piątek, 30 marca 2018

Na święta...

Nadchodzą kolejne święta, gdy nie byłam w stanie samodzielnie wykonać kartek  z życzeniami... a co gorsza nawet wypisać ręcznie kartek zakupionych w sklepie. Mam jednak nadzieję, że jakoś to zwalczę w najbliższej przyszłości (zaczęłam stanowczą walkę z tym problemem, ale o tym napiszę po świętach). 
Z drugiej jednak strony szalenie zawęziło się grono osób, do których przez lata wysyłałam świąteczne kartki. Gdy przeglądam stare kalendarzyki z adresami dopiero wtedy widzę ilu znajomych już nie ma wśród nas. Internetowe znajomości również w większości się rozwiały, ale te które przetrwały cenię, więc tym bardziej mi przykro z powodu takiej sytuacji.

Niewiele zrobiłam w marcu i głównie są to drobiazgi.

Jednym z nich jest ten obrazek 


maleńki wzór przeznaczony na kartkę, 


ale zrobiłam z niego obrazek, bo jest przeznaczony na prezent w najbliższej rodzinie. Nie wysyłam kartek do bliskich, którzy mieszkają w moim mieście i z którymi spotykamy się w święta. Zawsze wtedy zanoszę taka kartę-obrazek.

Dodaję to maleństwo do zabawy Smalls SAL 2018.


czwartek, 29 marca 2018

Do kompletu...

W 2009 roku (czyli po zaledwie kilku miesiącach moich początków z haftem krzyżykowym), zrobiłam swoją pierwszą zakładkę do książki. A mówiąc dokładniej - miała to być zakładka do Biblii. To zamówienie od własnej córki, więc podjęłam wyzwanie nie mając zielonego pojęcia o takiej pracy.

Na starym blogu tak napisałam o tym "dziele": 
Tytuł posta - "Moja pierwsza zakładka"
"Skończona w czerwcu - krzywa i koślawa. Popełnione przy niej błędy to dla mnie podstawowa lekcja do przerobienia. Zaczęłam wyszywanie na aidzie 16 i dopiero w trakcie robótki dowiedziałam się o możliwości wykonania zakładki na taśmie.  Taśma jest już na brzegach wykończona, więc do zszycia i ewentualnego ozdobienia pozostaje tylko jeden wąski bok (a właściwie dół zakładki). Ja natomiast, po zakończeniu haftu, męczyłam się z zszywaniem ręcznym trzech boków po lewej stronie robótki. A później z jeszcze gorszym przepychaniem całości na prawą stronę. 
- Jak zwykle to u mnie bywa (jeszcze się z tego nie wyleczyłam), zbyt oszczędnie przycięłam materiał. Z tego powodu na dole zakładki jest już tak mało miejsca, że zszywanie właściwie właziło na haft. "
Teraz czytam z rozrzewnieniem tamte stare wpisy, tym bardziej, że z samego haftu byłam wtedy zadowolona. Okazało się, że zakładka jest cały czas w użyciu i jeszcze przydałaby się okładka na Biblię z tym samym wzorem. Na szczęście nie wyrzuciłam wzoru, więc spokojnie mogłam go trochę zmienić, żeby dopasować do wielkości kartki A4. I w grudniu ubiegłego roku wykonałam połowę pracy, czyli haft. 


Uszycie okładki to już nie moja bajka - szczególnie z użyciem maszyny. Sama nie mogę uwierzyć, że dawno temu miałam opanowane podstawowe ABC szycia maszynowego. Co prawda na przedwojennej maszynie mojej babci, ale zawsze. I bardzo przyjemnie się na niej szyło. A z maszyną elektryczną nie dogadałam się. 

Jak okładka powstanie dołożę zdjęcie.

Użyłam materiałów DMC - kanwa i mulina (do wykonania krzyża dwa odcienie starego złota.)

A to wspomniana moja pierwsza zakładka (jeszcze nie zszyta na dole)


wtorek, 27 lutego 2018

"Hafty i przysłowia" - moja druga odsłona

"To nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej"...
Tak mogę krótko podsumować swoją walkę z dodatkowymi ściegami w styczniowej zabawie "Hafty i przysłowia". Sam hafcik  styczniowy powstał szybko, ale dłużej czekał na łańcuszki. 
Z podanych ściegów łańcuszkowych wybrałam: łańcuszek prosty (podstawowy) i łańcuszek drabinkę.
Łańcuszek prosty przeszedł dość łatwo, ale już z drabinką były prawdziwe strome szczeble. Miałam spore problemy ze względu na bolesną niesprawność kciuków obu rąk (jak pech, to pech!). Nitki uciekały, pętelki wysuwały, a ja się coraz bardziej gotowałam ze złości. W końcu jakoś te zaplanowane kawałeczki powstały i mam spokój.
Aż się boję pomyśleć jakie hafciarskie schody czekają nas w marcu?


