przy okazji szukam jego przeznaczenia, co polega na myśleniu "komu podarować". I w ten sposób "uszczęśliwiam" rodzinę i inne niewinne osoby swoim handmadem.
A że czas jesienny to w naszym rodzinnym kalendarzu natłok imienionowo-urodzinowy, więc zawsze komuś taki prezent mogę dać.

Tak było ostatnio z Kandelabrem, na który natknęłam się na blogu Uroczy detal.
Zobaczyłam, zachwyciłam się, znalazłam wzór autorski, wydrukowałam i natychmiast przystąpiłam do pracy.  Wersja autorska bardziej mi się podoba niż moja własna, ale nie dysponowałam w tym momencie szarym materiałem odpowiedniej wielkości, a poza tym jeszcze nie potrafię dobrze poruszać się na lnie . Wykorzystałam kanwę aidę16 w kolorze ecru DMC i srebrnoszarą mulinę Ariadny nr 669.

Wzory monochromatyczne to moje ulubione, również dlatego, że praca z nimi idzie bardzo szybko. Teraz też mój Kandelabr powstał prawie błyskawicznie, z przeznaczeniem na prezent dla bardzo starszego pana..

Nie znalazłam takiej ramki, jaka najbardziej by mi odpowiadała, więc wolałam wstawić w antyramę. Oczywiście zdjęcia (jak zwykle) pokazują kolory kanwy jak z kosmosu - inne przy świetle dziennym inne w sztucznym oświetleniu, na żadnym kolor nie jest zbliżony do prawdziwego. Natomiast kolor muliny jest mniej więcej zgodny z rzeczywistością. 





czwartek, 14 listopada 2013

Wykluczenie na życzenie

Coraz częściej rezygnuję z dołączenia do jakiejś akcji, zabawy robótkowej, wspólnego blogowania itp, bo... organizatorki (jak na razie to same kobiety), uznając, że to będzie bardziej atrakcyjne ogłaszają akcję, zabawę, współtworzenie bloga także na facebuku. Jak ja nie znoszę tego paskudnego graficznie tworu!!! Odrzuca mnie od ekranu na samą myśl o oglądaniu tego czegoś - celowo pisze o oglądaniu, a nie o czytaniu, bo czytanie tekstów w kilku okienkach jednocześnie nie jest moim ulubionych zajęciem. I jeszcze to lubienie na zawołanie - nawet przy najbardziej smutnych okazjach.
Facebukowym skrytożercom mojego czasu mówię NIE!

wtorek, 5 listopada 2013

Moje drutowanie

Mam w domu dużo serwetek (większych i mniejszych) zrobionych szydełkiem.
Są w różnym wieku - kilka ma ponad 50 lat i robiła je moja ciocia (z pokolenia dziadków). Kilka popełnił kiedyś nawet mój mąż, chcąc pokazać światu, że prawdziwy mężczyzna nie wstydzi się żadnej pracy.
Mam także szydełkowe prezenty od internetowych koleżanek.
Wszystkie są piękne, używam je, ale sama takich nie stworzę.
A przecież szydełkiem robiłam początkowo więcej niż na drutach - kamizelki, czapki, kwiatki do chusty (wtedy były takie modne), jakieś drobiazgi typu kosmetyczka, pasek itd

Jednak moją prawdziwą miłością do dziś zostały druty. Bardzo lubię to drutowanie, chociaż ostatnio bardzo mało mam gotowych efektów tego machania.
Kiedy kilka lat temu na forum zobaczyłam po raz pierwszy serwety i obrusy zrobione na drutach bardzo mi się spodobały. A wcześniej jakoś nie dopatrzyłam się w posiadanych starych książkach, że ja przecież takie wzory mam! Zaczęłam z tych książek próbować, ale trudne początki ze środkowym kółeczkiem skutecznie mnie zniechęcały. Widocznie sprawa musiała się odleżeć i nabrać mocy urzędowej, bo nagle we wrześniu wszystko się odblokowało i poooszło...
To znowu za sprawą forumowych koleżanek, które skutecznie mnie zachęciły wspólną zabawą-nauką.
W dość krótkim czasie powstało kilka moich serwetek, które traktuję jako ćwiczenia i robocze wprawki.
Zrobione specjalnie z dość grubej nitki, żeby łatwo było ćwiczyć i widzieć błędy i wypaczenia.
Do zdjęcia upozowane bez prania i usztywniania, bo może zrobię to jakoś hurtowo. A w dodatku nie za bardzo jestem przekonania do krochmalenia lub usztywniania inną metodą - lubię miękkie serwetki.
To ostatnia wprawka, czyli powinna być najlepsza (oczywiście w porównaniu z początkowymi).


