wtorek, 30 grudnia 2014

Chwile ze światłem

Gdy przychodzi czas grudniowy najbardziej odczuwam potrzebę domowego nastroju ze światłem - w moim przypadku w grę wchodzi płomyk świecy. Kominek to moje marzenie, ale niestety nie w realiach ciasnych pokoików blokowego mieszkania. Pozostają świece, które towarzyszą nam (tzn. mnie i mojemu mężowi cały czas). A okazuje się, że kolejne pokolenia też już wpadają w to uzależnienie. Ostatnio z Pierwszym Wnuczkiem robiliśmy sobie nastrój choinkowo-lampionowy (na jego życzenie).
W moim przypadku ma znaczenie czas (jakże dalekiego już) dzieciństwa - wszędzie obecne piece - ogrzewające pokoje, tworzące prawdziwą kuchnię.
Brak "żywego ognia" w kominku rekompensuję sobie ogniskiem w ogrodzie, a teraz jest pora płomyka świec...



niedziela, 28 grudnia 2014

Choinkowo na mieście

Będąc wrogiem komercyjnego świętowania sklepowego nie znam wszystkich odmian codzienności supermarketowej. Migają mi jedynie w telewizorze jakieś obrazki ze świata, gdy dziki tłum z obłędem w oku tratuje się w walce o najczęściej niepotrzebne zakupy. Unikam takich miejsc jak tylko mogę, robię zakupy w normalnych sklepach blisko domu.
Wczoraj jednak znalazłam się w tym siedlisku uzależnienia (dla wielu) nie z przymusu kupowania czegokolwiek, ale przy okazji spotkania w damskim gronie. Zostawiłyśmy wszystkich osobistych chłopców dużych i małych, żeby spotkać się i pogadać przy obiedzie w dobrej restauracji. A że najbliższe centrum restauracyjne  mamy w Manufakturze to mogłam zobaczyć ludzi, którzy zamiast cieszyć się wolnym czasem i swoim towarzystwem na wzajem, ganiają po wyprzedażach. Takich tłumów jak wczoraj jeszcze tam nie widziałam... rzeka ludzi płynąca korytarzami... koszmar...

Zrobiłam trochę zdjęć, ale z powodu dużego mrozu połączonego z wiatrem większość to nieudane rozmazane próbki.
Wielką atrakcją dla dzieciaków jest choinka z klocków LEGO


Trudno było zrobić zdjęcie bez ludzi, więc choinka obcięta od dołu. A w dodatku nastawiłam już w aparacie funkcję na nocne zdjęcia, więc te też się nie udały.


Nawet śnieg zrobił uprzejmość i leciutko zaczął znowu padać


Choinka z rodzaju tych, które nie podobają mi się - ja je nazywam konstrukcjami choinkopodobnymi.



W tym na Piotrkowskiej mamy prawdziwą choinkę w tradycyjnym kształcie, widziałam ją przed świętami, ale w biegu i bez aparatu. Ale chcę ją zobaczyć wieczorem, więc spróbuję obfocić.

piątek, 26 grudnia 2014

Radosnych Świąt wszystkim życzę!


Jak co roku obiecuję sobie przygotowanie całej świątecznej oprawy odpowiednio wcześniej - bez zbędnego pośpiechu i zmęczenia... jak co roku to mi się nie udaje, ale nie poddaję się w tych planach.
Tymczasem nawet nie zdążyłam z blogowymi wpisami przed świętami, ale Święta jeszcze trwają (a w tym roku jakby wydłużone przez sąsiadującą sobotę i niedzielę), więc dla wszystkich 

Radosnych Świąt w takim wymiarze, o jakim marzymy cały rok - 
rodzinnym... magicznym... szczęśliwym...


czwartek, 11 grudnia 2014

Kalendarz na 90% (do przodowników pracy mi daleko)

Nie udało mi się skończyć całkowicie zaplanowanej wersji kalendarza adwentowego i musiałam przed 1 grudnia przekazać to, co się udało. Nie martwię się tym zbytnio, bo nie z mojej winy, ale jak to się kiedyś mówiło "z przyczyn obiektywnych". To czego brakuje to elementy jakby dodatkowe, ich brak nie zaburza idei kalendarza.
Tak więc spokojnie sobie skończę do następnych świąt, bo teraz to była walka z czasem i  nocny finisz  z obłędem w oczach prawie do rana.
To kalendarz dla Drugiego Wnuczka - zdjęcia w wersji roboczej oddają właściwie aktualną pogodę i dzienno-nocne marne światło.


