piątek, 12 sierpnia 2016

Krzyżykowa reaktywacja

Co prawda postanowiłam nie pokazywać już swoich robótek w tak zwanym "trakcie", ale tym razem robię wyjątek. Bo też okazja jest specjalna - mój bezbolesny (chyba) powrót do haftu. Mam nadzieję, że będzie bezbolesny, bo na razie wyciągnęłam dzisiaj kandydata do reaktywacji. Specjalnie sięgnęłam po ten konkretny, bo skoro nie mogę być nad moim ukochanym polskim morzem, to chociaż tak wirtualnie sobie pobędę.


To mały hafcik - wymiary 8x11cm, zaproponowany jako pocztówka.
Zaczęłam go jesienią ubiegłego roku i pozostała tylko końcówka, czyli kontury. Ale wtedy te kontury tak mnie znudziły, że hafcik się odłożył na tyle miesięcy. 
Moja zmiana - pominęłam tło, bo mi nie pasowało.

środa, 10 sierpnia 2016

O co chodzi z tymi piórkowymi?

Ja to mam refleks! ... lepiej nie mówić...
W trakcie przeglądania blogów i tematów na Ravelry  trafiałam ostatnio na wpisy typu "mój pierwszy piórkowy", ale jakoś nie przyglądałam się zbytnio tym drutowym tworom. Fakt, że byłam naprawdę zestresowana , więc w ogóle nie za bardzo docierała do mnie treść czytanych tekstów. Tak mi coś mignęło w umyśle, że pewnie chodzi o jakiś modny ścieg, albo wzór sweterka.

Jednak dzisiaj trochę mi się odblokowało i zaczęłam myśleć nad tym, co widzę.
Tak jak się w końcu domyśliłam  - chodzi o wagę sweterka, ewentualnie szala.
Dzięki wyszukiwarce trafiłam na kilka "piórkowych" wpisów, a przede wszystkim do źródła, czyli do bloga współorganizatorki akcji "Cała Polska dzierga piórkowe sweterki"


Oczywiście nabrałam wielkich chęci - też chcę  dołączyć i zrobić taki sweterek. Chyba jednak to będzie sweterek dla mnie, bo moja córka jeszcze nie jest na etapie moherowym i otrząsa się na samo hasło.

sobota, 6 sierpnia 2016

W lipcowym ogrodzie

Jak miłe jest chwilowe przebudzenie w środku nocy, gdy budzi mnie lekki, łagodny deszcz niosący z sobą orzeźwiające ochłodzenie...
Nareszcie... mam nadzieję, że to koniec upałów, że nie wrócą 30-stopniowe temperatury nagrzewające miasto jak w piecu.

W tym roku mój ogród rośnie sam sobie. Sytuacja życiowa wywróciła wszystko do góry nogami - nie mam czasu na prace ogrodowe, więc trawa i chwasty szaleją sobie do woli.
Zresztą już u progu lata stwierdziłam, że dosyć dobijania się perfekcyjnie prowadzonymi ogrodami, których zdjęć niepotrzebnie tyle się naoglądałam i o których tyle się naczytałam na blogach i innych nawiedzonych stronach. Owszem... to było mi potrzebne przez jakiś czas, ale teraz nauczyłam się dawkować tę przyjemność. Nie jest możliwe uzyskanie choćby namiastki tak idealnego ogrodu przy moich jednoosobowych siłach i braku funduszy. A zresztą dlaczego miałabym walczyć ponad siły o trochę równiejszą trawkę i brak chwastów przy ogrodzeniu? Wcale nie mam zamiaru się tego wstydzić... wybieram opcję "mój stary ogród" i niech sobie tam wszystko rośnie jak ma ochotę. Nie bawię się w żadne opryski, ani sztuczne nawożenie - trochę własnego kompostu i popiół z pieca... 

Kilka ujęć przy zachmurzonym lipcowym niebie - w pełnym słońcu tym razem nie miałam ochoty.

Floksy sadzone jeszcze przez prababcię



Stare dobre papierówki (wyjątkowo pyszne w tym roku)



Czarne porzeczki nie załapały się do zdjęcia... 





Kocia mama z najmniejszym maluchem - w tym przypadku wiadomo na sto procent kto jest tatą (stały bywalec ogrodu). Pozostałe kociaki to całe czarne kupki futra.