Zaczęłam od wspólnego wzorka, który robiłyśmy na starcie - przekornie jednak zaczęłam od lewej strony schematu (żeby sprawdzić) i wyszło mi coś takiego


A to już prawidłowo odczytany ten sam schemat 


- w obu wersjach są widoczne niedoróbki, szczególnie w wyrobieniu środka. 
Później zmieniłam metodę rozpoczynania.
I kolejny wzorek



Mam ochotę robić kolejne serwetki, a później obrusy... przede wszystkim dla własnej przyjemności robienia...
Teraz chwilowa przerwa na rzecz pilniejszych spraw, ale nie ma obawy, jak tylko nabędę lepsze druty (z ostrymi końcówkami) idę na całość.

A wcześniej próbowałam swoich sił w letnim wyzwaniu szydełkowym na forum.
To mizerny efekt


zapowiadało się dobrze, żarło... i zdechło. Zaczęły się jakieś marszczenia, prawie falbany, więc ze złością zrezygnowałam. Niestety, pośpieszyłam się i nie mogłam posłuchać rad koleżanki, żeby na tym etapie zakończyć, mieć małą serweteczkę i udawać przed światem, że to właśnie tak miało być. Za szybko sprułam całość...

niedziela, 27 października 2013

Letnia jesień

Pogoda zwariowała... nie można inaczej powiedzieć, gdy tuż tuż przed początkiem listopada nasza polska złota jesień jest właściwie latem. Dzień w dzień temperatury nie na jesienne dni.
Już dwa tygodnie temu zamknęliśmy leśno-działkowy sezon, bo może nagle przyjdzie mróz, śniegi itd... a domek nie zabezpieczony...
A tu nadal upały (bo przecież wszędzie grzeją), więc kiedy nadeszła kolejna niedziela bez namysłu wsiedliśmy w samochód (z suchym prowiantem) i do lasu.


W czasie jazdy odpoczywałam kontemplując piękno naszych pól, a siedząc już w lesie na werandzie oglądałam i słuchałam gwaru niezwykle licznego ptasiego zebrania na modrzewiu. Jak stwierdził mój mąż był to jakiś gatunek małych śpiewaków.


Wokół upragniona cisza... I nagle drogą tuż za bramą z pełnym dostojeństwem przeszedł powoli biały koń z jeźdźcem w siodle... Tak się zapatrzyłam, że już zdjęcia nie zrobiłam...


środa, 23 października 2013

Nowi stołownicy - kocia czwórka

Zmienili się ogrodowi bywalcy w mojej stołówce.

Nagle przestała się pojawiać Czarna, jej urocze szare dziecko wcześniej nas opuściło - być może znalazło nowy dom.
Ich miejsce nie pozostało puste, bo do misek zgłasza się kocia czwórka.

To  Łaciatka, jej dwa maluchy - biało-czarny i czarny oraz pośrednie wiekowo czarne Strachajło (bardzo bojaźliwe, ale oswaja się powoli).





Maluchy do sesji fotograficznej nie załapały się - wypuściły się samowolnie na daleką wycieczkę... 

poniedziałek, 21 października 2013

To co lubię....

Uwielbiam oglądać zachody słońca.
W szkolnych czasach zbieractwa wszelakiego gromadziłam pocztówki z zachodami słońca, szczególne miejsce zajmowały w mojej kolekcji zdjęcia zachodu słońca nad wodą. I to mi pozostało...
W drodze powrotnej do domu taki widoczek (zanim nadjechał tramwaj)...


środa, 9 października 2013

Nasz dzień...

