sobota, 18 listopada 2017

Dobre zdjęcie haftu... łatwo powiedzieć


Jak zrobić dobre zdjęcie haftu? - profesjonalista pewnie wzruszyłby ramionami na taką ignorancję i odpowiedział krótko: tak samo jak zdjęcie każdego innego obiektu.
Oglądam, podglądam prace hafciarek od dziesięciu lat... prawie tak długo mam aparat cyfrowy (który już chyba dogorywa). Na początku szukałam zdjęć haftu krzyżykowego, żeby się uczyć, podglądać technikę, poznawać wzory. Nie zwracałam uwagi na poboczne szczegóły, bo w większości zdjęć na forach i blogach robótkowych dodatkowych elementów nie było. Owszem, po pewnym czasie uświadomiłam sobie, że w gazetkach gotowe prace są fotografowane w pewnej aranżacji, ale blogowe sesje to były same hafciki... bardzo dokładnie pozbawiane "otoczenia".
Dobrze to widać na starszych blogach, mających kilkuletnią historię.
Początkowe zdjęcia - najważniejszy był haft, tło (jeśli w ogóle) to minimalne.
Teraz - coraz więcej przemyślanych i starannie zaplanowanych stylizacji do wielokrotnych ujęć.

Poniższe zdjęcie to moje pierwsze wyjście z haftem w plener.
Dotychczas cykałam fotki w mieszkaniu - popełniając przy tym wszystkie możliwe błędy, przede wszystkim z pośpiechu i braku czasu.
Głównym błędem było sztuczne (marne) światło, bo sporo hafcików przeznaczałam na prezenty i za każdym razem realizowałam ten sam scenariusz: dokończenie haftu w pośpiechu, szybkie prasowanie, szybkie działanie rodzinnego "oprawcy" (to specjalność mojego męża), cyk cyk zdjęcie i jeszcze szybsza wyprawa na imprezę.

A jak w końcu zmobilizowałam się do zabrania haftu na ogrodowe fotografowanie, to oczywiście kłody pod nogi. Miałam czas - pochmurny dzień ... Ledwo ustawiłam ramkę - zrobiło się jeszcze ciemniej i zaczął padać deszcz, więc na kilku szybkich pstryknięciach sprawa się zakończyła.
Ale pierwsza próba zrobiona...


środa, 15 listopada 2017

Jeszcze do świąt daleko, a już atakuje komercja

Znowu to samo... jak od kilku lat - zaledwie dzień, dwa po 1 listopada w marketach kłują w oczy świąteczne towary. Przedwczesny handel i nachalne reklamy, które już emituje tv, powodują  zbyt długo trwający czas przedświątecznych przygotowań i oczekiwań na same święta. Tak długo, że zanim one nadejdą już są kompletnie obrzydzone komercyjną szmirą i tandetą. I nie da się od tego uciec.
Jak mnie to denerwuje!!!

Jedyne co mogę zrobić to próbować odcinać się od zewnętrznego świata na różne sposoby.
W ramach robótkowego odcinania zwiększyłam moc przerobową w ramach swoich ZPT-ów  - dla przypomnienia: to moja nazwa rozpoczętych i odłożonych robótek, czyli Zbiór Porzuconych Tworów.
Są to hafciki, którym brakowało do dokończenia mniej lub więcej krzyżyków; są również te skończone, ale nie uprane, nie uprasowane, bez oprawy czy innej formy tzw. zagospodarowania.

Jednym z nich jest ten obrazek, który dla mnie idealnie wpisuje się w formułę szarugi jesiennej.
Zrobiłam go już jakiś czas temu, ale ponownie musiał czekać - tym razem na ramkę.


A w ogrodzie nagle, dosłownie z dnia na dzień co takiego oblazło moją starą jabłonkę-papierówkę.


niedziela, 5 listopada 2017

poniedziałek, 30 października 2017

Końcówka orkanu nad nami

Może to i końcówka, ale nadal nieprzyjemna... a widoki zmieniają się jak w kalejdoskopie...