Kalendarz jest efektem pracy zespołowej:
mój wkład to część krzyżykowa...
obszycie brzegów, przygotowanie kijków - dziadek...
woreczki uszyła mama Malucha...
na kalendarzu montował tata Malucha...

piątek, 14 listopada 2014

Mocno przedświątecznie?

Bardzo nie lubię świątecznych klimatów przed czasem... wiemy o czym mowa, więc nie rozwodzę się nad tym.
Po prostu unikam jak mogę supermarketów, omijam wzrokiem nachalne reklamy, przerzucam kanały w tv itd.
Zalew komercji mnie strasznie wkurza, bo coś nam odbiera, powoduje powszednienie odświętności...
Czym innym były kiedyś i są także teraz nasze domowe przedświąteczne przygotowania: gromadzenie delikatesowych smakołyków,  drobiazgów przeznaczonych na prezenty pod choinkę, własnoręczne przygotowywanie elementów do dekoracji mieszkania itd.
A że niektóre wymagają dużo wcześniejszego przygotowania, więc zrozumiała jest praca nad nimi już w listopadzie, czy październiku.
Takim najbardziej terminowym przykładem jest kalendarz adwentowy, który musi być gotowy w listopadzie.
Miałam nie pokazywać swoich prac w tak zwanym "trakcie", bo większość z pokazywanych na poprzednim blogu nie doczekała się finiszu. Tym razem jednak czuję się mocno zmotywowana do zakończenia, chociaż dziecko, dla którego to robię nie wie o tej niespodziance.
Kalendarz jest przeznaczony dla Drugiego Wnuczka, który może jest jeszcze za mały na takie wydarzenie, ale nie możemy go pozostawić bez tego przedświątecznego akcentu w sytuacji, gdy jego starszy brat będzie miał swoje odliczanie.
Nie korzystam z gotowego wzoru (na to potrzebowałabym zacząć w lipcu), ale robię własną składankę elementów: misiek z banerka, cyferki w układzie własnym i może jeszcze zdążę z jakąś prostą ramką.
Stan sprzed trzech dni - dzisiaj jest tak ciemno za oknem, że o zdjęciach nie ma co myśleć. Zresztą to wcześniejsze też nie jest lepsze.


czwartek, 30 października 2014

W klasycznej oprawie

Cały czas coś dziubię, ale gorzej z zakończeniem prac... nie mówiąc już o ich oprawianiu, czy innym sposobie zagospodarowania.

W kolejce wyczekał się hafcik z forumowego  SAL-a "Do przedpokoju" - zakończenie zabawy miało miejsce w listopadzie 2011 roku!!!. Wreszcie doczekał się oprawy. Planowałam go na drzwiczki klucznika, ale zmieniłam zdanie.  I jak większość moich hafcików znalazł się w ramce. Wydaje mi się (czego nie widać na zdjęciu), że dzięki ramce i passe partout obrazek nabrał głębi.

Wymiary całości - 15x21 cm


Jak się dobrze zastanowić, to okazuje się, że prawie wszystkie moje haftowane "dzieła" znalazły się w ramkach.
Ale kilka, z mojego ZPT-u, jednak będzie mieć inne wykończenie... tak przynajmniej planuję... ale na finiszu może okazać się "jak zwykle".

sobota, 27 września 2014

Czy nie nazbyt słodko i pastelowo?

Od kiedy odkryłam blogi wnętrzarskie, odwiedzam je regularnie, bo lubię sobie popatrzeć na piękne zdjęcia, ciekawe rozwiązania... - po prostu pobyć trochę w innej atmosferze, w innym świecie...