Dane techniczne:
* kanwa 16ct w kolorze ecru
* mulina "Ariadna"
* wzór z gazetki "Marianne POINT DE CROIX N.4" (2005)

Przysłowia na styczeń:

1. Ciepła izba marzeń szczytem i tak jakoś mija styczeń.
2. Dwaj wierni przyjaciele - jedna dusza w różnym ciele.

Bez wahania wybrałam pierwsze przysłowie, a wzór do niego już od dawna czekał w kolejce.
Minimalnie przekracza dozwoloną wielkość, ale skrócenie piecowej rury zepsułoby mi cały efekt.


Dlaczego wybrałam to przysłowie?

"Ciepła izba..." - to nawiązanie do szczęśliwego dzieciństwa w starym przedwojennym domu... i do pieca ogrzewającego pokój. Dokładnie takiego pieca, jak ten na obrazku. Piec z żywym ogniem to synonim współczesnego domowego ogniska. Pamiętam rozkoszne ciepło bijące od niego... szczególnie po długiej drodze ze szkoły w taki mróz jak dziś (gdy mimo ogrzewania zamarzały szyby w tramwaju). To rodzaj ciepła nieosiągalny przy kaloryferach - taki dawały tylko prawdziwe piece z widocznym prawdziwym ogniem. Nie mieliśmy pieca kaflowego (zazdrościłam koleżankom!), a ten nasz piec rodzice nazywali "stałopalny". Może to była jego techniczna nazwa? Fakt, że trzymał ciepło do rana. Nie ma już starego domu, a piec dziś stoi przy komórce w ogrodzie i stanowczo nie pozwalam go sprzedać na złom. Spokojnie może stanowić fragment modnej wintażowej dekoracji jako podstawa pod stare emaliowane garnki z obłażącą farbą, "robiące za" doniczki z kwiatami.


piątek, 23 lutego 2018

Łapacz snów numer 1

Zainteresowałam się łapaczami snów nie dlatego, że te wzory i pomysły (w różnych technikach wykonania) stały się nagle modne... a mówiąc inaczej na pewno bardziej dostępne w rozpowszechnianiu dzięki stronom internetowym.
Przyczyna jest bardziej prozaiczna, ale dla mnie bardzo dokuczliwa. 
Od lat moje sny to odzwierciedlenie mojej stresującej rzeczywistości na jawie. To złe, męczące, często koszmarne i przerażające wizje... nie pamiętam żadnego dobrego, ładnego, miłego snu. Nigdy nic z tym nie robiłam (w sensie leczenia), chociaż to bardzo źle wpływa na jakość mojego życia.
Ale gdy natrafiłam na zdjęcia tych zabawek pomyślałam - dlaczego nie?
To nie jest wiara w gusła i zabobony, ale przyznajmy szczerze - kto nie ulega czasami prostym ludowym zachowaniom typu "usiądźmy przed drogą", "rozsypała się sól? - trzeba przerzucić przez ramię", "wracam do mieszkania, więc trzeba usiąść i policzyć do dziesięciu" itp.

Połączyłam przyjemne z pożytecznym i zrobiłam dwa łapacze: w wersji krzyżykowej i w wersji technikami łączonymi.

Jako pierwszy prezentuje się hafcik - z wykorzystaniem wzoru Amandy Gregory


Nie jest to idealne odwzorowanie - jak zawsze coś tam zmieniłam, coś pominęłam.
Na szczęście już od pewnego momentu przestałam się stresować pracą niezgodną z wzorami, bo przecież nie zdaję żadnego egzaminu i nie mam obowiązku wykonać haftu idealnie co do krzyżyka jak we wzorze.

Dane techniczne:
- kanwa 16ct
- mulina "Ariadna" i niezidentyfikowane resztki ze zbioru przydasiów


Haft mieści się w ramach 60x80 krzyżyków, więc idealnie pasuje do zabawy Smalls SAL 2018.
Odkryłam zabawę w ubiegłorocznej edycji, już w samym końcu roku, ale organizatorka przewidziała kolejną, więc chętnie dołączam.


wtorek, 20 lutego 2018

"Hafty i przysłowia" - mój początek

Zabawa "Hafty i przysłowia" u Splocika rozpoczęła się w grudniu.
Nie mogłam wtedy zacząć, dołączam dopiero teraz.
Co prawda w zabawie są już kolejne przysłowia, ale małe rozmiary haftu pozwalają  nadrobić zaległości.
Byle udało się pokonać przeszkody... a są nimi (dla mnie) inne rodzaje haftu.
W tej zabawie obok haftu krzyżykowego należy wykorzystać podany inny dodatkowy ścieg hafciarski - jako pierwszy motyw pojawiają się gwiazdeczki.