... za chwilę znów ciemności, grad ... i tak w kółko.
I znowu przybywa powalonych drzew i ułamanych gałęzi...

niedziela, 29 października 2017

Ile ma ten maluch?

Kilka dni temu niespodziewanie dało się zauważyć w ogrodzie kolejne kocie pokolenie.
Byłam zaskoczona widokiem dwóch maluchów (oba oczywiście czarne) piszczących na wysokim murze - wlazło to, ale zejść nie umiało.
Później pokazał się jeden... przydreptał za matką do jadłodajni



Myślałam, że o tej porze roku już nie ma małych kociaków, ale może i kotom już się wszystko pomieszało.





sobota, 28 października 2017

Niespodzianka...

Splocik jest niezwykłą organizatorką zabaw - nie dosyć, że wymyśla, zaprasza, zachęca, przesyła schematy, to jeszcze z tej okazji obdarowuje uczestniczki. 
Takie właśnie zakończenie zabawy Swobodne haftowanie wymyśliła organizatorka.
Do mnie także dotarła przesyłka-niespodzianka, za którą jeszcze raz Splocikowi dziękuję.
Jej zawartość w stu procentach będzie spożytkowana i używana - znalazły się w niej  i różności robótkowe i słodkości, ale przede wszystkim śliczne, własnoręcznie wykonane drobiazgi, które ja zawsze cenię najbardziej. Tym razem to osobista (bo z literką) poduszeczka z działającym magnesikiem na niesforne igiełki oraz frywolitkowa zakładka do książki.
Od momentu otrzymania przesyłki nie miałam warunków do zrobienia w miarę porządnych zdjęć - za oknami bez przerwy listopadowa już szaruga i ciemności. Nie chcąc przeciągać oczekiwania na dobre światło (chyba do wiosny!), zrobiłam kilkadziesiąt zdjęć, wybrałam kilka, trochę je podrasowałam, ale niewiele to pomogło.



 
Tu widać moc magnesu


Teraz z ciekawością czekam na kolejny pomysł... już zapowiedziany.

sobota, 30 września 2017

Czy to jednak dla mnie znak?

Ten wpis u Splocika przypomniał mi o podobnym zdjęciu, które niedawno (jak mi się wydawało) zrobiłam ze swojego balkonu. 
W komentarzu napisałam: " Latem też miałam takie "spotkanie" z gęsim piórem na niebie - było idealnie prawdziwe w kształcie. Oczywiście zanim sięgnęłam po aparat (stałam na balkonie) piórko trochę się rozmyło. Jakoś tak ze zmęczenia upałem nie myślałam o głębszym znaczeniu tego widoku".     
Odnalazłam to zdjęcie i aż się zdziwiłam, że było zrobione 11 czerwca (myślałam raczej o niewielkim odstępie - sierpień).


Wpis skłonił mnie do zastanowienia - kiedy i w jakim stopniu bawiło mnie szukanie i odczytywanie "znaków". I doszłam do smutnej (niestety dla mnie) refleksji, że to był przywilej młodości... że najzwyczajniej w świecie po prostu miałam na to czas... że żyłam beztrosko z myśleniem o przyszłości, a nie z problemami teraźniejszości... że miałam czas na szukanie słów w poezji, obrazów w widoku za oknem...
Pocieszeniem jednak jest to, że jeszcze mam tego typu skojarzenia... że świat nie miga mi obok tak zupełnie obojętnie i bezrefleksyjnie.
A czy to jednak jest dla mnie jakiś znak związany z moim osobistym pisaniem?
Jestem skłonna wierzyć, że tak - tym bardziej, że coraz trudniej mi zmusić się do pisania, chociaż gotowe teksty siedzą w głowie... tylko siadać i zapisać. A to jest narzędzie mojej osobistej walki ze stresem, więc nie mogę sobie odpuścić.
Znak! ...

niedziela, 3 września 2017

"Swobodne haftowanie" - zakończenie


Od piątku pogoda nie sprzyja sesjom fotograficznym w plenerze (u nas leje już kolejny dzień), a że termin pokazania efektów zagospodarowania powstałych w trakcie zabawy hafcików mija nieubłaganie, więc zmuszona do zdjęć w jesiennych ciemnościach pokazuję swoje robótki. Planuję dodatkową sesję ogrodową przy dobrej pogodzie - mam nadzieję, że jeszcze będą piękne dni przed zimą.

