piątek, 30 grudnia 2016

Dobrze, że ten rok odchodzi...

Dobrze... bo to był dla mnie osobiście bardzo zły rok...
Nie muszę robić na kartce zestawienia złego i dobrego (nawet w tym zdaniu słowo "złego" samo wskoczyło jako pierwsze). Nie muszę wyszczególniać, bo cały czas mam to w głowie, a skutki odczuwam dosłownie fizycznie. Problemy zdrowotne  i problemy życiowe dosłownie przygniotły szczęśliwe chwile z najbliższymi. Przygniotły radość z osiągnięć i sukcesów dzieci (zięć to też moje dziecko) i wnuków... 
A ja nie mogę i nie chcę się z tym pogodzić... buntuję się psychicznie, co jeszcze bardziej pogarsza sytuację... 
Ale dosyć narzekania.
Jednak osiągam w tej walce malutkie sukcesy, bo pracując nad sobą malutkimi kroczkami staram się uspokoić, wyciszyć... przywołuję coraz silniej swoje zatracone po drodze pozytywne patrzenie na świat, chęć poznawania i zdobywania nowych umiejętności, uśmiech i życzliwość dla innych ludzi...

A wszystkim miłym znajomym blogowym wysyłam szczere życzenia z tą oto staromodną karteczką



poniedziałek, 28 listopada 2016

Świąteczne klimaty coraz bliżej

Na blogach świąteczne robótki idą pełną parą... Blogerki pokazują kartki, ozdoby, obrazki , drobne upominki czyli rękodzieło wszelkiego rodzaju.
Ja raczej niewiele stworzę, ale przynajmniej mogę nacieszyć oczy pięknością przedmiotów wykonanych przez tak uzdolnione autorki. Tym bardziej, że w niektórych technikach nawet nie próbuję swoich sił

Szczególnie zachwyciły mnie piękne białe bombki, wykonane przez Arine, której radosny styl bardzo lubię i oglądam od kilku już lat. Nie mogłam sobie odmówić przyjemności wstawienia chociażby jednego zdjęcia z tych, które pokazuje Arine na blogu - TUTAJ 
Zdjęcia są opatrzone charakterystycznym stempelkiem Arine, więc nie ma wątpliwości kto jest autorką

 

niedziela, 27 listopada 2016

Wieniec adwentowy

 "Wieniec adwentowy to ludowa dekoracja świąteczna, która stanowi formę domowej pobożności. Wykonany z gałązek  drzewa iglastego, z czterema świecami, które zapala się kolejno w każdą niedzielę adwentu. Każdy element ma tutaj ogromne znaczenie; kształt koła, które nie ma początku ani końca, zielone gałązki symbolizujące wieczne życie oraz świece – Światłość Chrystusa. Światło świec w religii katolickiej jest symbolem wieczności, radości oraz oczekiwania. Na terenie Warmii i Mazur w pierwszą niedzielę adwentu wykonuje się ręcznie wieniec, umieszcza na nim świece i podwiesza pod sufitem za pomocą szerokich, czerwonych wstążek. Tradycja kultywowana jest zazwyczaj w rodzinach ewangelickich, jednak coraz częściej ta forma dekoracji pojawia się również w domach katolików". - cytat stąd

W moim rodzinnym domu nie pojawiał się wieniec adwentowy, ani świecznik w innych formach.
Jakoś ten element nie stał się u nas tak popularny jak choinka, z którą przecież praktycznie jednocześnie przywędrował z Niemiec. Ale czas i zmiany kulturowe robią swoje i adwentowe świece pojawiają się coraz częściej w domach katolickich.

W tym roku postanowiłam sama zrobić (w zamyśle skromny) wieniec lub świecznik adwentowy (chociaż znowu zapomniałam w odpowiednim czasie ukręcić wianek z pędów winorośli, których mam w ogrodzie wystarczającą ilość).
Zaczęłam szukać inspiracji w internecie i oczywiście (co było do przewidzenia) zostałam dosłownie zalana morzem zdjęć i pomysłów.
Są różne - od skromnych, prostych, oszczędnych w wyrazie, ale mnie najbardziej odpowiadających; do bogatych, często przeładowanych ozdóbkami (trudno ukryć, że również mało gustownych).
Wybrałam tylko kilka zdjęć (tych które mi się podobają), chociaż od nadmiaru aż się w głowie kręci...



 
 
 
źródło: Pinterest

wtorek, 8 listopada 2016

Prawie jak w Bollywoodzie - czasem słońce, czasem deszcz

Taką pogodę daje nam tegoroczny listopad... wczoraj lało, cały dzień ponuro, już o godzinie 14 było ciemno. A dzisiaj od rana idealnie czyste niebo i słońce na całego.

Ja niezmiennie lubię deszcz, nawet ten listopadowy i  od dawna miałam zamiar wyhaftować sobie jakiś mały obrazek "w temacie". Nic się nie trafiało, aż nagle teraz znalazłam idealny wzorek. Oczywiście natychmiast trafił na tamborek i robi się... 
Lubię czasami robić coś, co tematycznie jest jak najbardziej aktualne... tu i teraz.


