czwartek, 31 sierpnia 2017

Letni kapelusik

Robótka łatwa i prosta, czyli na dwa-trzy wieczory, a zajęła mi praktycznie trzy tygodnie.
Powód? Wielokrotnie prucie, żeby właściwie się układała (upały też mi w tym nie pomogły).
Ja nigdy nie mogłam korzystać z gotowców, gdzie każde oczko jest wyliczone i podane, bo wszędzie jestem niewymiarowa. Zawsze musiałam przeliczać wszystkie wzory robótek na drutach, gdy korzystałam z książek i gazetek.
Jestem więc przyzwyczajona i nawet nie wyobrażam sobie innego sposobu, bo nawet przy idealnych wymiarach (marzenie!) każda z nas ma swój indywidualny styl i technikę, nie mówiąc już o różnicach w grubości nitek.

Powróciłam (na razie ostrożnie, bo z ręką nigdy nic nie wiadomo) do szydełka, biorąc udział w zabawie grupy na Ravelry "Włóczki roślinne - letnie razemtworzenie". Zaplanowałam przewiewny kapelusik z bawełny do pracy w ogrodzie przy pełnym słońcu. Mam co prawda kilka różnych nakryć głowy, ale nie do końca sprawdzają się w trakcie upałów.
A wybrałam szydełko, bo lepiej się do tej pojedynczej nitki nadaje niż druty.




Sesję fotograficzną kontrolowali - jak całą naszą obecność w ogrodzie - koci stołownicy.
To jeden z nich w oczekiwaniu na dostęp do miski... później dostał własną, bo jednak koty mają tu własną hierarchię ważności i nie każdy może jeść z każdym z jednej miski.




poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Stracony sierpień

Jak co roku czas upałów to dla mnie czas stracony życiowo. I niestety z biegiem lat jest coraz gorzej... Oczywiście muszę jakoś egzystować w takich warunkach (z dodatkowymi obowiązkami rodzinnymi), ale jadę dosłownie na minimum, przy fatalnym samopoczuciu.

Najbardziej mi żal letnich, wakacyjnych wyjazdów... to, że nie mogę nigdzie wyjechać, zmienić otoczenia, bardzo źle na mnie wpływa. Zawsze bardzo lubiłam wyjazdy gdziekolwiek... po prostu przed siebie. Może to pozostałości dzieciństwa, gdy rodzice uważali, że mając do dyspozycji duży ogród nie potrzebuję dalszych wyjazdów.

A w tym roku nawet krótkich wypadów do Leśnego Domu było zaledwie kilka.
Cudownie letnia była miniona niedziela... z lekkim wietrzykiem... błogi odpoczynek na werandzie... bez gotowania.


piątek, 28 lipca 2017

"Swobodne haftowanie" - część szósta

Można powiedzieć, że zabawa "Swobodne haftowanie", którą zorganizowała Splocik, wchodzi na ostatnią prostą. Nadszedł czas prezentacji ostatniego haftu i tzw. "zagospodarowanie" wszystkich sześciu części.
Mój ostatni hafcik - kanwa 16, kolor muliny jak zwykle trochę inaczej wygląda w rzeczywistości


Mimo starań (a strasznie nie lubię wszelkiego prasowania!), wyszło mi jakoś koślawo. Niestety...  nie widzę także poprawy w jakości moich zdjęć (chyba są na to niewielkie szanse).

poniedziałek, 17 lipca 2017

Niedziela w lipcowym ogrodzie

Wczorajsza pogoda była idealna... taką lubię najbardziej...
ciepło, ale nie gorąco... słońce i lekkie chmurki... chwilami miły wiaterek...
wspaniałe warunki, by siedzieć półleżąc na wygodnym leżaku...
patrzeć sobie na niebo...


na roślinki...



na zwierzęta małe i duże...



a mimochodem zebrać pierwsze plony z poletka cukinii i kabaczków (na razie tylko cukinie)



i próbować, czy czerwone porzeczki są nadal zbyt kwaśne i niedojrzałe (ślimakom nic nie przeszkadza)


wtorek, 11 lipca 2017

W hafcie krzyżykowym lubię... tylko sam haft

Przy okazji szukania materiału do zrobienia piątego ornamentu w zabawie "Swobodne haftowanie", wyciągnęłam  na światło dzienne kolejny gotowy hafcik, który czeka na zagospodarowanie. Zrobiłam go w październiku ubiegłego roku i na tym zrobieniu sprawa się zakończyła.


Mam więcej takich skończonych prac pod względem hafciarskim, ale pozostawionych na tym etapie.
Dlaczego?
Bo strasznie nie lubię tej dalszej pracy - pranie, prasowanie (tego wręcz  nienawidzę - nie prasuję mężowskich koszul), szukanie odpowiedniej ramki, oprawianie, ewentualnie jakieś inne zagospodarowanie. To mi się tylko udało w przypadkach, gdy hafcik był przeznaczony na prezent. W takich sytuacjach wkracza mój mąż, który już się wyspecjalizował w zawodzie hafciarskiego oprawcy (nie ma to jak spokój i  inżynierska precyzja!). Inne hafciki leżą, zamiast wisieć na ścianach i je ozdabiać (w moim domu).

Ja chyba jestem nietypowa pod tym względem, bo nie lubię też etapu pierwszego - przygotowawczego. A podobno są takie hafciarki, które uwielbiają mierzenie kanwy i szukanie odpowiednich kolorów muliny (czytałam takie wypowiedzi na blogach). Ja wręcz przeciwnie... nie odczuwam żadnych dreszczy (jakie miewała Ania z Zielonego Wzgórza)  przy tych czynnościach. To dla mnie stresująca (a nuż się pomylę w liczeniu i za mało ciachnę) strata czasu. Niestety, nie mam pod ręką krasnoludków, które by za mnie wykonały robotę.

Zdjęcie tego haftu oddaje pogodę ostatnich dni - padało i było pochmurno, więc pozostał tylko balkon. 
Z zagranicznych blogów przyszła do nas w ostatnich latach moda na fotki w plenerze - zauważyłam ją na blogach dziewiarskich, a konkretnie drucianych. Tu chusta rzucona na trawę, tam sweterek na płocie lub serwetka na spróchniałej sztachecie, albo czapka na jakimś zardzewiałym elemencie parkingowym w środku miasta - taki zgrzebny wintaż na łonie  (natury lub cywilizacji, oczywiście).
Na pewno zdjęcia robione przy naturalnym świetle są lepsze, więc ja też ulegam tej modzie, kiedy mam na to czas i jestem w ogrodzie. Jednak bez przesady... tzn. bez bezmyślnego papugowania stylu i tworzenia całych aranżacji z dodatkami. Robótka na trawie i wystarczy.