Mam do pokazania i zgłaszam tylko trzy wykorzystania haftów, ponieważ w wykończeniu pozostałych konieczne jest szycie... którego organicznie nie cierpię. Ostatni raz szyłam na maszynie (przymusowo) dokładnie 38 lat temu. Tak więc hafciki muszą poczekać, aż ręcznie wydłubię to, co zaplanowałam (ręcznego też nie lubię!) lub namówię do współpracy wykonawcę szycia maszynowego - tu mam do wyboru męża i córkę. Nie zrobiłam tego wcześniej, bo pogoda jak zwykle w upały, pozbawiła mnie aktywności.

Pierwszy sposób wykorzystania - mój ulubiony - haft w ramce (wbrew pozorom to nie jest podłoga, moje robótki i książki pozują zawsze na stołku kuchennym).

 


Drugi - wypełnienie drzwiczek w kluczniku.
Tutaj nie jestem do końca zadowolona, bo podklejona z tyłu flizelina wykrzywiła trochę samą kanwę, no i nie udało mi się idealnie przyciąć brzegi. Może coś wymyślę na zakrycie tych krzywulców.
Drzwiczki klucznika będą miały zmienną dekorację - co jakiś czas nową.


Trzeci to zakładka do książek


Od początku myślałam o takim przeznaczeniu każdego konkretnego wzoru, dobierając pod tym kątem materiały...

Bardzo dziękuję organizatorce zabawy za pomysł - to było bardzo przyjemne i rzeczywiście swobodne  haftowanie.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Letni kapelusik

Robótka łatwa i prosta, czyli na dwa-trzy wieczory, a zajęła mi praktycznie trzy tygodnie.
Powód? Wielokrotnie prucie, żeby właściwie się układała (upały też mi w tym nie pomogły).
Ja nigdy nie mogłam korzystać z gotowców, gdzie każde oczko jest wyliczone i podane, bo wszędzie jestem niewymiarowa. Zawsze musiałam przeliczać wszystkie wzory robótek na drutach, gdy korzystałam z książek i gazetek.
Jestem więc przyzwyczajona i nawet nie wyobrażam sobie innego sposobu, bo nawet przy idealnych wymiarach (marzenie!) każda z nas ma swój indywidualny styl i technikę, nie mówiąc już o różnicach w grubości nitek.

Powróciłam (na razie ostrożnie, bo z ręką nigdy nic nie wiadomo) do szydełka, biorąc udział w zabawie grupy na Ravelry "Włóczki roślinne - letnie razemtworzenie". Zaplanowałam przewiewny kapelusik z bawełny do pracy w ogrodzie przy pełnym słońcu. Mam co prawda kilka różnych nakryć głowy, ale nie do końca sprawdzają się w trakcie upałów.
A wybrałam szydełko, bo lepiej się do tej pojedynczej nitki nadaje niż druty.




Sesję fotograficzną kontrolowali - jak całą naszą obecność w ogrodzie - koci stołownicy.
To jeden z nich w oczekiwaniu na dostęp do miski... później dostał własną, bo jednak koty mają tu własną hierarchię ważności i nie każdy może jeść z każdym z jednej miski.




poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Stracony sierpień

Jak co roku czas upałów to dla mnie czas stracony życiowo. I niestety z biegiem lat jest coraz gorzej... Oczywiście muszę jakoś egzystować w takich warunkach (z dodatkowymi obowiązkami rodzinnymi), ale jadę dosłownie na minimum, przy fatalnym samopoczuciu.

Najbardziej mi żal letnich, wakacyjnych wyjazdów... to, że nie mogę nigdzie wyjechać, zmienić otoczenia, bardzo źle na mnie wpływa. Zawsze bardzo lubiłam wyjazdy gdziekolwiek... po prostu przed siebie. Może to pozostałości dzieciństwa, gdy rodzice uważali, że mając do dyspozycji duży ogród nie potrzebuję dalszych wyjazdów.