Odnajduję tam często przedmioty prawie identyczne z posiadanymi w rodzinie - tak jak ten blaszany chlebownik - taki przedwojenny sprzęt jest nadal używany w jednej z kuchni rodzinnych.

Te blogi są niezmierzonym źródłem pomysłów... i to często pomysłów możliwych do wykorzystania przez osobników najbardziej nawet pozbawionych inwencji twórczej jak nie przymierzając JA. Chociaż u mnie to raczej niewykonalne. Bo co mi z tego, że poczytam o kolejnych etapach odnawiania jakiegoś mebla - szafy, komódki, kredensu, skoro absolutnie nie jestem w stanie dokonać takiego samego dzieła odnowy. Na przykład na kuchennym pięknym kredensie moich rodziców (z początku lat 50-tych), który od dawna stoi w piwnicy i chyba już lepszego losu się nie doczeka.
A tu takie proste pomysły... szczególnie zachwyciła mnie ścienna mydelniczka z filiżanki.





















 źródło zdjęć


Nieustannie podziwiam piękne aranżacje fotograficznych sesji, nie mówiąc już o urodzie samych zdjęć


Ale w pewnym momencie, jak już się napatrzyłam i trochę opatrzyłam, doszły do tego takie refleksje - jak się w tym słodkim, cukierkowym i pastelowym, trochę buduarowym kobiecym świecie mieszczą mężczyźni?
Mam takie wątpliwości szczególnie, gdy oglądam wymuskane do granic ideału gniazdka-sypialnie całe w bieli.
Mnie się one bardzo podobają, ale mężczyznom chyba nie do końca. Jak mają się poruszać wśród wielu bibelotów, puszystych białych dywaników, narzutek i firaneczek?
Tu się od razu przypomina bohater jednego z opowiadań Lucy Maud Montgomery, który swoją obecnością jako "starający się" burzył samą swoją obecnością idealny porządek wymuskanego gniazdka cioci - dotychczas starej panny.

piątek, 26 września 2014

Mój ZPT i dobre chęci, czyli próbuję się aktywizować

Jak daleko znalazłam się na bocznym torze robótkowej blogosfery (forumowej także)!
Co prawda mam wykluczenie na życzenie, bo nie mam zamiaru rejestrować się na durnotach typu faciobuk i przez to nie mam możliwości uczestniczyć w różnych zbiorowych dzierganiach i haftowaniach.

O co chodzi z tym ZPT z tytułu posta?

ZPT czyli Zbiór Porzuconych Tworów.
Przypomniałam sobie o nim przeglądając posty mojego poprzedniego bloga robótkowego. To moja autorska nazwa określająca rozpoczęte i porzucone robótki - nazywane już na blogach UFO-kami. Jednak UFO-ki nie za bardzo mi pasują, wolę swój Zetpet.
A wróciłam do niego (czyli do poprzedniego bloga), szukając swoich rozpoczętych robótek. Mam ich tak wiele, że pamiętam tylko o kilku - o tych, które mnie najbardziej gniotą. Nie wiąże się to z żadnym nowym cudownym pomysłem i pobudzeniem uśpionej aktywności robótkowej. Nie, nic z tych rzeczy. To jak zwykle u mnie coś podpatrzonego u innych, co przedstawię jednak w nieco innej formie. Chodzi o blogową zabawę "Hafciarska lista życzeń", o której przeczytałam na którymś z blogów i z niego trafiłam do autorki pomysłu.

A że niedawno rozpoczęłam kolejny rok swojego życia to może poruszę trochę swoją bardzo uśpioną aktywność (zmęczoną latem i w ogóle życiem) i spróbuję chociaż dać sobie jakieś ramy czasowe - w tym przypadku rok do następnego września. Kto powiedział, że musimy wszystko zaczynać 1 stycznia?
Na pewno nie jest to żadna lista do wykonania, bo już wielokrotnie przekonałam się jak to u mnie jest z takimi postanowieniami - odwrotnie proporcjonalnie. To tylko moja luźna interpretacja zabawy.

