poniedziałek, 17 lutego 2014

Gdy ci kot przebiegnie drogę...

To pierwsze słowa piosenki, która towarzyszy mi od dzieciństwa. Tak mi jakoś utkwiła na zawsze w pamięci, że prawie zawsze mi się przypomina, gdy mam takie kocie spotkanie na ulicy.
W tym przesądnym myśleniu nie mieszczą się koty znajome, czyli koty ogrodowe, ani rodzinne.
Ja sama nie trzymam kotów w mieszkaniu, bo uważam, że to dla nich jest zbytnim ograniczeniem - jedynym wyjściem na świat jest balkon na piętrze, a na dole nieprzyjazny świat okrutnych i bezmyślnych bezkarnych małolatów.
Natomiast prowadzę kocią stołówkę w rodzinnym ogrodzie.
W ciągu ostatnich lat w naszej rodzinie pojawiło się trochę kotów - wiadomo, że każdy inny...
Najdłużej jest z nami kotka łaskawie przebywająca w mieszkaniu mojej córki.



Nieskromnie uważam, że to jest najlepsze kocie zdjęcie, jakie udało mi się zrobić.

To charakterek nie dający się lubić w kategoriach "kotek milutki do głaskania".
Zacytuję fragment posta z mojego starego bloga robótkowego (z 2011 roku).

"We własnym domu mogę sobie korzystać z klawiatury do woli, bez  zwierzęcych niespodzianek.
Nie tak, jak to czasem bywa, kiedy używam laptopa  w innym rodzinnym miejscu, z kotem w pakiecie.
Moja ulubienica (która mnie kocha tylko czasami) - nie zawsze uznaje ludzkie prawa do tego miejsca.
Pozwoliłam sobie na lekkomyślne pozostawienie cieplutkiej klawiatury, bo zachciało mi się kawy!!!
Po powrocie z kuchni...


Kilkuminutowe różnorodne metody perswazji - bez skutku...


Do mnie mówisz?

Mam jeszcze kilka innych ujęć całkowitej obojętności na argumenty, ale w końcu odłożyłam aparat i z dużym narażeniem życia użyłam ścierki do naczyń.
Z ledwością uniknęłam bezpośredniego kontaktu z pazurami wściekłej kotki, która dosłownie rzuciła się na mnie, prychając jak tygrys."

A więc... w światowym Dniu Kota...

 Gdy ci kot przebiegnie drogę, nie mów, że to pech... kot ci szczęście przynieść może, jeśli tylko chcesz...

 

czwartek, 6 lutego 2014

Robótkowo jeszcze świątecznie

W styczniu, odpoczywając po świątecznym maratonie domowo-rodzinnym,  prawie skończyłam serwetkę  ze Świątecznego SAL-a 2013. To był rzeczywisty relaks, bo nie wymagający myślenia przy takiej powtarzalności wzoru.

Serwetka jest prawie gotowa, najłatwiejsza część za mną - haftowanie zakończone.
Teraz pozostało szycie, którego bardzo nie lubię, więc na razie odkładam (aż dojrzeję do tego).
Ale mam nadzieję, że do następnych świąt zdążę.
Bardzo nie lubię szyć - ani ręcznie, ani na maszynie. Mam dwa sprzęty - każdy z innej epoki. Nowoczesny "Łucznik" i przedwojenny "Singer" - to dwie bardzo różniące się maszyny. Singera odziedziczyłam po mojej babci i prawdę mówiąc to jedyna maszyna, na której jako tako szycie mi wychodziło.
Mój mąż, wiedząc o tych moich antytalentach krawieckich, wielkodusznie stwierdził "jak chcesz, to mogę to obszyć". Obawiam się, że tym się skończy. W naszym domu to on jest specjalistą igły - zarówno współczesnej, jak i historycznej. Podziwiam jego dokonania w zakresie rekonstrukcji strojów, wyłącznie technikami dawnymi.