A w tym roku nawet krótkich wypadów do Leśnego Domu było zaledwie kilka.
Cudownie letnia była miniona niedziela... z lekkim wietrzykiem... błogi odpoczynek na werandzie... bez gotowania.


piątek, 28 lipca 2017

"Swobodne haftowanie" - część szósta

Można powiedzieć, że zabawa "Swobodne haftowanie", którą zorganizowała Splocik, wchodzi na ostatnią prostą. Nadszedł czas prezentacji ostatniego haftu i tzw. "zagospodarowanie" wszystkich sześciu części.
Mój ostatni hafcik - kanwa 16, kolor muliny jak zwykle trochę inaczej wygląda w rzeczywistości


Mimo starań (a strasznie nie lubię wszelkiego prasowania!), wyszło mi jakoś koślawo. Niestety...  nie widzę także poprawy w jakości moich zdjęć (chyba są na to niewielkie szanse).

środa, 19 lipca 2017

Środa z książką (3)

"Aktor jest i twórcą, i odtwórcą. Aktor dostaje materiał, więc jest odtwórcą. A dlaczego, jak jeden, powiedzmy, pianista dostaje nuty i plum plum gra, to albo dreszcz przechodzi, albo nic nie przechodzi. Czyli artysta jest dusza szczególną, czyli coś w to wkłada, w ten materiał który dostał. Aktor w to, co dostał, wkłada najprawdziwszego siebie. No, bez kwestii, aktor jakieś uzdolnienia musi mieć. A po co on, z uporem godnym może lepszej sprawy, wkłada duszę w rolę? Bo inaczej  nie zrobi pełnej, żywej postaci, bo inaczej nikt mu nie uwierzy i może pożegnać się z teatrem. Oczywiście, to "coś" musi zostać ustalone z reżyserem."  s.190

Zacytowany fragment wspomnień  Krystyny Feldman pokazuje jak jest napisana... a właściwie nie napisana przez kogoś książka...
Bowiem całość to wypowiedzi aktorki zapisane tak jak je sformułowała - zapis tekstu mówionego językiem potocznym, więc moim zdaniem umieszczenie nazwiska "autora" na stronie tytułowej jest niezbyt dobrym pomysłem. Bardziej odpowiednia byłaby adnotacja w rodzaju "spisał i opracował...". W książce nie ma ani jednego zdania  podpisanego przez Tadeusza Żukowskiego, nie ma chociażby wstępu, czy zakończenia. A informacje pod zdjęciami nie liczą się, zresztą nie wiadomo kto je opracował.
To tyle o samej książce od strony wydawniczej.
Ja nie lubię takiej "nieociosanej" potocznej polszczyzny podawanej w formie książki - źle mi się czyta taki tekst, jakoś nie mogę się skupić na dłużej, robię więc częste przerwy.

A dlaczego sięgnęłam po tę książkę?
Od dawna bardzo interesowałam się kinem, a mało teatrem. Kilka zaledwie spektakli oglądanych w łódzkich teatrach, trochę więcej czwartkowej "Kobry" i Teatru Telewizji. I jedno przedstawienie dyplomowe studentów szkoły aktorskiej w Warszawie w latach 70-tych. Mam zachowany na pamiątkę program tego dyplomu, pojawia się tam kilka sławnych nazwisk - Hanuszkiewicz (córka sławnego ojca), Sztokinger (syn ), Wołlejko (córka).

Dlatego postać aktorki Krystyny Feldman znam z niewielkich ról filmowych, a nic nie wiedziałam o jej teatralnych dokonaniach. Pierwszy film, z którym ją kojarzę to "Sublokator" z 1966 roku. Widziałam go w telewizji jako dziecko i przez ten film utrwaliłam taki wizerunek Krystyny Feldman - wiedźmowata, niesympatyczna dewotka, co jeszcze podkreślał czarno-biały przekaz telewizyjny.