środa, 26 października 2016

Zazdroski i WDiC (5)

Środowe spotkania u Maknety to jeden z powodów mobilizujących mnie do pisania bloga - w natłoku codziennych spraw mam coraz większe trudności ze sprawnym myśleniem i pisaniem, a przede wszystkim coraz mniej czasu na własne pisanie i czytanie co napisali inni.  Ktoś powie, że powinnam w takim razie dać sobie spokój z blogowaniem na siłę, szczególnie, że nie chcę spaść do poziomu esemesowo-fejsbukowego dukania (na piśmie też można dukać). Tylko, że ja właśnie nie chcę pozbawiać się tej przyjemności! - nawet jeśli mądrzy i mądrzejsi uznają to za grafomanię (ich problem, nie muszą czytać).
Niestety, z powodów w/w dopada mnie niechciany minimalizm zapisu, ale mam nadzieję nie dać się i w dłuższej perspektywie odzyskać ograniczane teraz pole.

Co na drutach?
Chwilowo odłożone poncho, bo i tak teraz go nie założę. Mam zamiar jednak skończyć przed wiosną, żeby odciąć się od swojej własnej złej tradycji rozgrzebanych i niezakończonych udziergów.
Teraz zaczynam dawno planowane zazdroski do kuchennego okna. 


To moje pierwsze firaneczki, które zrobię na drutach ... aż trudno mi uwierzyć, że przez tyle dziesiątków lat nic takiego nie powstało. Widocznie musiałam do tego dojrzeć. Zanim zdecydowałam się na wzór przejrzałam dziesiątki zdjęć w internecie, jednak wykorzystam propozycję ze starej książki robótkowej.



A w czytaniu powieść Kraszewskiego "Dziecię Starego Miasta". Czytam teraz Kraszewskiego (to taka moja prywatna długofalowa akcja), sięgając po kolejne książki bez żadnego planu - zdaję się na przypadek.
"Dziecię..." to dziwna i trochę uciążliwa w czytaniu powieść.
Z jednej strony pokazuje to, co dla mnie zawsze jest najciekawsze w dawnych powieściach - zapis codzienności, realiów życia. Tutaj jest to przedpowstaniowa (1861 r.) atmosfera Warszawy. Z drugiej jednak strony mamy do czynienia z mocno niedopracowaną fabułą, papierowymi postaciami, dość nieudanym manifestem patriotycznym. Wiadomo... pisarz chciał dobrze... ale cóż z tego skoro wyszło jak najgorzej. To, co miało być wzniosłe i szlachetne zostało praktycznie ośmieszone. Zbyt dużo patosu, nadmierne nadęcie, przerost treści - to doprawdy niestrawna mieszanka. Prosty chłopak wygłasza tyrady godne podręcznika agitatora, a rozmowy dwojga zakochanych! Są po prostu straszne - tego nie da się czytać. I nie chodzi wcale o to, że zakochani rozmawiają o wzniosłych ideach, zamiast obściskiwać się po kątach. Chodzi  o to JAK rozmawiają...

 

piątek, 14 października 2016

Gotowe... można zakładać...

Wczoraj czapulka skończona, dzisiaj pozowała do zdjęcia w porannym słońcu... jeszcze nie prana, ale musi najpierw dzisiaj się ze mną przespacerować, bo jest potrzebna (a pranie wieczorem). Ten stan roboczy wpłynął na mało estetyczny wygląd robótki - nitki się nie ułożyły porządnie (w końcu włóczka to staroć z odzysku), ale było akurat słońce do zdjęć.

Nie kupowałam nic nowego z kilku powodów. Mam w domu wieloletnie zapasy rozgrzebanych robótek z dawnych czasów... wiem, że to materiał marnej jakości, ale ma jedną zaletę - teraz nic nie kosztuje. A  ja w dodatku jestem bardzo wrażliwa na wszelkie "gryzienie" ubrania i ogólnie nie znoszę szorstkich powierzchni (wszelkie filcowe cuda, nawet w torebkach to nie dla mnie). Najlepiej, gdyby wszystko czego dotykam było śliskie i gładkie (w sposób naturalny oczywiście). 
I teraz (w ostatnich latach) kupowałam kilka razy nowe włóczki, które okazały się za bardzo gryzące na dzianinę "do ciała". A w sklepie, macane w motku, wydawały się odpowiednie. Tylko, że to były te tańsze i w ten sposób kółko się zamyka.

środa, 12 października 2016

Czapka na już

Aktualna pogoda nie sprzyja mojej stabilizacji ubraniowej - na ulicy deszcz, wiatr, chłód, a w pomieszczeniach (tramwaj, autobus, sklep) od razu robi się za gorąco... Wczoraj zorientowałam się, że nagle potrzebuję jakiejś przejściowej, cienkiej czapeczki, kiedy kaptur kurtki jednak mi mocno przewiało. Potrzebuję małą czapulkę, którą szybko ściągnę i równie szybko włożę... na ciepłe zimowe czapy jeszcze nie czas... A już od wielu lat nie robiłam czapki dla siebie.

I tak od wczoraj szybko powstaje czapeczka - włóczka ze starych socjalistycznych zapasów (na pewno jakaś anilana), ... bez wstępnego planu, jak to mówią "z głowy". Robiona na okrągło, oczka prawe, lewe, francuz i podwójny ryż. 