Próbowałam doliczyć się, chociażby tak na mniej więcej, ile mam rozpoczętych robótek. W szczegóły wolę nie wchodzić, bo wtedy sama na siebie jestem najbardziej zła. Zauważyłam w ostatnich trzech latach zaczynam kolejną robótkę (haft, druty) i mniej więcej w połowie porzucam ją na rzecz nowej, której mi się właśnie zachciało.
Już wcześniej miałam takie skłonności - stąd moja wersalka jest pełna rozpoczętych robótek drutowych, ale teraz to już prawdziwa plaga. Kiedyś jeszcze co którąś tam robótkę skończyłam... teraz to już całkowity dramat.
I najgorsze jest to, że ja robię te hafciki w większości dla siebie, dla własnej przyjemności. Codziennie wieczorem siadam sobie w fotelu przed telewizorem i coś dziubię w ślimaczym tempie - to mi naprawdę pomaga w zwalczeniu zmęczenia i depresyjnych nastrojów. Dlaczego więc nie potrafię zmobilizować się i kończyć każdą rozpoczętą pracę? I nie są to przecież wielkie i trudne prace. Rok kalendarzowy zaraz się skończy, a ja mam dosłownie jeden prosty hafcik (nawet nie wyprany do dziś), który właściwie liczyłby się do minionego roku, bo zaczęłam go robić w święta Bożego Narodzenia - wzorek nijak nie związany ze świętami, taki odstresowujący niebieski wiatraczek. Zresztą poprzedni rok też nie obfitował w zakończone prace.

Policzenie nie bardzo mi się udało, ale na pewno tych porzuconych hafcików jest kilkanaście... a może jeszcze więcej. Lepiej nie wyciągać ich na światło dzienne, niech się pojawią jak już będą gotowe.
Jedyny, który naprawdę powinnam zakończyć jak najszybciej, to metryczka dla mojego Pierwszego Wnuczka. Zanim stanie się zbyt dorosły na jakieś miśki i inne dziecinne głupoty. To już ostatni dzwonek w świetle jego aktualnych zainteresowań. Rozpoczęłam metryczkę, gdy Maluch był jeszcze w brzuszku u swojej Mamy, a właśnie niedawno skończył 5 lat!
Nic dodać...


Skoro nie rozpisuję się o zaległościach, to co z chęciami przyszłościowymi?

Zacząć haftować na lnie.

Wszyscy  (a właściwie wszystkie mówią, że to łatwizna). Jakiś czas temu proponowałam dziewczynom na forum wspólną naukę-zabawę, z prośbą o pomoc instruktażową bardziej doświadczonych forumek. Niestety, zero odzewu - ani chętnych do nauki, ani do nauczania ...  przykre.
Jak nie, to nie... spróbuję sama - zacznę od jakiegoś wzornika, a później może taki obrazek



 Zrobić obrazek tematyczny kilkuelementowy.

Nie określam konkretnego wzoru, bo najpierw kupię ramkę, a potem będę szukać.
Coś w tym stylu


I jeszcze wiele. wiele innych chęci hafciarskich, które siedzą w głowie i na dysku komputera...

Mam też taką naprawdę dużą formę do wykonania, nie dopuszczając myśli, że nie dam rady w tym życiu


To już zaczęłam (w 2013 roku), ale nie do końca opanowałam stronę warsztatową (nie mam tak dużego krosna), więc postawiłam dosłownie kilkanaście krzyżyków. Termin docelowy - październik 2016, ale sama nie bardzo wierzę w taki finał.
To nic, takimi wpisami będę się utwierdzać i nie poddawać zwątpieniu...

poniedziałek, 22 września 2014

Ważne chwile

Dzisiaj jest rocznica jednej z tych moich osobistych szczęśliwych chwil w codzienności...
a rano w radio jak na zamówienie ulubiona piosenka z tamtych lat...
co prawda ta ważna rocznica nie wiąże się z zakochaniem damsko-męskim, ale też z uczuciami...

