Filiżanki wyszywane na taśmie mają docelowo przyozdobić pojemnik na "kawusię inkusię " .
środa, 11 marca 2009
Filiżanka nr 12
Swoją filiżankę podesłała Fagusia - "Maniak zakupowo - haftowy"
Jak pisze na blogu - to nie jest jeszcze efekt końcowy.
Filiżanki wyszywane na taśmie mają docelowo przyozdobić pojemnik na "kawusię inkusię " .
Filiżanki wyszywane na taśmie mają docelowo przyozdobić pojemnik na "kawusię inkusię " .
wtorek, 10 marca 2009
Oficjalnie zakończona, ale dołączać można
Nasza zabawa rzeczywiście jest już oficjalnie zakończona, ale (jak pisałam wcześniej) nadal można dodawać nowe filiżanki.
Termin 8 marca był umownym terminem, a ponieważ nie łączył się z żadnym głosowaniem, ani wyborami najładniejszej, wiec nasz filiżankowy komplet pozostaje otwarty.
To informacja dla wszystkich osób, które zaczęły i nie skończyły jeszcze tego haftu: bardzo namawiam i zachęcam do skończenia pracy i przysłania zdjęć.
Mile widziane będą również filiżanki, które powstaną później - może dopiero teraz ktoś się dowiedział o tej zabawie.
Jednocześnie zapraszam do rozmowy na temat tego rodzaju zabaw hafciarskich - bardzo proszę o wypowiedzi zarówno autorki prac, jak i innych czytelników tego bloga.
Chciałabym poznać Wasze uwagi, wskazówki, rady i wszelkie inne informacje związane z organizacją, zasadami, przebiegiem zabawy.
Do tego celu zmieniam komentarze pod tym postem w mini-forum dyskusyjne i zapraszam ...
Termin 8 marca był umownym terminem, a ponieważ nie łączył się z żadnym głosowaniem, ani wyborami najładniejszej, wiec nasz filiżankowy komplet pozostaje otwarty.
To informacja dla wszystkich osób, które zaczęły i nie skończyły jeszcze tego haftu: bardzo namawiam i zachęcam do skończenia pracy i przysłania zdjęć.
Mile widziane będą również filiżanki, które powstaną później - może dopiero teraz ktoś się dowiedział o tej zabawie.
Jednocześnie zapraszam do rozmowy na temat tego rodzaju zabaw hafciarskich - bardzo proszę o wypowiedzi zarówno autorki prac, jak i innych czytelników tego bloga.
Chciałabym poznać Wasze uwagi, wskazówki, rady i wszelkie inne informacje związane z organizacją, zasadami, przebiegiem zabawy.
Do tego celu zmieniam komentarze pod tym postem w mini-forum dyskusyjne i zapraszam ...
Komentarze
Jeszcze o Dniu Kobiet w odpowiedzi na wpis Karoliny (co prawda nie z Kraju Karoliny, jak u Chmielewskiej, ale też z bardzo daleka).
Tu naświetlę "tło historyczne" dla młodszych koleżanek, które nie przeżywały tego święta ( i innych) w PRL-u.
Goździki były wtedy kwiatami chyba najtańszymi, więc wszędzie o każdej porze roku były obecne na państwowych uroczystościach, zebraniach, świętach.
Przez to stały się kwiatem "partyjnym", "rządowym", "służbowym" czyli patrz: znienawidzonym, kojarzącym się ze zniewoleniem politycznym i ustrojowym
Nikt myślący nie dawał prywatnie goździków z okazji imienin czy ślubu. Właściwie to była nawet forma bojkotu - prywatnie nie kupujemy goździków.
Kiedy oglądamy teraz stare kroniki filmowe lub materiały z dzienników telewizyjnych możemy zauważyć obowiązkową obecność goździków i to w jednej odmianie, ale za to w dwóch kolorach: białym i czerwonym.
A więc:
- na stole prezydialnym na dyżurnym zielonym suknie - czasami wypierane przez równie obowiązkowe paprotki w doniczce
- we wszystkich wieńcach i wiązankach składanych pod pomnikami i płytami pamiątkowymi przez oficjalne delegacje
- we wiązankach wręczanych na płycie lotniska przy samolocie wszystkim partyjnym i rządowym przywódcom "zaprzyjaźnionych" państw
- goździki dostawała pierwsza "pilna" osoba, która stawiła się o 6 rano przed drzwiami lokalu wyborczego
- były też przygotowane dla ważnych głosujących w danym lokalu: I sekretarz partii, minister, premier
- i jeszcze wiele innych okazji tzw. "państwowotwórczych"
A co z 8 marca?
Goździk - nazywany służbowym kwiatkiem dostawały kobiety od Rady Zakładowej w ilości 1 sztuki na osobę wraz z jakimś bardzo atrakcyjnym (wtedy) dodatkiem czyli towarem deficytowym na rynku (jak to się oficjalnie mówiło).
