środa, 26 października 2016

Zazdroski i WDiC (5)

Środowe spotkania u Maknety to jeden z powodów mobilizujących mnie do pisania bloga - w natłoku codziennych spraw mam coraz większe trudności ze sprawnym myśleniem i pisaniem, a przede wszystkim coraz mniej czasu na własne pisanie i czytanie co napisali inni.  Ktoś powie, że powinnam w takim razie dać sobie spokój z blogowaniem na siłę, szczególnie, że nie chcę spaść do poziomu esemesowo-fejsbukowego dukania (na piśmie też można dukać). Tylko, że ja właśnie nie chcę pozbawiać się tej przyjemności! - nawet jeśli mądrzy i mądrzejsi uznają to za grafomanię (ich problem, nie muszą czytać).
Niestety, z powodów w/w dopada mnie niechciany minimalizm zapisu, ale mam nadzieję nie dać się i w dłuższej perspektywie odzyskać ograniczane teraz pole.

Co na drutach?
Chwilowo odłożone poncho, bo i tak teraz go nie założę. Mam zamiar jednak skończyć przed wiosną, żeby odciąć się od swojej własnej złej tradycji rozgrzebanych i niezakończonych udziergów.
Teraz zaczynam dawno planowane zazdroski do kuchennego okna. 


To moje pierwsze firaneczki, które zrobię na drutach ... aż trudno mi uwierzyć, że przez tyle dziesiątków lat nic takiego nie powstało. Widocznie musiałam do tego dojrzeć. Zanim zdecydowałam się na wzór przejrzałam dziesiątki zdjęć w internecie, jednak wykorzystam propozycję ze starej książki robótkowej.



A w czytaniu powieść Kraszewskiego "Dziecię Starego Miasta". Czytam teraz Kraszewskiego (to taka moja prywatna długofalowa akcja), sięgając po kolejne książki bez żadnego planu - zdaję się na przypadek.
"Dziecię..." to dziwna i trochę uciążliwa w czytaniu powieść.
Z jednej strony pokazuje to, co dla mnie zawsze jest najciekawsze w dawnych powieściach - zapis codzienności, realiów życia. Tutaj jest to przedpowstaniowa (1861 r.) atmosfera Warszawy. Z drugiej jednak strony mamy do czynienia z mocno niedopracowaną fabułą, papierowymi postaciami, dość nieudanym manifestem patriotycznym. Wiadomo... pisarz chciał dobrze... ale cóż z tego skoro wyszło jak najgorzej. To, co miało być wzniosłe i szlachetne zostało praktycznie ośmieszone. Zbyt dużo patosu, nadmierne nadęcie, przerost treści - to doprawdy niestrawna mieszanka. Prosty chłopak wygłasza tyrady godne podręcznika agitatora, a rozmowy dwojga zakochanych! Są po prostu straszne - tego nie da się czytać. I nie chodzi wcale o to, że zakochani rozmawiają o wzniosłych ideach, zamiast obściskiwać się po kątach. Chodzi  o to JAK rozmawiają...

 

piątek, 14 października 2016

Gotowe... można zakładać...

Wczoraj czapulka skończona, dzisiaj pozowała do zdjęcia w porannym słońcu... jeszcze nie prana, ale musi najpierw dzisiaj się ze mną przespacerować, bo jest potrzebna (a pranie wieczorem). Ten stan roboczy wpłynął na mało estetyczny wygląd robótki - nitki się nie ułożyły porządnie (w końcu włóczka to staroć z odzysku), ale było akurat słońce do zdjęć.

Nie kupowałam nic nowego z kilku powodów. Mam w domu wieloletnie zapasy rozgrzebanych robótek z dawnych czasów... wiem, że to materiał marnej jakości, ale ma jedną zaletę - teraz nic nie kosztuje. A  ja w dodatku jestem bardzo wrażliwa na wszelkie "gryzienie" ubrania i ogólnie nie znoszę szorstkich powierzchni (wszelkie filcowe cuda, nawet w torebkach to nie dla mnie). Najlepiej, gdyby wszystko czego dotykam było śliskie i gładkie (w sposób naturalny oczywiście). 
I teraz (w ostatnich latach) kupowałam kilka razy nowe włóczki, które okazały się za bardzo gryzące na dzianinę "do ciała". A w sklepie, macane w motku, wydawały się odpowiednie. Tylko, że to były te tańsze i w ten sposób kółko się zamyka.