Aktorka nie zestarzała się pięknie, a jednak nie uciekała z tego powodu od pokazywania się na ekranie  - wręcz przeciwnie, wykorzystywała swój wygląd jako aktorski atut czego najlepszym przykładem jest późny debiut w roli głównej w filmie "Mój Nikifor".
Nie oglądałam serialu o Kiepskich (jakoś mnie ten rodzaj rozrywki nie bawi), ale przyniósł jej masową popularność. 

Dzięki książce poznajemy prywatne i zawodowe życie Krystyny Feldman, chociaż trzeba pamiętać o możliwości swobodnej interpretacji faktów, z czym mamy do czynienia już na początku. Aktorka (jak wiele dawnych gwiazd) również uległa pewnej kobiecej skłonności - odjęła sobie kilka lat.



poniedziałek, 17 lipca 2017

Niedziela w lipcowym ogrodzie

Wczorajsza pogoda była idealna... taką lubię najbardziej...
ciepło, ale nie gorąco... słońce i lekkie chmurki... chwilami miły wiaterek...
wspaniałe warunki, by siedzieć półleżąc na wygodnym leżaku...
patrzeć sobie na niebo...


na roślinki...



na zwierzęta małe i duże...



a mimochodem zebrać pierwsze plony z poletka cukinii i kabaczków (na razie tylko cukinie)



i próbować, czy czerwone porzeczki są nadal zbyt kwaśne i niedojrzałe (ślimakom nic nie przeszkadza)


środa, 12 lipca 2017

Środa z książką (2) - "Zupa z ryby fugu"

Dziś "Środa z książką" u Maknety, a ja mam problem wyboru (w sensie nadmiaru).
Po kolejnej wizycie w Bibliotece na moim stole wyrósł spory stosik ... nie dlatego, że wypożyczyłam tak wiele książek, ale dlatego, że w większości to dość grube tomiszcza. Dwa z nich to podobnie jak "Elka" biograficzne książki z kręgu aktorskiego. Jednak na początek wybrałam lekturę lżejszą, chociaż podejmuje bardzo trudną tematykę.

W przypadku tej powieści ogrom dramatyzmu i tragedii mogą prawdziwie odczuć tylko te czytelniczki, które same miały problemy z zajściem w ciążę oraz te, które po szczęśliwej ciąży i porodzie mogły przytulić do siebie dziecko, karmić je, móc po prostu patrzeć na dziecko, które urodziły.

Ktoś, kto nie miał takich osobistych przeżyć niech nawet nie mówi, że to rozumie, że potrafi się wczuć itd. Nieprawda... nie można się wczuć.
A tym bardziej niech nie potępia niektórych zachowań.

Autorka porusza kontrowersyjne (niestety coraz bardziej) w naszym społeczeństwie problemy leczenia bezpłodności, zapłodnienia in vitro, a szczególnie moralnie kontrowersyjne "wynajęcia brzucha" od matki-surogatki..
W żadnym przypadku nie ma dobrych rozwiązań... każde wiąże się z czyjąś krzywdą i bólem.

Od wydawcy:
"Ryba fugu jest bardzo smaczna, ale jeśli będziemy obchodzić się z nią nieostrożnie - możemy otruć siebie i współbiesiadników. Podobnie dzieje się z naszym życiem. Jest ono jak potrawa dla inteligentnych. Trzeba zawsze myśleć o tym, co robimy, jakie decyzje podejmujemy - choćby targały nami szekspirowskie zgoła emocje - inaczej może się tak zdarzyć, że ktoś (my sami?) zapłaci wysoką cenę za nasz brak rozwagi." 

Nie zdradzam treści, ale byłam trochę zawiedziona końcówką powieści. Jakoś tak zbyt powierzchownie autorka prześlizgnęła się po momentach kulminacyjnych, dając czytelnikom polukrowane i trochę przesłodzone zakończenie.