Najczęściej były to rajstopy (oczywiście polskiej produkcji) - 1 pudełko.
Czasami był to szampon do włosów lub mydełko.
Otrzymanie zestawu trzeba było od razu potwierdzić podpisem na odpowiedniej liście.
Dokładnie nie wiem, jak bogate były te zestawy 8 marca, ponieważ to zależało od strategicznego znaczenia danego zakładu pracy.
Najlepiej miały oczywiście robotnice w dużych fabrykach.
Natomiast my (tzn. biedna oświata) raczej niewiele dostawałyśmy.
Ale miłą rekompensatą były kwiaty od dzieci - i to nie były goździki (na szczęście).
A telewizja zawsze w tym dniu lansowała innego kwiatka - tulipana, pokazując (na zachętę) rzesze panów kupujących tulipany w kwiaciarniach lub od ulicznych kwiaciarek.
Tu naświetlę "tło historyczne" dla młodszych koleżanek, które nie przeżywały tego święta ( i innych) w PRL-u.
Goździki były wtedy kwiatami chyba najtańszymi, więc wszędzie o każdej porze roku były obecne na państwowych uroczystościach, zebraniach, świętach.
Przez to stały się kwiatem "partyjnym", "rządowym", "służbowym" czyli patrz: znienawidzonym, kojarzącym się ze zniewoleniem politycznym i ustrojowym
Nikt myślący nie dawał prywatnie goździków z okazji imienin czy ślubu. Właściwie to była nawet forma bojkotu - prywatnie nie kupujemy goździków.
Kiedy oglądamy teraz stare kroniki filmowe lub materiały z dzienników telewizyjnych możemy zauważyć obowiązkową obecność goździków i to w jednej odmianie, ale za to w dwóch kolorach: białym i czerwonym.
A więc:
- na stole prezydialnym na dyżurnym zielonym suknie - czasami wypierane przez równie obowiązkowe paprotki w doniczce
- we wszystkich wieńcach i wiązankach składanych pod pomnikami i płytami pamiątkowymi przez oficjalne delegacje
- we wiązankach wręczanych na płycie lotniska przy samolocie wszystkim partyjnym i rządowym przywódcom "zaprzyjaźnionych" państw
- goździki dostawała pierwsza "pilna" osoba, która stawiła się o 6 rano przed drzwiami lokalu wyborczego
- były też przygotowane dla ważnych głosujących w danym lokalu: I sekretarz partii, minister, premier
- i jeszcze wiele innych okazji tzw. "państwowotwórczych"
A co z 8 marca?
Goździk - nazywany służbowym kwiatkiem dostawały kobiety od Rady Zakładowej w ilości 1 sztuki na osobę wraz z jakimś bardzo atrakcyjnym (wtedy) dodatkiem czyli towarem deficytowym na rynku (jak to się oficjalnie mówiło).
Najczęściej były to rajstopy (oczywiście polskiej produkcji) - 1 pudełko.
Czasami był to szampon do włosów lub mydełko.
Otrzymanie zestawu trzeba było od razu potwierdzić podpisem na odpowiedniej liście.
Dokładnie nie wiem, jak bogate były te zestawy 8 marca, ponieważ to zależało od strategicznego znaczenia danego zakładu pracy.
Najlepiej miały oczywiście robotnice w dużych fabrykach.
Natomiast my (tzn. biedna oświata) raczej niewiele dostawałyśmy.
Ale miłą rekompensatą były kwiaty od dzieci - i to nie były goździki (na szczęście).
A telewizja zawsze w tym dniu lansowała innego kwiatka - tulipana, pokazując (na zachętę) rzesze panów kupujących tulipany w kwiaciarniach lub od ulicznych kwiaciarek.
niedziela, 8 marca 2009
Świętujecie Dzień Kobiet?
Odpowiedź twierdząca na takie pytanie może być w niektórych kręgach źle widziana.
To jakby przyznawanie się do akceptacji słusznie minionego ustroju.
Mnie nie obchodzą te różne manify, protesty, wyśmiewanie, obrzydzanie, dopisywanie politycznego zniewolenia itp. itd.
Gdybyśmy zaczęli tak każde święto z naszego kalendarza brać pod politycznie lub feministycznie poprawną lupę to pewnie żadne by się nie ostało...
Ja wolę Dzień Kobiet niż inne "obce" nam święta, które się na siłę ciskają do naszego kalendarza, a co gorsza naszego życia.
A wciskają się wyłącznie siłą komercji.
To jakby przyznawanie się do akceptacji słusznie minionego ustroju.
Mnie nie obchodzą te różne manify, protesty, wyśmiewanie, obrzydzanie, dopisywanie politycznego zniewolenia itp. itd.