Dzisiaj środa wspólnego czytania i dziergania, więc robótka pozuje do zdjęcia (w fatalnych przedpołudniowych ciemnościach) z książką, która czekała w kolejce wiele, wiele lat.


Dostałam ją w prezencie, gdy byłam nastolatką i wtedy kompletnie nie byłam w stanie przez nią  przebrnąć. Nie chodzi tu wcale o trudność treści, ale dwie rzeczy z pozoru odrębne - zbyt gęsty druk powodujący zlewanie się tekstu napisanego językiem "w stylu epoki". A tu autorka ciutkę z tą stylizacją przesadziła i trzeba sporego samozaparcia, żeby jakoś w ten język wejść.

A teraz, po latach wracam do tych porzuconych lektur, odcinając się od politycznie obrzydliwej rzeczywistości, której nie akceptuję. Cóż... jestem po prostu obywatelem, którego los mało obchodzi walczących o swoje  i między sobą ...
Dlatego ratuję swoje nerwy wykorzystując świat książki sprzed lat.

"Panny z Kamienicy "Pod fortuną" to obraz życia XIX Warszawy (i trochę życia pałacowego w Puławach) pod zaborem - nie ma tu wielu akcentów patriotycznych... jest za to prawdziwa kopalnia wiedzy o codzienności, strojach, zakupach, zabawach i balach, koligacjach rodzinnych,  ploteczek o  ówczesnych celebrytkach ... nie brakuje oczywiście zainteresowań intelektualnych i artystycznych, a wszystko poznajemy z kobiecego punktu widzenia. 

Teraz czytam z prawdziwą przyjemnością, omijając wzrokiem ohydną obwolutę tego wydania (1973 r.)

Po pierwszych komentarzach dopisuję cytat - małą próbkę tego, jaka jest ta książka: 

Strach, jak się nabiegałam po Warszawie przed szlubem Olesi. Rankiem byłam na przykład osobiście w handlu Sztorskiego przy Miodowej, gdzie oglądałam nowy transport porcelany stołowej oraz transport tacek pod szczypce. Z tych ostatnich zakupiłam aż dwadzieścia sztuk. Trudno. Wszak Olesia będzie mieszkać na wsi w Komorowie, a wiele pokojów obszernego dworu wymaga jeszcze większej ilości codziennych świec do oświetlenia, które niestety trzeba stale objaśniać. W godzinę później tuptałam już do warsztatu kotlarskiego Jana Kluge (najbardziej renomowany kotlarz w stolicy, osiadł w Warszawie po dziesięciu latach ćwiczenia się w tym kunszcie w Londynie) na Nowolipki obok pałacu Mostowskich. Ledwie zamówiłam mistrza Klugego do pobielania garnków Olesinych, już dalejże z powrotem na Krakowskie Przedmieście (obok apteki Jego Cesarskiej Mości), gdzie w składzie imć Edwarda Rutsche zamówiłam przemyślną wannę do kąpieli w kształcie eleganckiego, lakierowanego mebla domowego (z przykrywą). Olesia uznawała tylko supernowoczesne urządzenia i szczerze gardziła drewnianą wanienką domową z kamienicy "Pod Fortuną", zbitą z prostych klepek. A jeszcze czekało mnie pójście do najgłośniejszego tapicera warszawskiego, niejakiego imć Fryderyka Leopolda Gerrerta, na Nowym Świecie, dalej do sklepu młynarza Rieslera przy Elektorskiej, by zamówić na wesele pięć pudów mąki, najprzedniejszej, bo marymonckiej, i wreszcie do pana Franciszka Lisnera, fabrykanta przy Ogrodowej, który przyjmował przędzę lnianą i w zamian ofiarował klienteli gotowe obrusy i serwety.

I tu znowu blogger staje dęba i nijak nie chce powiększyć czcionkę cytatu (mimo wielu prób).

piątek, 7 października 2016

Czego nie lubię w hafcie krzyżykowym... a co nie jest mi potrzebne...

Mimo, że tyle hafcików leży u mnie rozgrzebanych, w stopniu mniejszym lub większym, ja niepoprawnie zaczynam nowy. To pozycja ze starej listy z czterema porami roku. Tak mi się teraz przypomniała dzięki publikacji Splocika .

 
 zdjęcie z internetu
I tu przystępuję do etapu, którego bardzo nie lubię... chyba na równi z oprawianiem gotowej pracy.
Bardzo nie lubię tych wszystkich czynności przygotowawczych. Najmniejszy problem to liczenie dziurek i dopasowanie odpowiedniego kawałka kanwy.
Gorzej z dobraniem kolorów muliny. Mam sporo zapasów nici Ariadny, które dostałam kiedyś od wspaniale utalentowanej Kini (jaka szkoda, że tak zniknęła z blogosfery). I zawsze staram się nie kupować nowych nici - patrz tych oryginalnych DMC (nie mówiąc o innych firmach, których w Polsce nie ma, albo jest coraz mniej), a raczej dobrać dobrać co się da z zapasów. A tu już same schody - strasznie dużo czasu tracę na poszukiwanie przeliczników i dobranie przynajmniej podobnych kolorów. Kiedyś korzystałam z darmowego programu, ale teraz to jest płatne, no i mój komputer coraz wolniej chodzi w tym natłoku sieciowej grafiki.

