sobota, 11 stycznia 2014

Utrata zaufania

Przeniosłam się w to nowe miejsce, żeby pozostawić wszystkie złe sprawy i złe wspomnienia za sobą, na starym blogu. Planowałam, że będę tu sobie pisać okazjonalnie i zawsze miło - tak dla dodatkowej poprawy humoru.
Oczywiście życie dostarcza ciągle nowych stresów "zewnętrznych" - mam tu na myśli  wszystko, co dzieje się poza rodziną, czyli samo złoooo atakujące z publikatorów. Publikatory to dobre określenie (rodem z minionych czasów). Dla mnie jest teraz symbolem tego złego dziennikarstwa, żerującego na tragediach, szukającego i tworzącego sensacje, karmiącego się nieszczęściami, lansującego armię żałosnych postaci niby-politycznych itd itd.
Można wyliczać w nieskończoność, ale akurat na to mam najmniej chęci.
Uciekam od tej tabloidowej papki, ale czasami pewne wydarzenia mają na nas niechciany wpływ.

Całe swoje życia, od urodzenia (dosłownie) jeżdżę tramwajami. Codziennie. Tak się złożyło, bo mieszkanie na tzw. "peryferiach" miasta miało takie blaski i cienie. Jednym z cieniów była komunikacja, która w moich najdalszych wspomnieniach nie zawsze była przyjemna. Jeździłam najdłużej takimi tramwajami



chociaż i starsze wagony pamiętam


Rodzice nigdy nie mieli samochodu, więc trzeba było tylko i wyłącznie prowadzić to tramwajowe życie.

Rola pasażera tramwajowego bywała różna, ale zawsze miałam poczucie bezpieczeństwa ze strony motorniczego.
Naiwnie ? Być może... jednak bardzo często obserwowałam pracę motorniczych, bo z powodu tłoku starałam się (już od dziecka) dopchać do miejsca z przodu wagonu, żeby chociaż z jednej strony cokolwiek widzieć i móc oddychać. W tamtych czasach to był naprawdę problem dla dzieciaków, gdy trzeba było w godzinach szczytu dostać się do środka i uniknąć zgniecenia w tłoku. A wejście było tylko z jednej strony (z tyłu) i w środku ruch jednostronny - do przednich drzwi. Pamiętam jeszcze, gdy przy wejściu na specjalnym siedzeniu siedział konduktor. Tak, naprawdę pamiętam tak dawne czasy.

I tak stojąc przy barierce za motorniczym widziałam jego pracę - nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że ten człowiek, prowadzący pojazd pełen ludzi może być pijany.

Teraz, po tragicznym wypadku na Piotrkowskiej, moje dotychczasowe zaufanie zniknęło na zawsze. Zresztą od dawna widzę lekceważący sposób pracy nowego pokolenia motorniczych - gadanie przez komórkę, słuchanie głośnego radia, puszczanie wiązanki pod adresem kierowców, widoczne braki w wyszkoleniu zawodowym.

Jadąc w poniedziałek po tym wypadku miałam dziwne uczucie. Tramwaj był prowadzony nerwowo, można powiedzieć "ze złością". Gwałtowne przyspieszenia na krótkich odcinkach, hamowanie jak to się mówi "jak z kartoflami". Wysiadając przyjrzałam się prowadzącemu - to była młoda kobieta.
Chyba musiała wyładować się po przymusowych kontrolach trzeźwości, zarządzonych po wypadku.
Szkoda, że na pasażerach...

niedziela, 5 stycznia 2014

Babka w różnych wersjach

Chodzi o babkę ziemniaczaną, o której istnieniu dowiedziałam się z internetu. I dowiedziałam się także, że to danie regionalne, które jakoby znają tam wszyscy. Stwierdzenie, że jest to potrawa znana w każdym domu (chałupie) na podlaskiej wsi, nie przekonuje mnie wcale. To kolejny przykład uogólnień i wskazówka ograniczonego zaufania do słowa pisanego w sieci. Tutaj szczególnie łatwo przychodzi wielu piszącym stawiać swoje prywatne zdanie i doświadczenia życiowe jako obowiązującą wszystkich normę. Wielokrotnie śmieszyły mnie (bo co innego można zrobić) szczególnie wpisy początkujących w kuchni blogerek pod hasłem "klasyczne coś...". Czytam posta "Klasyczna zupa jakaś tam" i widzę składniki kompletnie mi obce. Nigdy w życiu nie jadłam, ani nawet nie czytałam przepisu na taką dziwną dla mnie zupę pomidorową, ogórkową, czy jeszcze inną. A tu dziewczątko wali prosto z mostu, że to klasyka. Nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że to owszem klasyka, ale u niej w domu.

Podobnie z babką ziemniaczaną. Mam w dużym stopniu korzenie podlaskie - ze strony mojej Mamy. Wielokrotnie jeździłam do dziadków na wakacje, na prawdziwą zabitą dechami podlaską wieś. Byłam "w gościach" u różnych ciotek w okolicznych wsiach i nigdy nie jadłam tam babki ziemniaczanej.

Spotykając co jakiś czas na kulinarnych blogach przepisy na taką babkę, nabrałam po prostu ochoty na wypróbowanie tego smaku. Przejrzałam swoje książki kucharskie pod tym kątem i oczywiście znalazłam takie  przepisy. A pierwszy w przedwojennej książce Ochorowicz-Monatowej - "Babka z kartofli wypiekana w piecu".
Dzięki tej książce dowiedziałam się, że babka ziemniaczana to nie tylko wypiek z surowych kartofli, ale także z gotowanych.
A ponieważ  po dużym rodzinnym obiedzie zostało mi sporo ugotowanych ziemniaków  (nie wiadomo nigdy, ile goście zjedzą), więc akurat składnik podstawowy był.
Zrobiłam własną wersję: osobno ugotowałam suszone grzyby (w niewielkiej ilości wody, z przyprawami - tak jak do sosu grzybowego). Ugotowanie ziemniaki rozgniecione na purre wymieszałam z cebulką (drobno pokrojoną, przesmażoną na złoty kolor). Naczynie żaroodporne natłuściłam masłem i posypałam tartą bułką. Warstwa ziemniaków, warstwa grzybów, warstwa ziemniaków posypana jeszcze tartą bułką. I do piekarnika na około 30 minut w temperaturze 180 stopni (tak mniej więcej, bo wszystkie składniki już były gotowe i nie musiały się długo dopiekać). Nie dodałam jajka do ziemniaków, może następnym razem. Tym bardziej, że mąż zobaczywszy ten wypiek, zapytał "a dlaczego nie w formie babki?"


Krótko po tym wypróbowałam przepis najczęściej spotykany, czyli z surowych ziemniaków.
Wybrałam przepis Mony z bloga M jak marzenie - zawsze staram się wybrać opis potrawy od osoby pochodzącej/mieszkającej na danym terenie. To także odnosi się do blogów Polek, które mieszkają za granicą i piszą na swoich blogach o miejscowej kuchni.


Ten pierwszy smak ziemniaczanej babki nie zachęcił mnie od następnych prób, dlatego, że czułam głównie placki ziemniaczane w pieczonej formie. Smak surowych ziemniaków nie pasował mi w tej wersji.

I z babką ziemniaczaną jest tak, jak z bigosem i wieloma innymi potrawami - każda gospodyni ma swoją własną klasyczną wersję.