 

sobota, 20 września 2014

Złość kibicowa


Mistrzostwa Świata odbywają się w moim kraju...
mecze rozgrywane są w moim mieście...
a ja nie mogę obejrzeć polskich siatkarzy w polskiej telewizji!!!

Zawsze byliśmy Kopciuszkiem organizacyjnym, a nawet gdy nasi zdobywali sukcesy to prawdziwie wielkie imprezy odbywały się gdzieś daleko w wielkim świecie. Tak mało mieliśmy w minionych latach dobrych dla nas wydarzeń sportowych - o piłce kopanej w 2012 oczywiście  nie mówię, bo to mnie nie interesuje, a nawet wkurza. Gdy więc dzieje się coś tak pozytywnego jak wspaniała gra naszych zawodników na własnym podwórku, a my możemy sobie tylko popatrzeć na migające informacje w wiadomościach, to może człowieka trafić szlag.

I co z tego, że pewien łaskawca obiecuje odkodowanie meczu finałowego, jeśli będą grali w nim Polacy - doprawdy, ludzki pan! -  I jeszcze ta cała żenująca sytuacja, gdy o coś takiego musi apelować Prezydent państwa.

A tak patrząc z drugiej strony - gdybym wcześniej wydała pieniądze na dostęp, to też pewnie byłabym mocno wkurzona taką zmianą.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Po prostu sierpniowy dzień...

Lato dobiło mnie upałami w stopniu dotąd niespotykanym jak na wytrzymałość mojego organizmu.
Właściwie żyłam jakoś chyba siłą rozpędu...wypełniałam podstawowe obowiązki rodzinne...coś nawet myślałam... ale ze względu na prymitywizm myśli lepiej tego nie ujawniać... nawet coś łatwego czytałam i próbowałam cokolwiek pisać na blogach - z marnych skutkiem jak widać.

Tymczasem na balkonie wyrastają piękne pomidorki koktajlowe


mój duży, wygodny i całkowicie niezagospodarowany balkon to temat na osobne opowiadanie. Na pewno w warunkach, gdy uda mi się opanować złe emocje i pisać w miarę spokojnie.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Higienicznie w drodze

Dawno, dawno temu... w siermiężnych realiach minionego ustroju w publicznych ubikacjach z kranu leciała tylko zimna woda do obtłuczonej i brudnej umywalki... i to wszystko.
W studenckich czasach ( gdy przebywałam praktycznie cały dzień poza domem), woziłam z sobą w torbie mały zestaw higieniczny, czyli miniaturowy ręczniczek i mydełko w malutkiej plastikowej mydelniczce. Niestety już jej nie mam, zaginęła w tajemniczych okolicznościach - szkoda, bo byłaby to nie tylko miła pamiątka. Później nigdy już nei widziałam w sprzedaży takiego małego egzemplarza.
Czasy się zmieniły, dostępne toalety są nowoczesne i wypasione, a jednak... zdarza się prawie deja vu.
Wczoraj, jadąc jedną z naszych autostrad, zatrzymaliśmy się na kawę i bułę w znanym wszystkim fastfudzie. Nie jesteśmy fanami tego typu jedzenia i bardzo chętnie zjedlibyśmy coś polskiego, ale jak się nie ma co się lubi...
Przy takiej okazji korzystamy zawsze z toalet. Tym razem w damskiej z kranu leciał tylko wrzątek, suszarka do rąk atakowała powietrzem godnym Sahary, a w podajniku nie było mydła...
ale był papier toaletowy, który kiedyś trzeba było "zabezpieczyć sobie" z domu.

piątek, 13 czerwca 2014

Dom z widokiem na morze...

Moje odwieczne marzenie.. a są szczęśliwcy, którzy mogą mieć takie widoki... ech...





  Zdjęcia: My Scandinavian Home

środa, 11 czerwca 2014

Piwonie cudnego zapachu

Jak co roku nadchodzą dni upałów, gdy tęsknię za mroźną i śnieżną zimą...
i powtarzam do znudzenia: "nienawidzę upału!"