I przy okazji przypomniał mi się post z października ubiegłego roku, który leżał w formie roboczej i czekał na światło dzienne. To się doczekał...

W wędrówce blogowej znalazłam kilka postów biorących udział w zabawie  "Czego nie lubię w hafcie krzyżykowym", którą ogłosiła Joanna na swoim blogu "Moje krzyżyki". Jak napisałam w komentarzach podoba mi się to, że udział w zabawie jest dobrowolny. I do tego nie ma przymusu typowania kolejnych uczestników, którzy być może wcale nie są zachwyceni. Takie zmuszanie do zabawy chyba nie wszystkim się podoba - czasami czytając na blogach wypowiedzi "wskazanych" mam wrażenie, że nie odmawiają przez grzeczność i zmuszają się do odpowiedzi na pytania.

Mówiąc żartem "kupiłam pomysł", ale trochę zmieniam tytuł zabawy rezygnując ze szczegółowych pytań (aktywność własna dozwolona). U mnie są odpowiedzi na pytania tytułowe:

Czego nie lubię 

- bardzo, ale to bardzo nie lubię gdy nitka nagle się przeciera i urywa; miałam ostatnio taki przypadek w hafcie na delikatnym lnie muliną najbardziej markowej firmy w Polsce. Nie powinno, a się zdarzyło.
- nie lubię również, gdy muszę co chwila "stawiać nitkę do pionu", bo inaczej skręca się i pętli; zauważyłam, że to mi się zdarza najczęściej przy pracy z nitkami, które długo leżały nawinięte na bobinki
- nie lubię wszelkich pół-, ćwierć-, czterech krzyżyków w jednym; strasznie mnie to wkurza i psuje całą przyjemność, więc przestałam z tym walczyć - stawiam po prostu jeden krzyżyk
- nie lubię, czyli nie robię, bo nie umiem frenczowych knotów - próbowałam i za Chiny nie wychodzą
- nie lubię nadmiaru kresek i konturów; oczywiście są potrzebne w niektórych wzorach, dodają im uroku, ale bez przesady
- nie lubię haftować bez przyrządów, czyli trzymając materiał w rękach; to mnie bardzo męczy, ale czasami kawałek jest zbyt mały na jakikolwiek tamborek i trzeba sobie poradzić.

A co nie jest mi potrzebne (a robią to inne hafciarki):

- kratkowanie kanwy - raz kiedyś na początku swojego krzyżykowania spróbowałam i nigdy więcej. To dla mnie kompletna strata czasu, a później jeszcze problem ze spieraniem ołówka, czy mazaka. 
- jeszcze większą stratą czasu i mojej cierpliwości byłoby kropkowanie - jak widzę przeniesiony na kanwę cały schemat (krzyżyk po krzyżyku), to mnie ciarki przechodzą, że miałabym się tak męczyć z własnej woli.
Od początku pozostaję przy liczeniu w trakcie pracy, chociaż mam też za sobą nieudane podejście do kanwy z nadrukiem (okropieństwo techniczne)
- parkowanie nici - to podobno pomaga przy dużych projektach, ale jeszcze takiego kolosa nie robię (chociaż mam od dwóch lat zaczętego!); a przy tych rozmiarach, które u mnie powstają nie mam takiej potrzeby.

W trakcie pisania dzisiejszego posta sprawdziłam podane linki - i niestety, kolejny blog zniknął z sieci.
Czasami zaglądam na te stare, znajome blogi i regularnie trafiam na informację, że blog został skasowany, albo na porzucone blogi zarastające kurzem od dłuższego czasu (nawet liczonego w latach).
Wtedy mi przykro widzieć coś takiego... a już nie lubię przesady w drugą stronę, gdy na blogu atakuje mnie frontalnie wielkie okno "polub mnie na..." (wiadomo gdzie)...

środa, 5 października 2016

Deszcz i wiatr...

Powróciły do nas... deszcz i wiatr - moje ulubione zjawiska, których mi brakowało nie tylko we wrześniu.
Latem też jakoś tego było mało, dla mnie na pewno za mało... poza miastem bardziej się wszystko widzi i odczuwa, a w środku tej betonowej dżungli już gorzej.
Nie wszyscy oczywiście się z tego cieszą - straty z powodu powalonych drzew, zalania (sama też drżę przed wodą w piwnicy rodzinnego domu, chociaż nie mamy w mieście rzeki, mimo nazwy).

Dziś środa i WSiC u Maknety ...
Dzień jest tak pochmurny, że nie ma szans na dobre zdjęcia, a więc jest to co jest.
Na drutach poncho, chyba już na ostatniej prostej (mam nadzieję, że to już ostateczna wersja), a w czytaniu książka, którą przeczytałam częściowo.



Sama jej nie wybrałam z półki, to podpowiedź pani bibliotekarki. Chciała dobrze, ale dla mnie to wybór nie trafiony. Jakoś nie mogę się odnaleźć we współczesnych kryminałach. Spróbowałam tak zachwalaną Marininę - totalna porażka... konstrukcja i treść tak zagmatwana, że zmęczona plątaniną nazwisk zrezygnowałam z dalszego poznawania dokonań tej pisarki.