A na tamborku powstaje łapacz snów

wtorek, 11 lipca 2017

W hafcie krzyżykowym lubię... tylko sam haft

Przy okazji szukania materiału do zrobienia piątego ornamentu w zabawie "Swobodne haftowanie", wyciągnęłam  na światło dzienne kolejny gotowy hafcik, który czeka na zagospodarowanie. Zrobiłam go w październiku ubiegłego roku i na tym zrobieniu sprawa się zakończyła.


Mam więcej takich skończonych prac pod względem hafciarskim, ale pozostawionych na tym etapie.
Dlaczego?
Bo strasznie nie lubię tej dalszej pracy - pranie, prasowanie (tego wręcz  nienawidzę - nie prasuję mężowskich koszul), szukanie odpowiedniej ramki, oprawianie, ewentualnie jakieś inne zagospodarowanie. To mi się tylko udało w przypadkach, gdy hafcik był przeznaczony na prezent. W takich sytuacjach wkracza mój mąż, który już się wyspecjalizował w zawodzie hafciarskiego oprawcy (nie ma to jak spokój i  inżynierska precyzja!). Inne hafciki leżą, zamiast wisieć na ścianach i je ozdabiać (w moim domu).

Ja chyba jestem nietypowa pod tym względem, bo nie lubię też etapu pierwszego - przygotowawczego. A podobno są takie hafciarki, które uwielbiają mierzenie kanwy i szukanie odpowiednich kolorów muliny (czytałam takie wypowiedzi na blogach). Ja wręcz przeciwnie... nie odczuwam żadnych dreszczy (jakie miewała Ania z Zielonego Wzgórza)  przy tych czynnościach. To dla mnie stresująca (a nuż się pomylę w liczeniu i za mało ciachnę) strata czasu. Niestety, nie mam pod ręką krasnoludków, które by za mnie wykonały robotę.

Zdjęcie tego haftu oddaje pogodę ostatnich dni - padało i było pochmurno, więc pozostał tylko balkon. 
Z zagranicznych blogów przyszła do nas w ostatnich latach moda na fotki w plenerze - zauważyłam ją na blogach dziewiarskich, a konkretnie drucianych. Tu chusta rzucona na trawę, tam sweterek na płocie lub serwetka na spróchniałej sztachecie, albo czapka na jakimś zardzewiałym elemencie parkingowym w środku miasta - taki zgrzebny wintaż na łonie  (natury lub cywilizacji, oczywiście).
Na pewno zdjęcia robione przy naturalnym świetle są lepsze, więc ja też ulegam tej modzie, kiedy mam na to czas i jestem w ogrodzie. Jednak bez przesady... tzn. bez bezmyślnego papugowania stylu i tworzenia całych aranżacji z dodatkami. Robótka na trawie i wystarczy.

sobota, 8 lipca 2017

"Swobodne haftowanie" - część piąta

Poślizg z poprzedniej części skutkował poślizgiem w następnej... na szczęście ten jest krótszy.
Oto moja wersja piątego wzoru (kanwa 16 w kolorze ecru) w zabawie "Swobodne haftowanie"


środa, 5 lipca 2017

Środa z książką (1)

Oficjalnie ruszyły u Maknety "Środy z książką" (stąd ten numerek 1, chociaż mój wpis z minionego tygodnia już do nich zaliczyłam) - bardzo się z tego cieszę... i chociaż prowadzę również bloga poświęconego głównie książkom to mogę o nich pisać w różnych innych miejscach. Nie wyobrażam sobie życia bez czytania, więc takie środowe pisanie to dodatkowa przyjemność.

Nadal czytam książkę o Elżbiecie Czyżewskiej (TU wpis), ale czytam z przerwami. To nie jest dla mnie książka, którą można zaliczyć jednym ciągiem. Muszę robić przerwy, bo zbyt mocno mnie przygnębia ta lektura. Nie będę już o niej  pisać na tym blogu po zakończeniu czytania, ale obok wcześniejszych uwag mam kolejne. Uważam za zbędne powtarzanie niektórych informacji w kolejnych wypowiedziach - autorka mogła dokonać selekcji, bo czytelnika zaczyna drażnić czytanie któryś raz tego samego. Wydaje mi się, że wrzuciła wszystko co usłyszała od rozmówców, jakby bała się, że się o to obrażą.