Gdybyśmy zaczęli tak każde święto z naszego kalendarza brać pod politycznie lub feministycznie poprawną lupę to pewnie żadne by się nie ostało...
Ja wolę Dzień Kobiet niż inne "obce" nam święta, które się na siłę ciskają do naszego kalendarza, a co gorsza naszego życia.
A wciskają się wyłącznie siłą komercji.
My obchodzimy Dzień Kobiet.
Kwiatek od męża - róża (nigdy nie dostawałam tych oficjalnych goździków).
I dzisiaj zorganizowałam świąteczno -niedzielne przeniesienie się w inne klimaty czyli do Palmiarni.
Ostatni raz byłam wieki temu, jako małe dziecko. Wstyd się przyznać, ale z własnym dzieckiem nigdy tam się nie wybrałam (nie wiem dlaczego).
Dopisuję: własne dziecko mi wyjaśniło, że była w Palmiarni na wycieczce klasowej w podstawówce. To mi ulżyło.
Pogoda dziś pochmurno - smutno - przedwiosenna, a tam gąszcz egzotycznej roślinności z towarzyszeniem odgłosów przyrody (z głośników).
Powietrze wilgotne jak w tropiku (dlatego szatnia nieodzowna), z gąszczu dochodzi stale łagodny szum wody (prawdziwy, bo podlewający palmy), z głośników "gadają" różne ptaszki.
W pewnym momencie miałam uczucie, że za chwilę przed moim nosem zsunie się z konaru drzewa potężny wąż, albo wesolutka małpka skoczy mi na plecy.
Kwiatek od męża - róża (nigdy nie dostawałam tych oficjalnych goździków).
I dzisiaj zorganizowałam świąteczno -niedzielne przeniesienie się w inne klimaty czyli do Palmiarni.
Ostatni raz byłam wieki temu, jako małe dziecko. Wstyd się przyznać, ale z własnym dzieckiem nigdy tam się nie wybrałam (nie wiem dlaczego).
Dopisuję: własne dziecko mi wyjaśniło, że była w Palmiarni na wycieczce klasowej w podstawówce. To mi ulżyło.
Pogoda dziś pochmurno - smutno - przedwiosenna, a tam gąszcz egzotycznej roślinności z towarzyszeniem odgłosów przyrody (z głośników).
Powietrze wilgotne jak w tropiku (dlatego szatnia nieodzowna), z gąszczu dochodzi stale łagodny szum wody (prawdziwy, bo podlewający palmy), z głośników "gadają" różne ptaszki.
W pewnym momencie miałam uczucie, że za chwilę przed moim nosem zsunie się z konaru drzewa potężny wąż, albo wesolutka małpka skoczy mi na plecy.
Te wielkie liście palmy od razu skojarzyły mi się z niewolnikami wachlującymi swoich panów na plantacjach.
A to bardzo żwawe żółwie czerwonolice. Na tabliczce informacyjnej napis: " Uwaga!!! Żółwie mogą ugryźć, prosimy nie dotykać".
Oprócz przyjemności z obcowania z przyrodą miałam dodatkowe miłe uczucie.
Tak jak pisze J.Chmielewska w swojej autobiografii, jak dobrze się czuła , kiedy wyrwały się z przyjaciółką na wyjazd bez swoich małych dzieci.
W Palmiarni było oczywiście dużo rodziców i dziadków z dziećmi (w różnym wieku).
Jak mi było dobrze, że już nie muszę co chwila szukać, czekać, poganiać, pouczać, wołać, strofować, informować, pilnować itd. gromady cudzych dzieci oddanych mi pod opiekę.
Potem obiad w naszej ulubionej restauracji - ulubionej ze względu na rodzaj kuchni , wystrój wnętrza, miłą obsługę.
To klimat minionej epoki i kultury, która już odeszła.
Tak jak pisze J.Chmielewska w swojej autobiografii, jak dobrze się czuła , kiedy wyrwały się z przyjaciółką na wyjazd bez swoich małych dzieci.
W Palmiarni było oczywiście dużo rodziców i dziadków z dziećmi (w różnym wieku).
Jak mi było dobrze, że już nie muszę co chwila szukać, czekać, poganiać, pouczać, wołać, strofować, informować, pilnować itd. gromady cudzych dzieci oddanych mi pod opiekę.
Potem obiad w naszej ulubionej restauracji - ulubionej ze względu na rodzaj kuchni , wystrój wnętrza, miłą obsługę.
To klimat minionej epoki i kultury, która już odeszła.
Filiżanka nr 11
Autorką kolejnej filiżanki jest Wanilia39 - "Waniliowe igłą pisanie"

To filiżanka zielonej herbaty - wyhaftowana na saszetce za herbaciane listki.

To filiżanka zielonej herbaty - wyhaftowana na saszetce za herbaciane listki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)