W ogrodzie trwa czas pięknego kwitnienia, a ja nawet nie miałam czasu na zrobienie zdjęć żółtym irysom.
Teraz na całego szaleją piwonie, których rozwinięte kielichy są tak duże jak talerze. Zrobiłam jedno zdjęcie i pstryk...wymień baterie


niedziela, 25 maja 2014

Smutek na Dzień Matki

"Jestem mamą swojego dziecka - jestem dzieckiem mojej Mamy.
To najwspanialsze chwile - doceniajmy je."

Pisząc te słowa na poprzednim blogu - w 2009 roku nie przeczuwałam, że to już niedługo... że wkrótce nie będę mogła świętować tego dnia z moją Mamą...
Czas nie leczy... nie pozwala zapominać...
Tamtego majowego dnia w roli dziecięcej laurki wystąpił haftowany obrazek.
Bardzo prosty, bo dopiero zaczynałam swoją przygodę z krzyżykami.


Od kilku dni jestem szczególnie rozdrażniona prostactwem reklam z supermarketów, atakujących z radia i z telewizji hasłami "tanie kwiatki na Dzień Matki", "tylko za....złotych" itd. Nie ma tu miejsca na delikatność, liczenie się z uczuciami innych.
Inwazja zaczęła się wcześniej na tych samych zasadach markietingowego nachalnego wpychania klientowi produktów, tak jak to ma miejsce przed świętami. 
Nie możemy zwalczyć tego zjawiska, bo jesteśmy nic nie znaczącym klientem, już na wstępie podejrzanym o wszelkie kradzieże, nieuczciwość - ogólną szarą masą, która nie ma nic do gadania.
Gdyby można było pod groźbą wielkich kar zakazać takiego działania, pierwsza podpisałabym się pod tym.

czwartek, 22 maja 2014

"Jan Sobieski pod Wiedniem" w krzyżykach

Nie mogłam opuścić takiej okazji, jaką był wtorkowy wernisaż wystawy w Muzeum Włókiennictwa.
Chociaż cierpię na coraz większy niedobór czasu, to jednak na pewne sprawy staram się ten czas wygospodarować. Gdy tylko mogę być w dniu otwarcia wystawy, to jestem na miejscu.
Dlaczego?
Chyba to łatwo odgadnąć, szczególnie w przypadkach wystaw, na których twórca/twórcy są obecni.

To nietypowa wystawa związana z malarstwem, bo nie obraz malowany farbami jest jej głównym tematem. To obraz "malowany igłą", jak nieco eufemistycznie mówi się o technikach hafciarskich.

Wkrótce po zakończeniu pierwszego wielkiego projektu jakim było zakończenie w 2010 roku haftowanej wersji obrazu Jana Matejki "Bitwa pod Grunwaldem" (relację zamieściłam na starym blogu, być może ją tu zacytuję) - pojawiła się informacja o podjęciu kolejnego.
I oto mamy drugi haftowany obraz - wielkie historyczne dzieło mistrza Matejki.
Ktoś powie, że to profanacja malarstwa, że haftowana wersja nijak się ma do artyzmu Matejki. Nie podejmuję takiej dyskusji w myśl zasady "de gustibus..."
Ja sama, niedawno (bo zaledwie kilka lat temu) zarażona chorobą krzyżykową, doceniam ogromny wkład pracy współtwórców- wolontariuszy. Wiem, jak "od kuchni" wygląda to lekceważone krzyżykowanie jako gorszy rodzaj haftu. I jestem pełna podziwu dla uzyskanego efektu.
Nie jest łatwo wykonać haftem dobrą wersję malarstwa, często wzory  (a co za tym idzie haftowane obrazy) ocierają się o kicz, albo tym kiczem są.
Ten obraz jest pięknie wykonany i nie ma co go porównywać z malarskim pierwowzorem według takich samych kryteriów. Można i należy go oceniać w kategoriach hafciarskich.