Dla odstresowania sięgam po książki typu przerywnik.
Po przeczytaniu kilku obyczajowych książek współczesnych polskich autorek doszłam do wniosku, że najbardziej odpowiada mi styl pisania Moniki Szwai - oczywiście z tego małego kręgu tzw. literatury kobiecej (jak ja nie lubię tego określenia!), bo zbyt wielu autorek nie poznałam. Jakoś tak mi najbliżej do tego co napisała Monika Szwaja, bo będąc z tego samego pokolenia żyłyśmy w tej samej minionej rzeczywistości. Łatwo jest wtedy odczytać aluzje, odniesienia, dowcipne wspomnienia. A książki tej autorki to miłe bajki dla dorosłych... są oczywiście tragiczne wydarzenia, choroby i nieszczęścia, źli i bardzo źli ludzie, ale to wszystko dzieje się w optymistycznej atmosferze oczekiwania na szczęśliwe zakończenia. Autorka porusza ważne problemy naszej codzienności w lekki, ale wcale nie lekceważący sposób.

Tym przerywnikiem jest powieść "Zatoka trujących jabłuszek" - trzecia (i ostatnia) część cyklu o Mało Używanych Dziewicach. Wcześniejsze to "Klub Mało Używanych Dziewic" i "Dziewice do boju!

Od wydawcy
„Klub Mało Używanych Dziewic” to – wbrew prowokującej nazwie – coś niemal tak niewinnego jak drużyna harcerska. Matkami założycielkami są cztery interesujące kobiety, których celem nie jest złapanie wreszcie chłopa (nie da się ukryć, lata lecą), lecz – w pewnym sensie – poprawianie rzeczywistości. Mają w sobie coś z dzielnych pozytywistek, choć broń Boże, nie są w typie Siłaczek padających na posterunku. Skuteczność – oto ich dewiza. Inteligencja i wdzięk pomagają im osiągać cele...
Niewielką ilość wolnego czasu dzielę między książki i robótki. A w robótkach od dawna dominują krzyżyki. Teraz na tamborku powstanie "Łapacz snów" z wykorzystaniem wzoru znalezionego w internecie.

 źródło - Pinterest
To nie jest tak, że ulegam panującej modzie na wszelkiego rodzaju łapacze snów. Od bardzo dawna mam problem ze złymi snami... jeśli w ogóle pamiętam co mi się śniło, to zawsze jest to zły sen.  Ale zrobię sobie taki obrazek traktując go wyłącznie w kategoriach zabawy.


sobota, 1 lipca 2017

Inni mają zdjęcia jeża, ja też chcę...

Jeż to ulubione zwierzątko mojego męża... ta jednostronna miłość trwa chyba od czasów dzieciństwa - chyba, bo jak się poznaliśmy w czasach studenckich to jeże już były obecne. I pojawiały się przez cały czas, w różnych formach i przedmiotach (niektóre to prawdziwe szkaradziejstwa estetyczne, ale w tego typu zbiorach nie ocenia się pod tym względem)...jeszcze tylko brakuje jeży krzyżykowych, ale dość długo szukałam odpowiedniego wzoru (ale już jest na liście do wykonania).

Żywego jeża widziałam tylko raz w życiu, ponad 30 lat temu, gdy byliśmy kadrą na obozie harcerskim.
Wtedy to było w lesie, a teraz we własnym ogrodzie, wychodząc z domu zobaczyłam taki obrazek



Nie dało się ująć w jednym kadrze obu zwierzaków, więc są na dwóch "sklejonych" zdjęciach.

Jak w książeczkach dla dzieci... (tylko mu jeszcze jabłuszka na kolcach brakuje)


Klasyczna kulka obronna...


Kot udaje, że to go nic nie obchodzi


Jeżyk ufny w moc swoich kolców bardzo szybko wyjrzał na świat i dał się spokojnie oglądać
 


równie spokojnie przyjął propozycję zejścia do parteru



po czym bez pośpiechu oddalił się w gąszcz na obiadek