środa, 12 października 2016

Czapka na już

Aktualna pogoda nie sprzyja mojej stabilizacji ubraniowej - na ulicy deszcz, wiatr, chłód, a w pomieszczeniach (tramwaj, autobus, sklep) od razu robi się za gorąco... Wczoraj zorientowałam się, że nagle potrzebuję jakiejś przejściowej, cienkiej czapeczki, kiedy kaptur kurtki jednak mi mocno przewiało. Potrzebuję małą czapulkę, którą szybko ściągnę i równie szybko włożę... na ciepłe zimowe czapy jeszcze nie czas... A już od wielu lat nie robiłam czapki dla siebie.

I tak od wczoraj szybko powstaje czapeczka - włóczka ze starych socjalistycznych zapasów (na pewno jakaś anilana), ... bez wstępnego planu, jak to mówią "z głowy". Robiona na okrągło, oczka prawe, lewe, francuz i podwójny ryż. 


Dzisiaj środa wspólnego czytania i dziergania, więc robótka pozuje do zdjęcia (w fatalnych przedpołudniowych ciemnościach) z książką, która czekała w kolejce wiele, wiele lat.


Dostałam ją w prezencie, gdy byłam nastolatką i wtedy kompletnie nie byłam w stanie przez nią  przebrnąć. Nie chodzi tu wcale o trudność treści, ale dwie rzeczy z pozoru odrębne - zbyt gęsty druk powodujący zlewanie się tekstu napisanego językiem "w stylu epoki". A tu autorka ciutkę z tą stylizacją przesadziła i trzeba sporego samozaparcia, żeby jakoś w ten język wejść.

A teraz, po latach wracam do tych porzuconych lektur, odcinając się od politycznie obrzydliwej rzeczywistości, której nie akceptuję. Cóż... jestem po prostu obywatelem, którego los mało obchodzi walczących o swoje  i między sobą ...
Dlatego ratuję swoje nerwy wykorzystując świat książki sprzed lat.

"Panny z Kamienicy "Pod fortuną" to obraz życia XIX Warszawy (i trochę życia pałacowego w Puławach) pod zaborem - nie ma tu wielu akcentów patriotycznych... jest za to prawdziwa kopalnia wiedzy o codzienności, strojach, zakupach, zabawach i balach, koligacjach rodzinnych,  ploteczek o  ówczesnych celebrytkach ... nie brakuje oczywiście zainteresowań intelektualnych i artystycznych, a wszystko poznajemy z kobiecego punktu widzenia. 

Teraz czytam z prawdziwą przyjemnością, omijając wzrokiem ohydną obwolutę tego wydania (1973 r.)

Po pierwszych komentarzach dopisuję cytat - małą próbkę tego, jaka jest ta książka: 

Strach, jak się nabiegałam po Warszawie przed szlubem Olesi. Rankiem byłam na przykład osobiście w handlu Sztorskiego przy Miodowej, gdzie oglądałam nowy transport porcelany stołowej oraz transport tacek pod szczypce. Z tych ostatnich zakupiłam aż dwadzieścia sztuk. Trudno. Wszak Olesia będzie mieszkać na wsi w Komorowie, a wiele pokojów obszernego dworu wymaga jeszcze większej ilości codziennych świec do oświetlenia, które niestety trzeba stale objaśniać. W godzinę później tuptałam już do warsztatu kotlarskiego Jana Kluge (najbardziej renomowany kotlarz w stolicy, osiadł w Warszawie po dziesięciu latach ćwiczenia się w tym kunszcie w Londynie) na Nowolipki obok pałacu Mostowskich. Ledwie zamówiłam mistrza Klugego do pobielania garnków Olesinych, już dalejże z powrotem na Krakowskie Przedmieście (obok apteki Jego Cesarskiej Mości), gdzie w składzie imć Edwarda Rutsche zamówiłam przemyślną wannę do kąpieli w kształcie eleganckiego, lakierowanego mebla domowego (z przykrywą). Olesia uznawała tylko supernowoczesne urządzenia i szczerze gardziła drewnianą wanienką domową z kamienicy "Pod Fortuną", zbitą z prostych klepek. A jeszcze czekało mnie pójście do najgłośniejszego tapicera warszawskiego, niejakiego imć Fryderyka Leopolda Gerrerta, na Nowym Świecie, dalej do sklepu młynarza Rieslera przy Elektorskiej, by zamówić na wesele pięć pudów mąki, najprzedniejszej, bo marymonckiej, i wreszcie do pana Franciszka Lisnera, fabrykanta przy Ogrodowej, który przyjmował przędzę lnianą i w zamian ofiarował klienteli gotowe obrusy i serwety.