"Gdzie teraz jesteś" to historia dziejąca się współcześnie i w tym chyba tkwi główny powód mojego problemu z takimi książkami. Podchodzę do wydarzeń zbyt emocjonalnie, odnosząc tło i postaci bohaterów do życia osobistego, a stąd już tylko krok do niepotrzebnego zbytniego wczuwania się w ich przeżycia.

Zacytuję wstęp od wydawcy:
"Do czego zdolny jest morderca, aby ukryć swą zbrodnię? Mack zaginął dziesięć lat temu. Pewnego dnia wyszedł z domu i nikt go już więcej nie widział. Co roku dzwoni do domu w Dzień Matki, zapewnia, że jest zdrowy, po czym rozłącza się, nie odpowiada na żadne pytania. Nawet po śmierci ojca, który zginął w zamachu na WTC, nie wrócił do rodziny. Siostra Macka, Caroline, decyduje się rozwiązać tajemnicę. dlaczego brat zniknął. Prawda okaże się zaskakująca i śmiertelnie niebezpieczna..."
W miarę czytania czułam coraz większe przygnębienie opowiadaną historią, więc w pewnym momencie przerzuciłam na końcówkę z rozwiązaniem zagadki.
Jednak nie chcę już czytać  takich historii..., za dużo smutku i niesprawiedliwości mamy wokół siebie, żeby jeszcze dobrowolnie dołować się takim czytaniem. Ja przynajmniej nie mam na to ochoty i wolę pozostawać przy starociach z klasyki gatunku (nie tylko tego).


środa, 28 września 2016

Już środa???

U mnie czas pędzi tak szybko, że sama nie wiem, kiedy okazało się, że dziś kolejna środa...

Na drutach poncho w  trakcie kolejnej przemiany!... nie pamiętam robótki, która miałaby tyle poprawek co ten resztkowiec. Ale nagle zorientowałam się, że resztki się skończyły, a poncho za krótkie i w ogóle nie takie rozmiary, więc trzeba dodać jeszcze jeden kolor i trochę zmodyfikować...

a w czytaniu Agata Christie


Mam z tymi książkami pewien problem, o czym pisałam kiedyś na blogu książkowym.
Po obejrzeniu adaptacji filmowej traci się główny dreszczyk emocji... "bo wiadomo kto zabił i jak do tego doszło"...
A ponieważ bardzo lubię filmy zrobione w starym stylu, gdzie nie ma przemocy i litrów czerwonej farby na ekranie, więc naoglądałam się tych ekranowych wersji ile się dało. Dlatego zrobiłam sobie dość dużą przerwę w oglądaniu..., musiałam odczekać sporo czasu "żeby zapomnieć to i owo" i móc delektować się czytaniem starych, dobrych kryminałów z najwyższej półki. I właściwie nie zależy mi tak bardzo na toku rozwiązywania zagadki... bardziej interesuje mnie tło wydarzeń - ludzie i miejsca oraz czas. 
W tym przypadku czas daje sporo do przemyślenia i porównania - październik 1945 roku. Jakże inaczej wyglądało życie u nas -  w powojennej Polsce i tam w Anglii...

Nie stosuję celowego wyboru książek według jakiejś listy, bo muszę zdać się na przypadek, czyli co będzie do wypożyczenia w Bibliotece.

Tym razem trafiłam na śledztwo z panną Marple, która jest nam szczególnie bliska z racji swojego upodobania do robienia na drutach, no i oczywiście do noszenia dzianinowych szali, sweterków, narzutek itd.


 

wtorek, 27 września 2016

Ogród wrześniowy

Minęły kolejne przepiękne dni, gdy w ogrodzie jest cudowna cisza... słońce, które nie dobija człowieka... ciekawskie i wiecznie głodne młode koty (najpewniej już tworzą sobie futra na zimę)... a ja mam tak niewiele czasu, żeby się tym cieszyć.... Ale mimo wszystko chociaż trochę łykam tego jesiennego piękna...

Kociaki z głównym pytaniem "dlaczego jeszcze miski puste???"


Malwy wystrzeliły tak wysoko, że trzeba je podwiązać, bo kładą się już na ziemię


Kolejna samosiejka... - coś słonecznikowego zasiało się przy truskawkach i kwitnie po raz kolejny


Ale jednak mistrzostwo wysokości osiąga topinambur - nie jestem w stanie zmierzyć, bo to kilka metrów nad ziemią 


poniedziałek, 26 września 2016

Jesienna tematyka... ulubiona...

Bardzo lubię jesień, co widać również w moim osobistym chomikowaniu wzorów haftu oraz w ilości zaczętych kiedyś tam robótek.
Jedną z nich teraz wyciągnęłam na światło dzienne


Ten listek przeleżał gotowy od ubiegłego października z powodu braku odpowiedniej ramki. Strasznie nie lubię tego ostatniego etapu pracy z haftem... najczęściej trudno mi znaleźć odpowiednią ramkę, a profesjonalnego oprawcy nie biorę pod uwagę ze względu na ceny.
Mam nadzieję znaleźć coś odpowiedniego w najbliższym czasie, bo chcę mieć teraz ten listek na ścianie. No i jak  już będzie w ramce, to może uda się jakaś mała sesja zdjęciowa w ogrodzie, albo na działce w lesie.

