środa, 19 lipca 2017

Środa z książką (3)

"Aktor jest i twórcą, i odtwórcą. Aktor dostaje materiał, więc jest odtwórcą. A dlaczego, jak jeden, powiedzmy, pianista dostaje nuty i plum plum gra, to albo dreszcz przechodzi, albo nic nie przechodzi. Czyli artysta jest dusza szczególną, czyli coś w to wkłada, w ten materiał który dostał. Aktor w to, co dostał, wkłada najprawdziwszego siebie. No, bez kwestii, aktor jakieś uzdolnienia musi mieć. A po co on, z uporem godnym może lepszej sprawy, wkłada duszę w rolę? Bo inaczej  nie zrobi pełnej, żywej postaci, bo inaczej nikt mu nie uwierzy i może pożegnać się z teatrem. Oczywiście, to "coś" musi zostać ustalone z reżyserem."  s.190

Zacytowany fragment wspomnień  Krystyny Feldman pokazuje jak jest napisana... a właściwie nie napisana przez kogoś książka...
Bowiem całość to wypowiedzi aktorki zapisane tak jak je sformułowała - zapis tekstu mówionego językiem potocznym, więc moim zdaniem umieszczenie nazwiska "autora" na stronie tytułowej jest niezbyt dobrym pomysłem. Bardziej odpowiednia byłaby adnotacja w rodzaju "spisał i opracował...". W książce nie ma ani jednego zdania  podpisanego przez Tadeusza Żukowskiego, nie ma chociażby wstępu, czy zakończenia. A informacje pod zdjęciami nie liczą się, zresztą nie wiadomo kto je opracował.
To tyle o samej książce od strony wydawniczej.
Ja nie lubię takiej "nieociosanej" potocznej polszczyzny podawanej w formie książki - źle mi się czyta taki tekst, jakoś nie mogę się skupić na dłużej, robię więc częste przerwy.

A dlaczego sięgnęłam po tę książkę?
Od dawna bardzo interesowałam się kinem, a mało teatrem. Kilka zaledwie spektakli oglądanych w łódzkich teatrach, trochę więcej czwartkowej "Kobry" i Teatru Telewizji. I jedno przedstawienie dyplomowe studentów szkoły aktorskiej w Warszawie w latach 70-tych. Mam zachowany na pamiątkę program tego dyplomu, pojawia się tam kilka sławnych nazwisk - Hanuszkiewicz (córka sławnego ojca), Sztokinger (syn ), Wołlejko (córka).

Dlatego postać aktorki Krystyny Feldman znam z niewielkich ról filmowych, a nic nie wiedziałam o jej teatralnych dokonaniach. Pierwszy film, z którym ją kojarzę to "Sublokator" z 1966 roku. Widziałam go w telewizji jako dziecko i przez ten film utrwaliłam taki wizerunek Krystyny Feldman - wiedźmowata, niesympatyczna dewotka, co jeszcze podkreślał czarno-biały przekaz telewizyjny.


Aktorka nie zestarzała się pięknie, a jednak nie uciekała z tego powodu od pokazywania się na ekranie  - wręcz przeciwnie, wykorzystywała swój wygląd jako aktorski atut czego najlepszym przykładem jest późny debiut w roli głównej w filmie "Mój Nikifor".
Nie oglądałam serialu o Kiepskich (jakoś mnie ten rodzaj rozrywki nie bawi), ale przyniósł jej masową popularność. 

Dzięki książce poznajemy prywatne i zawodowe życie Krystyny Feldman, chociaż trzeba pamiętać o możliwości swobodnej interpretacji faktów, z czym mamy do czynienia już na początku. Aktorka (jak wiele dawnych gwiazd) również uległa pewnej kobiecej skłonności - odjęła sobie kilka lat.



poniedziałek, 17 lipca 2017

Niedziela w lipcowym ogrodzie

Wczorajsza pogoda była idealna... taką lubię najbardziej...
ciepło, ale nie gorąco... słońce i lekkie chmurki... chwilami miły wiaterek...
wspaniałe warunki, by siedzieć półleżąc na wygodnym leżaku...
patrzeć sobie na niebo...


na roślinki...