Nasze kolejne święto - moje i mojego męża...
Dziś pogoda była taka sama, jak wtedy . Pamiętam doskonale ciepło tamtego wieczoru, prawie letniego.
Dziś poświęciłam przedpołudnie na powolny, spokojny spacer w celach zakupowych (po dobre jedzonko w delikatesach.. a co!).
Rozkoszowałam się tym ciepłem, spokojem ulicy... wspominałam i porównywałam. Tamte czasy i to, co mamy dzisiaj.
Wspominałam te minione chwile i gdybym tylko mogła bez wahania wróciłabym do tamtego października, mogąc przeżyć nasze wspólne życie jeszcze raz.



sobota, 5 października 2013

Ekcesy przyrody

W nocy nagle chwycił mróz/przymrozek - jak zwał, tak zwał, ale paskudnie zniszczył kwitnące rośliny.
Biedne dalie... już stracone, a zawsze kwitną prawie do końca października...


Tak mi żal, bo niewiele mam kwiatów w ogrodzie, a o dalie szczególnie dbamy co roku...

poniedziałek, 23 września 2013

Jesienne powroty robótkowe

Lato było stracone dla robótek. Chociaż przez cały czas trzymałam coś pod ręką, to sił zabrakło.
Teraz powoli wracam do haftu i do drutów.


niedziela, 22 września 2013

Lato minęło

Lato minęło... razem ze swoimi upałami... były i piękne, spokojne chwile, ale trudno mi było w pełni je docenić... dochodzenie do siebie po zbyt wysokich temperaturach trwało u mnie dość długo. Właściwie dopiero wraz z ochłodzeniem i pierwszym deszczem jesieni poczułam się lepiej... czyli dość długo do siebie szłam...



poniedziałek, 16 września 2013

Kocia płeć niewiadoma

Czarna jest kotem ogrodowo-dochodzącym.


Tak ją nazwałam, gdy dwa lata temu do ogrodu przychodziła kocia grupka kandydatów na pobyt stały.
Nie wiem, jak koty rozwiązały problem, ale jako jedyna pozostała właśnie Czarna.
Zimą korzysta z hotelu pod schodami - tam (już w lutym) odwiedziło ją kilku kandydatów na tatusia jej dzieci, co zakończyło się wielką awanturą i kotłowaniną, aż szyby dzwoniły na ganku.

A w pewien lipcowy upalny dzień po raz pierwszy przyprowadziła i pokazała swoje dziecko.
Dość długo nie mogłam zlokalizować kociego malucha, tak się upodobnił do konarów drzewa - a nie chciałam podchodzić zbyt blisko. Ale matka, siedząc pod drzewem co jakiś czas do niego miauczała, 


więc w końcu go wypatrzyłam zbliżeniem aparatu...

 
 

Płci jeszcze nie dało się sprawdzić... 

czwartek, 5 września 2013

Moje piękne chwile

Jakie są piękne chwile?
Można by bardzo dużo napisać - i mądrze i głupio.
Nie podejmuję się tworzenia definicji, bo ja po prostu odczuwam takie momenty w życiu.
Nagle dociera do mnie, że dana chwila jest niepowtarzalna w swoim kształcie...

Dzisiejszy dzień był wspaniały swoją przepiękną pogodą... 
błękitne niebo... łagodne plamy słońca na trawniku, na ulicy... ciepło powietrza przyjaźnie otula twarz...

W takie dni spotkania z przyjaciółką, dobrą koleżanką są kolorowym kalejdoskopem pięknych chwil... spędziłyśmy z sobą kilka popołudniowych godzin... bez pośpiechu...

sobota, 31 sierpnia 2013

Powrót do dzieciństwa

Pracowałam latem w ogrodzie jak nakręcona - godzinami bezmyślnie prażąc się w słońcu... kompletnie bez sensu, bo sama się dobijałam fizycznie, narzucając tempo i zakres prac. I tak tego nie przerobię w tym roku, chociaż troszkę udało mi się zwalczyć.
Nie wiem, co mnie tak gnało. To może jakieś metafizyczne przesłanie od Mamy..
Odpoczywając (w krótkich chwilach) na leżaku w najgłębszym cieniu, zamykałam oczy i marzyłam o hamaku... o tym ze starego zdjęcia w rodzinnym albumie... mam kilka lat i uśmiecham się do aparatu, którym Tata robi zdjęcia...
Muszę koniecznie zainstalować nowy hamak, w nowym miejscu... w moim starym ogrodzie, gdzie aż gęsto od wspomnień....
I niech będzie jak dawniej... dla dzieci i dla starszych

piątek, 30 sierpnia 2013

Przedjesień

Coś takiego jak przedwiośnie... jeszcze trwa lato, ale już w powietrzu poranka pojawił się nowy zapach... rześka zapowiedź nadchodzącej jesieni... chociaż to dopiero za miesiąc...
Uwielbiam ten zapach świeżości, nie to co niedawny duszący upał.


