środa, 18 listopada 2015

Listopadowa szaruga

Gdybym pisała pamiętniczek:

"Wyszłam dzisiaj z domu ubrana odpowiednio, widząc za oknem ulewny deszcz i porywisty wiatr - parasol, kaloszki.
Zrobiłam zakupy w hali (okropieństwo budownictwa powstałe na Bałuckim Rynku), ledwie wyszłam na ulicę wiatr wywrócił mi parasol na druga stronę, łamiąc przy tym niektóre druty. W związku z czym w ciągu kilku chwil miałam całkiem mokrą kurtkę i wszystko co pod nią - kurtka stara, z gatunku przemiękających. W strugach deszczu usiłowałam opanować otwierający się parasol (zepsuło się zamykanie), a kiedy podjechał autobus wolałam nie siadać, żeby nie zamienić fotela w mokrą plamę.
Z ciężkimi zakupami, walcząc z parasolem dotarłam do mojego domu rodzinnego, gdzie już w przedpokoju powitał mnie uroczy plusk wody lejącej się z sufitu - drobnostka, znowu dach przecieka...
Pozostało mi jeszcze palenie w piecu w piwnicy (gazowy piec wziął i się zepsuł), związane ze schodzeniem po schodach - tylko kilkanaście razy..."

Jednak ja lubię taką pogodę... na pewno jestem w mniejszości, bo ze wszystkich stron dobiegają do mnie narzekania na chandrę, depresję, ciemności i ogólnie ponuro...
A na pewno wolę to niż ohydne upały...

4 komentarze:

  1. Witaj w klubie,gdyz ja też lubię taką pogodę.Nie muszę wychodzić i mogę całymi dniami dziergać.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym mogła nie wychodzić z domu i całymi dniami robótkować, to dopiero byłaby pełnia szczęścia :)
      A tu właśnie trzeba codziennie wychodzić.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Lubię ciepło, ale nie upały, lubię jesień, ale bez nadmiaru mokrości.
    Wychodzić trzeba i robić przerwy w robótkowaniu też trzeba...
    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdecydowanie taka pogoda też ma swój urok, ale i tak wolę jak słońce tak jak właśnie w chwili, gdy zaglądam do ciebie, stara się przebić przez chmury.

    OdpowiedzUsuń