na zwierzęta małe i duże...



a mimochodem zebrać pierwsze plony z poletka cukinii i kabaczków (na razie tylko cukinie)



i próbować, czy czerwone porzeczki są nadal zbyt kwaśne i niedojrzałe (ślimakom nic nie przeszkadza)


środa, 12 lipca 2017

Środa z książką (2) - "Zupa z ryby fugu"

Dziś "Środa z książką" u Maknety, a ja mam problem wyboru (w sensie nadmiaru).
Po kolejnej wizycie w Bibliotece na moim stole wyrósł spory stosik ... nie dlatego, że wypożyczyłam tak wiele książek, ale dlatego, że w większości to dość grube tomiszcza. Dwa z nich to podobnie jak "Elka" biograficzne książki z kręgu aktorskiego. Jednak na początek wybrałam lekturę lżejszą, chociaż podejmuje bardzo trudną tematykę.

W przypadku tej powieści ogrom dramatyzmu i tragedii mogą prawdziwie odczuć tylko te czytelniczki, które same miały problemy z zajściem w ciążę oraz te, które po szczęśliwej ciąży i porodzie mogły przytulić do siebie dziecko, karmić je, móc po prostu patrzeć na dziecko, które urodziły.

Ktoś, kto nie miał takich osobistych przeżyć niech nawet nie mówi, że to rozumie, że potrafi się wczuć itd. Nieprawda... nie można się wczuć.
A tym bardziej niech nie potępia niektórych zachowań.

Autorka porusza kontrowersyjne (niestety coraz bardziej) w naszym społeczeństwie problemy leczenia bezpłodności, zapłodnienia in vitro, a szczególnie moralnie kontrowersyjne "wynajęcia brzucha" od matki-surogatki..
W żadnym przypadku nie ma dobrych rozwiązań... każde wiąże się z czyjąś krzywdą i bólem.

Od wydawcy:
"Ryba fugu jest bardzo smaczna, ale jeśli będziemy obchodzić się z nią nieostrożnie - możemy otruć siebie i współbiesiadników. Podobnie dzieje się z naszym życiem. Jest ono jak potrawa dla inteligentnych. Trzeba zawsze myśleć o tym, co robimy, jakie decyzje podejmujemy - choćby targały nami szekspirowskie zgoła emocje - inaczej może się tak zdarzyć, że ktoś (my sami?) zapłaci wysoką cenę za nasz brak rozwagi." 

Nie zdradzam treści, ale byłam trochę zawiedziona końcówką powieści. Jakoś tak zbyt powierzchownie autorka prześlizgnęła się po momentach kulminacyjnych, dając czytelnikom polukrowane i trochę przesłodzone zakończenie.


A na tamborku powstaje łapacz snów

wtorek, 11 lipca 2017

W hafcie krzyżykowym lubię... tylko sam haft

Przy okazji szukania materiału do zrobienia piątego ornamentu w zabawie "Swobodne haftowanie", wyciągnęłam  na światło dzienne kolejny gotowy hafcik, który czeka na zagospodarowanie. Zrobiłam go w październiku ubiegłego roku i na tym zrobieniu sprawa się zakończyła.


Mam więcej takich skończonych prac pod względem hafciarskim, ale pozostawionych na tym etapie.
Dlaczego?
Bo strasznie nie lubię tej dalszej pracy - pranie, prasowanie (tego wręcz  nienawidzę - nie prasuję mężowskich koszul), szukanie odpowiedniej ramki, oprawianie, ewentualnie jakieś inne zagospodarowanie. To mi się tylko udało w przypadkach, gdy hafcik był przeznaczony na prezent. W takich sytuacjach wkracza mój mąż, który już się wyspecjalizował w zawodzie hafciarskiego oprawcy (nie ma to jak spokój i  inżynierska precyzja!). Inne hafciki leżą, zamiast wisieć na ścianach i je ozdabiać (w moim domu).