I tu znowu blogger staje dęba i nijak nie chce powiększyć czcionkę cytatu (mimo wielu prób).

piątek, 7 października 2016

Czego nie lubię w hafcie krzyżykowym... a co nie jest mi potrzebne...

Mimo, że tyle hafcików leży u mnie rozgrzebanych, w stopniu mniejszym lub większym, ja niepoprawnie zaczynam nowy. To pozycja ze starej listy z czterema porami roku. Tak mi się teraz przypomniała dzięki publikacji Splocika .

 
 zdjęcie z internetu
I tu przystępuję do etapu, którego bardzo nie lubię... chyba na równi z oprawianiem gotowej pracy.
Bardzo nie lubię tych wszystkich czynności przygotowawczych. Najmniejszy problem to liczenie dziurek i dopasowanie odpowiedniego kawałka kanwy.
Gorzej z dobraniem kolorów muliny. Mam sporo zapasów nici Ariadny, które dostałam kiedyś od wspaniale utalentowanej Kini (jaka szkoda, że tak zniknęła z blogosfery). I zawsze staram się nie kupować nowych nici - patrz tych oryginalnych DMC (nie mówiąc o innych firmach, których w Polsce nie ma, albo jest coraz mniej), a raczej dobrać dobrać co się da z zapasów. A tu już same schody - strasznie dużo czasu tracę na poszukiwanie przeliczników i dobranie przynajmniej podobnych kolorów. Kiedyś korzystałam z darmowego programu, ale teraz to jest płatne, no i mój komputer coraz wolniej chodzi w tym natłoku sieciowej grafiki.

I przy okazji przypomniał mi się post z października ubiegłego roku, który leżał w formie roboczej i czekał na światło dzienne. To się doczekał...

W wędrówce blogowej znalazłam kilka postów biorących udział w zabawie  "Czego nie lubię w hafcie krzyżykowym", którą ogłosiła Joanna na swoim blogu "Moje krzyżyki". Jak napisałam w komentarzach podoba mi się to, że udział w zabawie jest dobrowolny. I do tego nie ma przymusu typowania kolejnych uczestników, którzy być może wcale nie są zachwyceni. Takie zmuszanie do zabawy chyba nie wszystkim się podoba - czasami czytając na blogach wypowiedzi "wskazanych" mam wrażenie, że nie odmawiają przez grzeczność i zmuszają się do odpowiedzi na pytania.

Mówiąc żartem "kupiłam pomysł", ale trochę zmieniam tytuł zabawy rezygnując ze szczegółowych pytań (aktywność własna dozwolona). U mnie są odpowiedzi na pytania tytułowe:

Czego nie lubię 

- bardzo, ale to bardzo nie lubię gdy nitka nagle się przeciera i urywa; miałam ostatnio taki przypadek w hafcie na delikatnym lnie muliną najbardziej markowej firmy w Polsce. Nie powinno, a się zdarzyło.
- nie lubię również, gdy muszę co chwila "stawiać nitkę do pionu", bo inaczej skręca się i pętli; zauważyłam, że to mi się zdarza najczęściej przy pracy z nitkami, które długo leżały nawinięte na bobinki
- nie lubię wszelkich pół-, ćwierć-, czterech krzyżyków w jednym; strasznie mnie to wkurza i psuje całą przyjemność, więc przestałam z tym walczyć - stawiam po prostu jeden krzyżyk
- nie lubię, czyli nie robię, bo nie umiem frenczowych knotów - próbowałam i za Chiny nie wychodzą
- nie lubię nadmiaru kresek i konturów; oczywiście są potrzebne w niektórych wzorach, dodają im uroku, ale bez przesady
- nie lubię haftować bez przyrządów, czyli trzymając materiał w rękach; to mnie bardzo męczy, ale czasami kawałek jest zbyt mały na jakikolwiek tamborek i trzeba sobie poradzić.