To znany powszechnie wzór AAN, którego ja nie odwzorowałam całkowicie.
Brakuje trochę drobnych elementów, które mnie wydały się zbędne. W całości wzór jest według mnie "naćkany", niektóre drobne szczególiki zapychają tło i stwarzają wizualny bałagan.
To moje odczucia... wiadomo "de gustibus...".   

Haft powstał na kanwie aida16, którą najbardziej lubię i najczęściej używam - odcień kremowy.
Nitka to cieniowana mulina DMC. I tutaj spore rozczarowanie, bo praktycznie tego cieniowania koloru nie widać. 

czwartek, 22 września 2016

Lato odeszło...

... i bardzo dobrze.

Jak co roku, wymęczona upałami (oraz dolegliwościami zdrowotnymi, które te upały co roku mi przynoszą), mogę zacząć funkcjonować w miarę normalnie.
Minione lato to był czas dla mnie bardzo trudny... bywały takie chwile, że mówiłam "najgorszy czas w moim życiu"...

A jesień bardzo lubię... zawsze lubiłam... w każdej odsłonie...

Gdy pod nogi spadają świeże kasztany, zawsze przypomina się ta piosenka, którą pamiętam z baaardzo dawnego dzieciństwa...



środa, 21 września 2016

Druty i książki...

Postanowiłam dołączyć do środowego cyklu u Maknety - w myśl starego przysłowia "lepiej późno niż wcale". Dotychczas tylko czytałam posty u innych, trafiając na nie w trakcie blogowych wędrówek.
A że sama robię jedno i drugie, czyli czytam i dziergam, więc dlaczego nie?



Na moich drutach prawie końcówka resztkowego poncho, a w czytaniu prawdziwa ramotka.



Bardzo lubię czytać wspomnienia, pamiętniki, dzienniki... Dzięki tym zapiskom mogę przenosić się w przeszłość, poznając w przyjemny sposób codzienność, zwyczaje... po prostu rzeczywiste życie, o którym nigdy nie mówiło się na lekcjach historii. Bardzo nie lubiłam tamtych lekcji, prowadzonych fatalnie, będących jedynie plątaniną dat i nazwisk. Wtedy nie rozumiałam zainteresowania historią u mojego Taty - dopiero teraz, "na stare lata", mogę delektować się poznawaniem historii od prywatnej strony.


"Kufer Kasyldy" to zbiór wybranych fragmentów pamiętników i wspomnień z dawnych, a w niektórych przypadkach bardzo dawnych czasów.
W słowie "Do czytelnika":
"Dwadzieścia dziewcząt, dwadzieścia młodych kobiet chce mówić. Chcą opowiadać o swojej młodości. Pragną zwierzać się ze spraw najważniejszych: kogo kochały i jak kochały, jakie miały ideały, do czego dążyły. Ze swoich radości i smutków. A także ze spraw bagatelnych i uroczych: jakie miewały suknie, jakie prawiono im komplementy, jak się bawiły na tanecznych wieczorkach i balach".
Wśród tych dziewcząt są bardzo znane i mniej dziś znane postaci - obok noblistki Marii Curie-Skłodowskiej ... matka-komunistów Marcjanna Fornalska.

Więcej o książce napiszę po jej przeczytaniu, na blogu książkowym "Inny czas".
A egzemplarz (kupiony kiedyś na targu staroci), który odnalazłam teraz w Starej Szafie, też ma swoją historię, zapisaną na okładkach.

niedziela, 4 września 2016

Miętowy komplecik do ogrodowego stolika...

To chyba ostatnia tak pięknie letnia niedziela...
Nawet jeśli będą wrześniowe ciepłe dni to zawsze mają już jesienny charakter.
Ale może jeszcze przyda się ten komplecik podkładek, który zrobiłam w ramach kolejnego KAL-a w polskiej grupie na Ravelry.
Letnie razemtworzenie przebiegało pod hasłem "Kwiaty i liście".
Ja wybrałam liście w postaci podkładek, inspirując się wzorem Jen Zeyen. Napisałam o inspiracji, bo mimo najszczerszych chęci nie mogłam dokładnie rozgryźć angielskiego opisu (co może dziwić osoby znające język, że to przecież taka łatwizna), więc zrobiłam tak na "mniej więcej" według zdjęć.
Bardzo przyjemna robótka - włóczka to 100% bawełny, a kolor jest przypakowy, bo ta nitka najbardziej mi odpowiadała (z tych dostępnych w sklepie). Zużyłam jeden motek o wadze 5 dkg.






sobota, 3 września 2016

Jabłkowe plony

Po fatalnym ubiegłym roku, gdy prawie wszystkie jabłka zmarniały wisząc jeszcze na drzewach, w tym roku jest co zbierać. Nie opryskuję drzew niczym i dlatego mnie zrywam jabłek, ale zbieram te, które zdecydują się, że są już dojrzałe, żeby spadać na ziemię...


piątek, 2 września 2016

Miała być poduszeczka do szpilek/igieł, ale...