Ja chyba jestem nietypowa pod tym względem, bo nie lubię też etapu pierwszego - przygotowawczego. A podobno są takie hafciarki, które uwielbiają mierzenie kanwy i szukanie odpowiednich kolorów muliny (czytałam takie wypowiedzi na blogach). Ja wręcz przeciwnie... nie odczuwam żadnych dreszczy (jakie miewała Ania z Zielonego Wzgórza)  przy tych czynnościach. To dla mnie stresująca (a nuż się pomylę w liczeniu i za mało ciachnę) strata czasu. Niestety, nie mam pod ręką krasnoludków, które by za mnie wykonały robotę.

Zdjęcie tego haftu oddaje pogodę ostatnich dni - padało i było pochmurno, więc pozostał tylko balkon. 
Z zagranicznych blogów przyszła do nas w ostatnich latach moda na fotki w plenerze - zauważyłam ją na blogach dziewiarskich, a konkretnie drucianych. Tu chusta rzucona na trawę, tam sweterek na płocie lub serwetka na spróchniałej sztachecie, albo czapka na jakimś zardzewiałym elemencie parkingowym w środku miasta - taki zgrzebny wintaż na łonie  (natury lub cywilizacji, oczywiście).
Na pewno zdjęcia robione przy naturalnym świetle są lepsze, więc ja też ulegam tej modzie, kiedy mam na to czas i jestem w ogrodzie. Jednak bez przesady... tzn. bez bezmyślnego papugowania stylu i tworzenia całych aranżacji z dodatkami. Robótka na trawie i wystarczy.

sobota, 8 lipca 2017

"Swobodne haftowanie" - część piąta

Poślizg z poprzedniej części skutkował poślizgiem w następnej... na szczęście ten jest krótszy.
Oto moja wersja piątego wzoru (kanwa 16 w kolorze ecru) w zabawie "Swobodne haftowanie"


środa, 5 lipca 2017

Środa z książką (1)

Oficjalnie ruszyły u Maknety "Środy z książką" (stąd ten numerek 1, chociaż mój wpis z minionego tygodnia już do nich zaliczyłam) - bardzo się z tego cieszę... i chociaż prowadzę również bloga poświęconego głównie książkom to mogę o nich pisać w różnych innych miejscach. Nie wyobrażam sobie życia bez czytania, więc takie środowe pisanie to dodatkowa przyjemność.

Nadal czytam książkę o Elżbiecie Czyżewskiej (TU wpis), ale czytam z przerwami. To nie jest dla mnie książka, którą można zaliczyć jednym ciągiem. Muszę robić przerwy, bo zbyt mocno mnie przygnębia ta lektura. Nie będę już o niej  pisać na tym blogu po zakończeniu czytania, ale obok wcześniejszych uwag mam kolejne. Uważam za zbędne powtarzanie niektórych informacji w kolejnych wypowiedziach - autorka mogła dokonać selekcji, bo czytelnika zaczyna drażnić czytanie któryś raz tego samego. Wydaje mi się, że wrzuciła wszystko co usłyszała od rozmówców, jakby bała się, że się o to obrażą.

Dla odstresowania sięgam po książki typu przerywnik.
Po przeczytaniu kilku obyczajowych książek współczesnych polskich autorek doszłam do wniosku, że najbardziej odpowiada mi styl pisania Moniki Szwai - oczywiście z tego małego kręgu tzw. literatury kobiecej (jak ja nie lubię tego określenia!), bo zbyt wielu autorek nie poznałam. Jakoś tak mi najbliżej do tego co napisała Monika Szwaja, bo będąc z tego samego pokolenia żyłyśmy w tej samej minionej rzeczywistości. Łatwo jest wtedy odczytać aluzje, odniesienia, dowcipne wspomnienia. A książki tej autorki to miłe bajki dla dorosłych... są oczywiście tragiczne wydarzenia, choroby i nieszczęścia, źli i bardzo źli ludzie, ale to wszystko dzieje się w optymistycznej atmosferze oczekiwania na szczęśliwe zakończenia. Autorka porusza ważne problemy naszej codzienności w lekki, ale wcale nie lekceważący sposób.

Tym przerywnikiem jest powieść "Zatoka trujących jabłuszek" - trzecia (i ostatnia) część cyklu o Mało Używanych Dziewicach. Wcześniejsze to "Klub Mało Używanych Dziewic" i "Dziewice do boju!