A co nie jest mi potrzebne (a robią to inne hafciarki):

- kratkowanie kanwy - raz kiedyś na początku swojego krzyżykowania spróbowałam i nigdy więcej. To dla mnie kompletna strata czasu, a później jeszcze problem ze spieraniem ołówka, czy mazaka. 
- jeszcze większą stratą czasu i mojej cierpliwości byłoby kropkowanie - jak widzę przeniesiony na kanwę cały schemat (krzyżyk po krzyżyku), to mnie ciarki przechodzą, że miałabym się tak męczyć z własnej woli.
Od początku pozostaję przy liczeniu w trakcie pracy, chociaż mam też za sobą nieudane podejście do kanwy z nadrukiem (okropieństwo techniczne)
- parkowanie nici - to podobno pomaga przy dużych projektach, ale jeszcze takiego kolosa nie robię (chociaż mam od dwóch lat zaczętego!); a przy tych rozmiarach, które u mnie powstają nie mam takiej potrzeby.

W trakcie pisania dzisiejszego posta sprawdziłam podane linki - i niestety, kolejny blog zniknął z sieci.
Czasami zaglądam na te stare, znajome blogi i regularnie trafiam na informację, że blog został skasowany, albo na porzucone blogi zarastające kurzem od dłuższego czasu (nawet liczonego w latach).
Wtedy mi przykro widzieć coś takiego... a już nie lubię przesady w drugą stronę, gdy na blogu atakuje mnie frontalnie wielkie okno "polub mnie na..." (wiadomo gdzie)...

środa, 5 października 2016

Deszcz i wiatr...

Powróciły do nas... deszcz i wiatr - moje ulubione zjawiska, których mi brakowało nie tylko we wrześniu.
Latem też jakoś tego było mało, dla mnie na pewno za mało... poza miastem bardziej się wszystko widzi i odczuwa, a w środku tej betonowej dżungli już gorzej.
Nie wszyscy oczywiście się z tego cieszą - straty z powodu powalonych drzew, zalania (sama też drżę przed wodą w piwnicy rodzinnego domu, chociaż nie mamy w mieście rzeki, mimo nazwy).

Dziś środa i WSiC u Maknety ...
Dzień jest tak pochmurny, że nie ma szans na dobre zdjęcia, a więc jest to co jest.
Na drutach poncho, chyba już na ostatniej prostej (mam nadzieję, że to już ostateczna wersja), a w czytaniu książka, którą przeczytałam częściowo.



Sama jej nie wybrałam z półki, to podpowiedź pani bibliotekarki. Chciała dobrze, ale dla mnie to wybór nie trafiony. Jakoś nie mogę się odnaleźć we współczesnych kryminałach. Spróbowałam tak zachwalaną Marininę - totalna porażka... konstrukcja i treść tak zagmatwana, że zmęczona plątaniną nazwisk zrezygnowałam z dalszego poznawania dokonań tej pisarki.

"Gdzie teraz jesteś" to historia dziejąca się współcześnie i w tym chyba tkwi główny powód mojego problemu z takimi książkami. Podchodzę do wydarzeń zbyt emocjonalnie, odnosząc tło i postaci bohaterów do życia osobistego, a stąd już tylko krok do niepotrzebnego zbytniego wczuwania się w ich przeżycia.

Zacytuję wstęp od wydawcy:
"Do czego zdolny jest morderca, aby ukryć swą zbrodnię? Mack zaginął dziesięć lat temu. Pewnego dnia wyszedł z domu i nikt go już więcej nie widział. Co roku dzwoni do domu w Dzień Matki, zapewnia, że jest zdrowy, po czym rozłącza się, nie odpowiada na żadne pytania. Nawet po śmierci ojca, który zginął w zamachu na WTC, nie wrócił do rodziny. Siostra Macka, Caroline, decyduje się rozwiązać tajemnicę. dlaczego brat zniknął. Prawda okaże się zaskakująca i śmiertelnie niebezpieczna..."
W miarę czytania czułam coraz większe przygnębienie opowiadaną historią, więc w pewnym momencie przerzuciłam na końcówkę z rozwiązaniem zagadki.
Jednak nie chcę już czytać  takich historii..., za dużo smutku i niesprawiedliwości mamy wokół siebie, żeby jeszcze dobrowolnie dołować się takim czytaniem. Ja przynajmniej nie mam na to ochoty i wolę pozostawać przy starociach z klasyki gatunku (nie tylko tego).