... ale straciłam serce do tej robótki. Chyba każdej z nas przytrafiło się coś takiego co najmniej raz. Tak bywa... najczęściej nie z naszej winy...
W sierpniu zrobiłam takie pastelowe maleństwo, z przeznaczeniem na poduszeczkę do  igieł i szpilek. 


Poduszeczka miała być dla mnie, zrobiona w ramach pewnej forumowej zabawy. Nie wchodzę w szczegóły (dlaczego akurat taki wzorek itd), bo praktycznie zabawa się nie odbyła. Temat zabawy miał ileś tam odsłon, ale chętnych do udziału nie było. To bardzo smutne... szczególnie, gdy przypomnę sobie podobne zabawy, w tym samym gronie, w tym samym miejscu, ale kilka lat wcześniej. A teraz widać jak fora, w formule sprzed lat, przegrywają  coraz dotkliwiej z fejsowym bukiem. Tym bardziej smutne, że to strasznie ogłupiająca strona, produkująca bezmyślnych klikaczy.

A wracając do niedoszłej poduszeczki... Hafcik trafi do szuflady, gdzie poleży do momentu, gdy będzie mi potrzebny ten kawałek tkaniny. Wtedy zniknie, wypruję go... nie przeznaczę na nic innego..., a poduszeczki na pewno nie zrobię, bo nie chcę mieć takiej  niemiłej "pamiątki" w formie codziennej przypominajki.

piątek, 12 sierpnia 2016

Krzyżykowa reaktywacja

Co prawda postanowiłam nie pokazywać już swoich robótek w tak zwanym "trakcie", ale tym razem robię wyjątek. Bo też okazja jest specjalna - mój bezbolesny (chyba) powrót do haftu. Mam nadzieję, że będzie bezbolesny, bo na razie wyciągnęłam dzisiaj kandydata do reaktywacji. Specjalnie sięgnęłam po ten konkretny, bo skoro nie mogę być nad moim ukochanym polskim morzem, to chociaż tak wirtualnie sobie pobędę.


To mały hafcik - wymiary 8x11cm, zaproponowany jako pocztówka.
Zaczęłam go jesienią ubiegłego roku i pozostała tylko końcówka, czyli kontury. Ale wtedy te kontury tak mnie znudziły, że hafcik się odłożył na tyle miesięcy. 
Moja zmiana - pominęłam tło, bo mi nie pasowało.

środa, 10 sierpnia 2016

O co chodzi z tymi piórkowymi?

Ja to mam refleks! ... lepiej nie mówić...
W trakcie przeglądania blogów i tematów na Ravelry  trafiałam ostatnio na wpisy typu "mój pierwszy piórkowy", ale jakoś nie przyglądałam się zbytnio tym drutowym tworom. Fakt, że byłam naprawdę zestresowana , więc w ogóle nie za bardzo docierała do mnie treść czytanych tekstów. Tak mi coś mignęło w umyśle, że pewnie chodzi o jakiś modny ścieg, albo wzór sweterka.

Jednak dzisiaj trochę mi się odblokowało i zaczęłam myśleć nad tym, co widzę.
Tak jak się w końcu domyśliłam  - chodzi o wagę sweterka, ewentualnie szala.
Dzięki wyszukiwarce trafiłam na kilka "piórkowych" wpisów, a przede wszystkim do źródła, czyli do bloga współorganizatorki akcji "Cała Polska dzierga piórkowe sweterki"


Oczywiście nabrałam wielkich chęci - też chcę  dołączyć i zrobić taki sweterek. Chyba jednak to będzie sweterek dla mnie, bo moja córka jeszcze nie jest na etapie moherowym i otrząsa się na samo hasło.

sobota, 6 sierpnia 2016

W lipcowym ogrodzie

Jak miłe jest chwilowe przebudzenie w środku nocy, gdy budzi mnie lekki, łagodny deszcz niosący z sobą orzeźwiające ochłodzenie...
Nareszcie... mam nadzieję, że to koniec upałów, że nie wrócą 30-stopniowe temperatury nagrzewające miasto jak w piecu.

W tym roku mój ogród rośnie sam sobie. Sytuacja życiowa wywróciła wszystko do góry nogami - nie mam czasu na prace ogrodowe, więc trawa i chwasty szaleją sobie do woli.
Zresztą już u progu lata stwierdziłam, że dosyć dobijania się perfekcyjnie prowadzonymi ogrodami, których zdjęć niepotrzebnie tyle się naoglądałam i o których tyle się naczytałam na blogach i innych nawiedzonych stronach. Owszem... to było mi potrzebne przez jakiś czas, ale teraz nauczyłam się dawkować tę przyjemność. Nie jest możliwe uzyskanie choćby namiastki tak idealnego ogrodu przy moich jednoosobowych siłach i braku funduszy. A zresztą dlaczego miałabym walczyć ponad siły o trochę równiejszą trawkę i brak chwastów przy ogrodzeniu? Wcale nie mam zamiaru się tego wstydzić... wybieram opcję "mój stary ogród" i niech sobie tam wszystko rośnie jak ma ochotę. Nie bawię się w żadne opryski, ani sztuczne nawożenie - trochę własnego kompostu i popiół z pieca... 