Od wydawcy
„Klub Mało Używanych Dziewic” to – wbrew prowokującej nazwie – coś niemal tak niewinnego jak drużyna harcerska. Matkami założycielkami są cztery interesujące kobiety, których celem nie jest złapanie wreszcie chłopa (nie da się ukryć, lata lecą), lecz – w pewnym sensie – poprawianie rzeczywistości. Mają w sobie coś z dzielnych pozytywistek, choć broń Boże, nie są w typie Siłaczek padających na posterunku. Skuteczność – oto ich dewiza. Inteligencja i wdzięk pomagają im osiągać cele...
Niewielką ilość wolnego czasu dzielę między książki i robótki. A w robótkach od dawna dominują krzyżyki. Teraz na tamborku powstanie "Łapacz snów" z wykorzystaniem wzoru znalezionego w internecie.

 źródło - Pinterest
To nie jest tak, że ulegam panującej modzie na wszelkiego rodzaju łapacze snów. Od bardzo dawna mam problem ze złymi snami... jeśli w ogóle pamiętam co mi się śniło, to zawsze jest to zły sen.  Ale zrobię sobie taki obrazek traktując go wyłącznie w kategoriach zabawy.


sobota, 1 lipca 2017

Inni mają zdjęcia jeża, ja też chcę...

Jeż to ulubione zwierzątko mojego męża... ta jednostronna miłość trwa chyba od czasów dzieciństwa - chyba, bo jak się poznaliśmy w czasach studenckich to jeże już były obecne. I pojawiały się przez cały czas, w różnych formach i przedmiotach (niektóre to prawdziwe szkaradziejstwa estetyczne, ale w tego typu zbiorach nie ocenia się pod tym względem)...jeszcze tylko brakuje jeży krzyżykowych, ale dość długo szukałam odpowiedniego wzoru (ale już jest na liście do wykonania).

Żywego jeża widziałam tylko raz w życiu, ponad 30 lat temu, gdy byliśmy kadrą na obozie harcerskim.
Wtedy to było w lesie, a teraz we własnym ogrodzie, wychodząc z domu zobaczyłam taki obrazek



Nie dało się ująć w jednym kadrze obu zwierzaków, więc są na dwóch "sklejonych" zdjęciach.

Jak w książeczkach dla dzieci... (tylko mu jeszcze jabłuszka na kolcach brakuje)


Klasyczna kulka obronna...


Kot udaje, że to go nic nie obchodzi


Jeżyk ufny w moc swoich kolców bardzo szybko wyjrzał na świat i dał się spokojnie oglądać
 


równie spokojnie przyjął propozycję zejścia do parteru



po czym bez pośpiechu oddalił się w gąszcz na obiadek


czwartek, 29 czerwca 2017

W czwartek o środzie


Lubiłam środowe spotkania u Maknety - WDiC (Wspólne Dzierganie i Czytanie. Dość długo podczytywałam zanim zdecydowałam się dołączyć. Mój udział nie był jednak zbyt widoczny, ponieważ w ostatnich latach w sumie mało robię na drutach. To był mój numer jeden w robótkach i do dziś najbardziej lubię to dzierganie. Niestety, muszę przerzucić się na jakieś robótki użytkowe, bo sama nie mogę nosić dzianiny własnego wyrobu (wszystko mnie drapie i przeszkadza). Może jeszcze wykażę się w dzierganiu dla innych.
I to był główny powód mojej słabej aktywności w WDiC... tak się zasugerowałam tym dzierganiem w tytule. 

Kiedy przeczytałam wczoraj u Maknety, że to koniec WDiC - przynajmniej w formie z dzierganiem, zrobiło mi się żal tych spotkań, tej możliwości należenia do miłego grona w bezdusznych odmętach internetu.
Jednak rozumiem Maknetę... wiem jak to jest gdy dosłownie padamy na twarz ze zmęczenia, a psychika jeszcze nam dokopuje. Sama nie wyrabiam się w czasie i to co miało być szybkim przerywnikiem (Swobodne haftowanie u splocika) ledwo ogarniam. O większych hafcikach nie ma w ogóle mowy.

Na razie środowe spotkania pozostaną jako książkowe, czyli Środy z książką ... 
mam nadzieję, że organizatorka "dopuści" także robótki... 