sobota, 24 sierpnia 2013

Mogę sobie tylko pomarzyć

O zamieszkaniu nad naszym polskim morzem na stałe... lub o takim plażowaniu (się)...
życie jest jednak bardzo niesprawiedliwe...


PS Wcześniej nie zaznaczyłam wyraźnie, że takie luksusy są dostępne dla niektórych tutaj u nas, nad naszym polskim morzem właśnie...
Kto by pomyślał w niedawno minionym ustroju, że tak będzie?
Wtedy na tej samej plaży tłoczyli się wczasowicze FWP, godzący się na siermiężne warunki, byle tylko tu przyjechać - oczywiście, jeśli mieli szczęście dostać takie skierowanie w najlepszym czasie wakacyjnym do najlepszych miejsc nadmorskich.

sobota, 17 sierpnia 2013

Sierpień w ogrodzie

Odpoczywam po upałach... nie dałam rady wszystkiego uporządkować i zwalczyć niepotrzebnego zielska...
W ogrodzie praktycznie nic nie było robione w ciągu ostatnich kilku lat, więc ja teraz sama w jedno lato nie nadrobię zaległości. Jedynie z trawą udało mi się jako tako opanować sytuacje, bo okazało się nagle, że spodobało mi się to chodzenie z kosiarką.

Nie mam siły na wielkie uprawy, szczególnie, że bardzo nie lubię wyrywania chwastów w pozycji klęczącej lub kucając. Rośnie to, co przetrwa i nie wymaga pielęgnacji.
Jaka jest siła roślin przekonuję się nie tylko przy chwastach... 


te floksy sadziła moja prababka i przez tyle lat (na pewno ponad 60) co roku same się odradzają,. Co prawda nie w takich ilościach jak dawniej, ale może nieopatrznie coś wykosiłam tu i tam w pierwszych porywach wiosennych z kosiarką.

Nazwa "floksy" używana u nas zastanowiła mnie - a może to tylko jakaś ludowizna? może naprawdę nazywają się inaczej, bardziej poważnie.



Jednak nie - nie musiałam długo szukać i nawet przy okazji podszkoliłam się w prostej obsłudze (czyli gdzie i jak podciąć, żeby ponownie zakwitły): Floksy - kwiaty nieco zapomniane

piątek, 16 sierpnia 2013

Nowe miejsce...

Bez zbędnych opisów i wyjaśnień... Zakładam kolejne miejsce w sieci.
Po 5 latach prowadzenia blogów robótkowych zakończyłam tamten etap przeprowadzką. Bardzo dużo się nauczyłam w zakresie samego blogowania, a przede wszystkim istnienia w internecie. Ten wirtualno-realny świat dał mi duży bagaż doświadczeń... szkoda, że również negatywnych, które o wiele bardziej przeżywałam.

Mogłabym pozostać w starym miejscu, ale zbyt dużo złych wspomnień wiąże się z tamtymi wpisami. Powiedzmy, że czyste kartki w tamtym zeszycie już się skończyły, trzeba założyć nowy.
Mam więc tutaj czysty nowy zeszyt, który będzie nieco inny od poprzedniego.
A jaki?... to się okaże "w praniu"... teraz jeszcze sama nie wiem.
Tak właściwie, to nawet nie wiem, dlaczego nadal chcę blogować. Wydawać by się mogło, że powinnam mieć dość i nie pakować się w kolejną sieć (w dodatku samodzielnie uplecioną). Warunków do spokojnego blogowania też jak na lekarstwo... i to już nawet nie chodzi o czas, bo jakoś się znajdzie. Brak spokojnej głowy, w tym cały problem.

Może jednak ta własna pisanina pomoże mi trochę w odzyskaniu radości życia, która gdzieś uleciała... przygasła... została przydeptana... - przecież ja byłam wesołą optymistką... chichotką w różowych okularach...