Kilka ujęć przy zachmurzonym lipcowym niebie - w pełnym słońcu tym razem nie miałam ochoty.

Floksy sadzone jeszcze przez prababcię



Stare dobre papierówki (wyjątkowo pyszne w tym roku)



Czarne porzeczki nie załapały się do zdjęcia... 





Kocia mama z najmniejszym maluchem - w tym przypadku wiadomo na sto procent kto jest tatą (stały bywalec ogrodu). Pozostałe kociaki to całe czarne kupki futra.


sobota, 30 lipca 2016

Dobroszka na jesienne chłody

Czas na dokładniejszą prezentację Dobroszki - chusty, o  której wspomniałam w poprzednim wpisie. Koszmarne upały, które mnie jak co roku dobijają zdrowotnie, nie są oczywiście najlepszą porą na grube i grzejące dzianiny, ale jakoś dałam radę (robota krótka czasowo).


Test chusty wypadł teraz, a nie później, a ja miałam ochotę zrobić sobie właśnie ten konkretny model. Mogłam zrobić wersję letnią proponowaną przez autorkę, ale to byłoby robienie dla samego robienia, bo nigdy nie potrzebuję takiej ochrony latem - mnie zawsze jest gorąco.


Zrobienie tej chusty to okazja do nauczenia się czegoś nowego - pikotki. Nie szukam specjalnie ściegów i wzorów, żeby tak po prostu je opanować. Nie mam zupełnie na to czasu, ani też ochoty. Uczę się kiedy sytuacja tego wymaga. Po raz kolejny przy tej okazji przekonałam się, że wolę swoje stare sprawdzone źródła nauki - książki, stare gazetki. Wszelkie filmiki nie sprawdzają się - za szybko i gadają w obcych językach. Obejrzałam kilka znalezionych w sieci i tak mnie zagotowały ze złości, że biegiem prawie rzuciłam się do robótkowych staroci książkowych. A tam wszystko zrozumiale wyłożone wraz z rysunkami co i jak...


Podobne problemy mam z korzystaniem z wzorów angielskojęzycznych w internecie.
"Wychowałam się" na książkach i gazetkach polskich, rosyjskich i niemieckich (znałam wtedy niemiecki wystarczająco do takich celów). Mam też kilka gazetek włoskich i francuskich - można je było kupić w MPiK-u w tamtych "strasznym" (teraz dla wielu)  ustroju...

poniedziałek, 25 lipca 2016

Cud drutoterapii!

Narzekałam wielokrotnie na swoją robótkową niemoc, wynikającą z prozaicznych(!) dolegliwości fizycznych, co w połączeniu z naszą zbiurokratyzowaną na maksa tzw. "służbą zdrowia" daje wielomiesięczne zastoje w ulubionym hobby. Diagnostyka nadal trwa - a jakże!, niedługo będzie pierwsza rocznica mojego badania pod hasłem "dlaczego mnie tak strasznie boli ręka".

Jednak w pewnym momencie nie wytrzymałam tęsknoty za drutami - w końcu i tak mnie boli, więc chociaż się czymś zajmę. W maju zgłosiłam się do letniego KAL-a "Kwiaty i liście", w czerwcu złapałam robótkę resztkową "Poncho z resztek" (to pomysł Truscaveczki - KAL resztkowiec)


i tak sobie robiłam dla samego robienia. Pierwsze dwa tygodnie to tylko kilka rządków dziennie, okupionych sporym zwiększeniem bólu, aż nagle uświadomiłam sobie, że ból odpuścił! Nie wiadomo kiedy przestało boleć! Czy to naprawdę nie cud?
Jak widać przypadkiem udało mi się zastosować jakąś rehabilitację w obrębie barku - przy pomocy zwykłych drutów. Po wielu miesiącach nieustannego bólu jestem szczęśliwa z powodu "że mnie nie boli" (to na zasadzie tej kozy ze starego dowcipu).


"Poncho w trakcie" wyglądem trochę przypomina wielkie gacie, ale jest upchnięte na dość krótkich okrągłych drutach. Biorąc pod uwagę fakt, że trzy razy prułam prawie skończone dzieło (bo nie mogłam zdecydować się na sposób dodawania oczek), to osiągnęłam 300% normy.

A w lipcu spróbowałam po raz pierwszy testowania nowego wzoru chusty Dagmary (Yellow Mleczyk), pod wdzięczną nazwą "Dobroszka". Chciałam wziąć udział w takim projekcie z kilku powodów: nigdy nie brałam udziału w teście robótkowym, nauczyłam się nowych rzeczy (pikotki), a przede wszystkim sam wzór bardzo mi się spodobał. Ale poświęcę Dobroszce osobnego posta.
Na razie zdjęcie przed blokowaniem - w miłych okolicznościach upalnego lata, chociaż chustę przeznaczyłam na jesienno-zimowe chłody.


To wszystko akcje na Ravelry, które dotychczas traktowałam jedynie jako źródło inspiracji. Niestety, bariera językowa ograniczała mnie tam dość skutecznie. Od czasu, gdy zaczęły powstawać grupy polskie sytuacja  jest zupełnie inna dla takich słabych poliglotek jak ja.