Z czytaniem mam tak samo jak z robótkami - straszny brak czasu, a jak już sięgnę po książkę to zmęczenie nie pozwala się skupić. Nie poddaj się jednak, bo nie wyobrażam sobie życia bez czytania.

Teraz zaczęłam czytać książkę o Elżbiecie Czyżewskiej... aktorce, którą oglądałam w dzieciństwie w czasach jej największej popularności. To naprawdę była gwiazda polskiego filmu. 


W pewnym momencie jednak, przy kolejnych telewizyjnych powtórkach znanych mi już filmów z jej udziałem, dotarło do mnie, że nagle nie ma nowych, że aktorka jest kompletnie nieobecna w tym filmowym świecie. Nie wiedziałam dlaczego - byłam nastolatką, nie docierała do mnie polityka (nawet w oficjalnej propagandzie), nie czytałam gazet "dla starych". I nie było wtedy  plotka, pudelka i innych plotkarskich źródeł.

O książce dowiedziałam się, gdy pojawiła się w księgarniach, ale musiałam poczekać na wypożyczenie w Bibliotece (nie kupuję już książek, bo są za drogie w ogólnym rozrachunku).

Zacytuję tylko fragment tekstu wydawniczego, bo nie lubię pewnych marketingowych sloganów.

"O Aktorce opowiadają znani aktorzy, reżyserzy, pisarze, artyści, przyjaciele, znajomi, z Polski i Ameryki, m.in. Andrzej Łapicki, Daniel Olbrychski, Andrzej Wajda, Krystyna Zachwatowicz, Agnieszka Holland, Bohdan Łazuka, Kazimierz Kutz, Omar Sangare, Zofia Czerwińska, Daniel Passent, Barbara Sass, Barbara Krafftówna, Zuzanna Olbrychska – Łapicka, Nancy Weber. Z opowieści wyłania się wielowymiarowy portret "Elki", fakty z jej życia pokazane są w zupełnie nowym świetle i kontekstach. Książka ilustrowana bogatym materiałem zdjęciowym i dokumentami."
Jestem dopiero na początku tej grubej książki ( ponad 400 stron), przejrzałam zdjęcia w niej zamieszczone i obawiam się, czy to nie jest książka zbyt subiektywna, może lepiej powiedzieć jednostronna. W stronę złych opowieści o kobiecie, która przegrała swoje życie. Mam wrażenie, że wypowiadający się koledzy ze środowiska nie mają ochoty powiedzieć o niej nic dobrego, a wręcz szukają samych niekorzystnych informacji. Nie wiem jak będzie dalej, może znajdą się też dobre wypowiedzi.

Do tego jeszcze zdjęcia przedstawiające aktorkę po wyjeździe z Polski pokazują nam strasznie smutną kobietę... nawet jeśli lekko się uśmiecha, to robi to jakby z przymusem. Szczególnie przygnębiające jest zdjęcie z 1998 roku, zrobione w Nowym Jorku. gdy obok tej zaniedbanej, wyglądającej staro kobiety bez uśmiechu (miała wtedy 60 lat), stoi radosna roześmiana Urszula Dudziak.

wtorek, 20 czerwca 2017

Nas też dopada głód, a wtedy wspólna miska to nie problem


... bo zwykle wolimy dostać więcej naczyń z jedzonkiem





poniedziałek, 19 czerwca 2017

"Swobodne haftowanie" - część czwarta

Za kilka dni na blogach uczestniczek zabawy u splocika pojawią się hafty według wzoru nr 5, a ja dopiero teraz prezentuję zaległą "czwórkę". To moja robótka "poślizgowa", bo zrobiona  z duużym poślizgiem czasowym.


Dane techniczne:
biała kanwa 16
mulina w kolorze kulinarnym, czyli zabielanego barszczu buraczkowego

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Najsilniejszy zapach w ogrodzie...

Zapach jaśminu to drugi (obok piwonii) cudowny zapach ogrodowy, na który czekam przez cały rok...


a krzew jaśminu z roku na rok jest coraz bardziej okazały, więc tylko niewielka ilość trafia do domowych wazonów.


sobota, 10 czerwca 2017

Piwonie... uwielbiam!