Dwa zaległe hafciki były gotowe już w styczniu, ale nie mogłam się zmusić do tych dodatkowych. Co prawda gwiazdeczki wykorzystuję w haftach świątecznych, ale na inne rodzaje zupełnie nie miałam i nie mam (niestety) nadal ochoty. Próbuję się zmusić do ściegu łańcuszkowego  - może w końcu się uda. Tym bardziej chciałabym go zrobić, bo obrazek styczniowy bardzo łączy się z moimi wspomnieniami z dzieciństwa.
Zgłaszając się do zabawy miałam nadzieję na przełamanie mojego wewnętrznego oporu, ale jednocześnie od momentu zaproszenia tego właśnie się obawiałam... że nie będzie mi po drodze z innymi rodzajami ściegów. Po prostu nie miałam takiej potrzeby, żeby ich się uczyć. To chyba wzięło się z dawnych czasów, gdy kiedyś próbowałam i zupełnie mi nie wychodziło. Wtedy wzięłam się za haft płaski - bez żadnej pomocy i dobrego instruktażu. Nie wychodziło mi i zraziłam się do haftu w ogóle na wiele lat. Dopiero odnalazłam się w hafcie krzyżykowym. Trudno mi przewidzieć co będzie dalej, bo nie znam kolejnych propozycji organizatorki zabawy.

Oba grudniowe przysłowia podobają mi się:
1. Grudzień, to miesiąc zawiły, czasem srogi, czasem miły.
2. Co ma piernik do wiatraka?
 i gdybym rozpoczęła w terminie pewnie zrobiłabym dwa obrazki.
Teraz nie mam aż tyle czasu, wybrałam więc pierwsze przysłowie, które ilustruje ten zimowy obrazek.


Dlaczego właśnie ten wzór wybrałam? 
To łatwe do wyjaśnienia... a właściwie nawet wyjaśniać nie trzeba.
Określenia pogodowe i świąteczne same się nasuwają - "srogi", czyli w tym przypadku "mroźny"; "miły", bo to czas świąteczny.

Materiał: kanwa 18 w kolorze kawy z mlekiem, mojego osobistego domowego farbowania
Mulina: Ariadna (biała, czerwona i ciemnozielona), natomiast pozostałe kolory to nitki niewiadomego pochodzenia (bez opasek), których trochę dostałam  od różnych znajomych i nieznajomych osób.
Wzór mieści się na powierzchni: 62x42 krzyżyki.

Planuję wykorzystać obrazek do kalendarza, więc jeszcze przybędzie mu nazwa miesiąca (na dole).

Efektem ubocznym pracy nad tym hafcikiem są dwie refleksje - dobrze byłoby zmienić bałaganiarski, chaotyczny styl na systematyczność pod hasłem "Nie zaczynam nowego haftu, dopóki nie skończę aktualnego". Nawet mam wzór takiego tekstu do wyszycia w angielskojęzycznej gazetce (przywiezionej aż z USA przez dobrego zięcia). 
Przez takie przerywanie pracy i łapanie się z kolejny nowy wzorek mam w swoim ZPT (Zbiorze Porzuconych Tworów) ponad 30 rozgrzebanych hafcików (w różnym stopniu rozgrzebania).
Druga refleksja już nie jest  tak optymistyczna - powinnam już raczej żegnać się z tak drobną kanwą. Mimo, że to wzór łatwy i szybki do zrobienia, jednak bolały mnie oczy. Nie ma co męczyć wzrok i narażać się na pogorszenie, gdy oczy mają już swoje lata.
Z samym wzorem dodatkowo związane są moje absolutne początki przygody z haftem krzyżykowym.
Właśnie w grudniu 2007 roku kupiłam pierwszą gazetkę jaka się trafiła w kiosku i zrobiłam mały koszmarek dokładnie z tego samego fragmentu wzoru. To naprawdę jest koszmarek - mam go do dziś, więc wiem co mówię.
Coś... co trudno nazwać haftem... jest jakąś straszną plątaniną grubych nici (działałam z całą nitka muliny, czyli 6 pasemek), z wielkimi supłami na końcach, dziubana w wielkich oczkach (jak sieci rybackie), na paskudnym śliskim plastiku.
Prawdę mówiąc nie mam zbyt dobrego zdania o sprzedawczyni w pasmanterii, która wtedy absolutnie nic mi nie doradziła, nie zainteresowała się po co kupuję taki paskudny materiał, a ja po prostu wstydziłam się zapytać. Nie znałam wtedy zupełnie internetu (to przyszło u mnie w następnym roku)... nie miałam zielonego pojęcia o technice. Trochę zadziałał u mnie impuls z dawnych czasów - "jestem w sklepie to kupuję jak towar jest do kupienia" (kompletnie bez sensu). Zamiast poszukać w książkach (coś tam miałam już w swojej robótkowej biblioteczce), poczytać i przygotować się do takich zakupów.
I w ten sposób, przy okazji nowej zabawy blogowej, zebrało się na wspomnienia o hafciarskich początkach sprzed 10 lat...