To są właśnie te CHWILE z tytułu bloga, gdy zachwycają mnie takie widoki i zapachy w ogrodzie...




środa, 3 maja 2017

"Swobodne haftowanie" - część 3

Tym razem moje swobodne haftowanie w zabawie u Splocika poszło jak po maśle... szybko i bez pomyłek
Na pewno dlatego, że wybrałam kanwę 14, po którą już coraz rzadziej sięgam, a to materiał łatwy do pracy (co szczególnie ważne dla osób początkujących). Teraz głównie wyszywam na 16, ale trafia się też 18 i próby na lnie). Wolę drobniejszą kanwę, bo jednak jest różnica w efekcie końcowym. To nie znaczy, że całkowicie skreślam kanwę 14... są pewne wzory, do których ta kanwa pasuje. 
A wybrałam ten materiał ze względu na kolor - kiedyś kupiłam takie łososiowe różowości i teraz szukam dla nich zastosowania.
Mulina to ponownie Ariadna... to wykorzystywanie posiadanych zapasów w ramach przemyślanej oszczędności.
Robótka skończona przed 25.04., ale kolejne dni były tak ponure, że ciągle odkładałam zrobienie zdjęcia. W końcu jednak trzeba dołączyć do prezentacji w zabawie, więc zdjęcie jest jakie jest... (dzisiaj równie ponuro)

wtorek, 2 maja 2017

W polskich klimatach...

Czasami mam ochotę na wzór, który jest tematycznie aktualny... czyli teraz mamy wiosnę, więc mimo zalegających rozpoczętych robótek, zachciało mi się nowej wiosennej . To tak mnie natchnął ostatni krótki wypad do Leśnego Domu (wspomniany w poprzednim wpisie) i widoki pięknych brzóz i brzózek


zaczęłam więc obrazek "Cztery pory roku - wiosna" (wzór Coricamo)


ciekawe czy skończę go "z marszu"?...
bo ten obrazek "Lato" czeka od ubiegłego roku na dokończenie (stan aktualny - 1/3), to może tego lata się doczeka... mam taką nadzieję.


sobota, 29 kwietnia 2017

Polski krajobraz najpiękniejszy...


Nasze polskie brzozy - moje ulubione drzewa...


Tak rzadko mam teraz możliwość oderwania się choć na krótko od widoku miasta i swobodnego spojrzenia z daleką perspektywą... nie lubię ciasnych pomieszczeń i "ciasnych" widoków... to swego rodzaju klaustrofobia optyczna... z przyjemnością patrzę po prostu przed siebie, gdy nic nie zasłania mi widoku i wzrok wybiega daleko...



poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Życzeniowa blokada...

Jeszcze chyba nigdy wcześniej nie miałam takiej blokady w przesyłaniu życzeń świątecznych jak w tym roku... nie wysłałam żadnej kartki... nie napisałam życzeń na forum, na blogach... nie przesłałam pocztą internetową... 

Wielokrotnie siadałam do komputera z tym zamiarem... a jak przychodziło do pisania nie byłam w stanie sformułować prostego zdania...

Czas życzeń przeminął, a chyba jakiekolwiek wyjaśnienia, czy tłumaczenia są zbędne...

Tak bywa, że życie stawia przed nami takie blokady nie do pokonania...

Sama tego najbardziej żałuję, bo święta mają dla mnie wielkie znaczenie... 

A teraz?... Chciałabym po prostu móc cieszyć się życiem...

niedziela, 26 marca 2017

"Swobodne haftowanie" - część 2

U mnie druga część zabawy "Swobodne haftowanie" na tym etapie zakończona (efekty zagospodarowania pokazujemy później), chociaż jak zwykle nie obyło się bez potknięć. To dla mnie duży sygnał alarmowy, że z jednej strony muszę jeszcze bardziej skupiać uwagę w trakcie pracy, ale z drugiej, że niestety życiowe zmęczenie bierze górę i ja w tej walce nie wygram. Ewentualnie mogę się jakoś bronić i nie poddawać się...

Ale pomyślmy o przyjemniejszych sprawach - to mój drugi haft w zabawie. 


Tym razem już całkowicie wykonany w jednym kolorze - trudno mi określić, bo to nie brązowy, ale bardziej ciemniejszy-rudo-brązowy, z fajnym połyskiem.
Wykorzystałam kanwę 18, którą kilka lat temu farbowałam domowym sposobem - z użyciem kawy, herbaty liściastej i różnych przypraw kuchennych. Wtedy to było takie jednorazowe doświadczenie, chciałam uzyskać coś marmurkowego, ale nie do końca ten marmurek wyszedł. Raczej uzyskałam kilka zacieków, ale zupełnie nieźle wyglądają.
Na tym fragmencie z haftem niewiele ich się załapało, a kanwa ma ciepły kolor kawy mlecznej (czego oczywiście zdjęcie nie pokazuje prawdziwie). 





wtorek, 14 marca 2017

Przedświąteczne haftowanie

Na forach i blogach robótkowych świąteczne przygotowania idą już pełną parą.
Dominują kartki tworzone w różnych technikach - głównie papierowe z dodatkami.
Haftowanych pojawia się mało... może coś w tym jest, że moda na haft krzyżykowy już przemija?
Na pewno bardzo osłabła aktywność blogerek polskich - ... w pisaniu... a jak jest z haftowaniem to już trudno powiedzieć.
W tym kontekście bardzo jestem ciekawa kolejnej wystawy "Złota igła 2017"
Ale to impreza na czerwiec, a teraz myślę o robótkach wielkanocnych.

Z ciekawości poszukiwałam w internecie tematów na Wielkanoc. Chodziło mi  o nowości, ale ich właściwie nie ma. Jedyne wzory, których nie znałam to jajka patchworkowe/geometryczne (chociaż one też może być starszymi wzorkami, na które ja dopiero teraz trafiłam).

O ile motywy bożonarodzeniowe dosłownie zalewają internet, to wzorów wielkanocnych jest jednak mniej. I nie znalazłam nowości, które by mnie zachwyciły. Krążą te same od kilku lat wzorki - z jednej strony "zachodnie"... dziwacznie powykręcane kurczaki, nabzdyczone zające, o mało inteligentnym wyrazie baranków już nie mówię. Oczywiście wszystko z angielskimi napisami;  z drugiej strony "wschodnie", czyli po prostu rosyjskie wzory z akcentami prawosławia i cyrylicą w napisach (akurat to odczytuję lepiej niż angielszczyznę). A po środku polska oferta - niby najbardziej zbliżona do tego tradycyjnego wzornictwa, które ja najbardziej lubię, czyli pisanki, koszyczki, palemki itd., ale co z tego, skoro większość tych projektów to jakiś poziom zbliżony do monidła.

W nowościach gazetek papierowych nie mam rozeznania, bo od dawna nie kupuję. Z tego co widziałam w internecie oferta nowych polskich gazetek pozostaje w tym samym stylu od lat.

Dlatego poszukałam w swoim ZPT, czyli Zbiorze Porzuconych Tworów i wyciągnęłam jajeczny sampler, który zaczęłam robić niepamiętamkiedy.



Wtedy źle mi się go robiło, bo mam schemat słabo czytelny (a jeszcze do tego wtedy był wydrukowany na starej drukarce). I tak się z nim męczyłam bezmyślnie, bo starałam się wiernie trzymać schematu.
Bez sensu...
Ale od kiedy dotarło do mnie, że przecież nie odrabiam pracy domowej na stopień i mogę sobie dokonywać zmian jak mi się zachce, mam o wiele lepsze samopoczucie hafciarskie.

Wtedy zrobiłam trzy środkowe jajka, a teraz chcę dokończyć całość jako makatkę jajeczną. 
Planuję również zmianę ramki, bo we wzorze niemiecki napis kompletnie mi nie odpowiada. 
I nie ma tu znaczenia język... po prostu nie lubię napisów w innych językach. Chyba, że jakoś to wynika z wzoru (ale też można zrobić polską wersję).

wtorek, 7 marca 2017

Jeszcze w zimowych klimatach

Ten zimowy malutki obrazek zaczęłam robić w styczniu, gdy przyszła do nas prawdziwa zima ze śniegiem i mrozami. 
Wzór czekał od dawna w kolejce, aż się doczekał.
Czas jego powstawania najlepiej ilustruje moje coraz-bardziej-żółwie-tempo.
To przecież maleństwo, które pozornie powinno powstać bardzo szybko.
A u mnie - ponad miesiąc!
Niestety... tak to jest gdy nie mamy czasu i siły, a mamy w nadmiarze zmartwienia, choroby i kłopoty.

Ale staram się nie poddawać skrzeczącej rzeczywistości, a nawet walczyć z nią, więc stale coś jest "w robocie na tamborku".

Hafcik nie ma na razie oprawy, chyba poczeka w szufladzie do grudnia.
Myślałam, że będzie tegoroczną zimową dekoracją, ale czas za szybko pędzi i pukają do robótek wiosenno-wielkanocne tematy.



poniedziałek, 6 marca 2017

Śladów zimy w lesie już nie ma

Wczorajszy dzień był idealny na pierwszą w tym roku, pozimową wyprawę do Leśnego Domu...
słońce na bezchmurnym niebie... ciepło i przyjemnie...
Tylko wściekły warkot pił ścinających drzewa (pracują w pośpiechu nawet w niedzielę!),  zakłócał ten idylliczny nastrój.

A  na "dywaniku" przed domem kępki białych kwiatuszków... zwiastunów nowej pory roku...


niedziela, 26 lutego 2017

"Swobodne haftowanie" - część 1

Przyszedł czas na prezentację pierwszej robótki powstałej w ramach zabawy u Splocika.
Zgodnie z zasadami zabawy pokazujemy na razie same hafty, bez dalszego wykorzystania - to będzie później. I dobrze, bo nie mam jeszcze pomysłu, więc spokojnie mogę się zastanawiać i twórczo kombinować :)
Ja swój hafcik zrobiłam na kanwie 18 muliną Ariadny - kolory na zdjęciu są wyjątkowo zgodne z rzeczywistością, co może być zaskoczeniem przy dzisiejszym mocno pochmurnym niebie.



Już czekam z niecierpliwością na drugi wzorek.

Edycja posta
Jak się okazało trochę się potknęłam na samym początku zabawy, bo hafty mają być jednokolorowe. Ale, jak mnie przekonała organizatorka, mogę dalej brać udział w Swobodnym haftowaniu.

 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Pierwszy w tym roku

Koniec i początek roku obfitował na blogach (książkowych, robótkowych, kulinarnych) w podsumowania i plany.
Ja sama nie miałam "materiału" na takie podsumowanie, bo w minionym roku jak zwykle rozgrzebałam trochę nowych prac, ale z ich zakończeniem już było kiepsko. Do tego doszedł tak wielki chaos i bałagan w zdjęciach robótek (i nie tylko!), że sama pogubiłam się gdzie co jest. 
W ciągu tych prawie 10 lat mojego bycia w internecie wiele się zmieniło - wstawiałam zdjęcia swoich robótek w różnych miejscach. A po drodze niektóre  hostingi zniknęły, inne się przekształciły w sklepy, jeszcze inne dokonały zmian, które niekoniecznie mnie się podobają ... jednym słowem porządki konieczne pod zaraz.
Na razie rozpoczęłam nowy rok z planami uporządkowania tego chaosu i odkreślając grubą kreską miniony czas prezentuje nowość w nowym roku. Hafcik bez nazwy, bo wzór miałam w zapasach też bez nazwy - powiedzmy, że to po prostu "Wiatrak". 


Zaczęłam go w czasie świąt, kiedy już mogłam odreagować przygotowania wigilijne (a to było duże wyzwanie w tym roku).
Nie mam teraz pomysłu na wykorzystanie (zrobiłam sobie tak dla samej przyjemności haftowania), zostawiłam trochę miejsca na dole na ewentualny jakiś napis i hafcik rozpocznie serię "szufladową", czekając na swój czas.


Wymiary samego haftu: 11,5x12,5 cm
Użyłam dwóch odcieni niebieskiego, ale to na zdjęciu bardziej widać niż w rzeczywistości 

(i oczywiście kolory są nieco inne). 
Aida 16.