Nie było szans na zrobienie zdjęcia całego obrazu w dniu otwarcia wystawy. Wiadomo, że zawsze przy takich okazjach jest tłok, a twórcy chcą sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie.
To "chwila dla reporterów" i uczestnicy projektu zbiorowo przed swoim dziełem


Tak wygląda haftowany obraz w całości (źródło zdjęcia)

 

A to oryginalny obraz Jana Matejki


Informacje z foldera wystawy, dotyczące pracy nad haftem. 
Liczby naprawdę robią wrażenie!



Organizatorzy zadbali tym razem bardzo dobrze o pierwszą część, przed samą wystawą.
Przygotowane prelekcje były dokładnie związane z samym obrazem, wystąpił Jasnogórski Chór Mieszany - naprawdę nastrój był bardzo patriotyczny. Kiedy chór na początku zaśpiewał pieśń "Gaude Mater Polonia", a na końcu "Bogurodzicę" wszyscy wstawali i w ciszy wysłuchali.
Siedziałam dość daleko, a jeszcze przed wszystkimi siedzącymi kręcili się panowie robiący zdjęcia, więc moje wyszły niezbyt dobrej jakości. Dodatkowo natura zadbała o oprawę dźwiękową, bo w czasie prelekcji o przebiegu samej bitwy przyszła burza z piorunami.

O samym mistrzu Matejce opowiadała pani Maria Serafińska-Domańska - krewna artysty.
Wszyscy uczestnicy projektu otrzymali piękne certyfikaty, napisane językiem stylizowanym na tamtą epokę.

Pojawili się także członkowie historycznych grup rekonstrukcyjnych


Na moich zdjęciach kilka wybranych fragmentów na zbliżeniu






poniedziałek, 17 lutego 2014

Gdy ci kot przebiegnie drogę...

To pierwsze słowa piosenki, która towarzyszy mi od dzieciństwa. Tak mi jakoś utkwiła na zawsze w pamięci, że prawie zawsze mi się przypomina, gdy mam takie kocie spotkanie na ulicy.
W tym przesądnym myśleniu nie mieszczą się koty znajome, czyli koty ogrodowe, ani rodzinne.
Ja sama nie trzymam kotów w mieszkaniu, bo uważam, że to dla nich jest zbytnim ograniczeniem - jedynym wyjściem na świat jest balkon na piętrze, a na dole nieprzyjazny świat okrutnych i bezmyślnych bezkarnych małolatów.
Natomiast prowadzę kocią stołówkę w rodzinnym ogrodzie.
W ciągu ostatnich lat w naszej rodzinie pojawiło się trochę kotów - wiadomo, że każdy inny...
Najdłużej jest z nami kotka łaskawie przebywająca w mieszkaniu mojej córki.



Nieskromnie uważam, że to jest najlepsze kocie zdjęcie, jakie udało mi się zrobić.

To charakterek nie dający się lubić w kategoriach "kotek milutki do głaskania".
Zacytuję fragment posta z mojego starego bloga robótkowego (z 2011 roku).

"We własnym domu mogę sobie korzystać z klawiatury do woli, bez  zwierzęcych niespodzianek.
Nie tak, jak to czasem bywa, kiedy używam laptopa  w innym rodzinnym miejscu, z kotem w pakiecie.
Moja ulubienica (która mnie kocha tylko czasami) - nie zawsze uznaje ludzkie prawa do tego miejsca.
Pozwoliłam sobie na lekkomyślne pozostawienie cieplutkiej klawiatury, bo zachciało mi się kawy!!!
Po powrocie z kuchni...


Kilkuminutowe różnorodne metody perswazji - bez skutku...


Do mnie mówisz?

Mam jeszcze kilka innych ujęć całkowitej obojętności na argumenty, ale w końcu odłożyłam aparat i z dużym narażeniem życia użyłam ścierki do naczyń.
Z ledwością uniknęłam bezpośredniego kontaktu z pazurami wściekłej kotki, która dosłownie rzuciła się na mnie, prychając jak tygrys."

A więc... w światowym Dniu Kota...

 Gdy ci kot przebiegnie drogę, nie mów, że to pech... kot ci szczęście przynieść może, jeśli tylko chcesz...

 

czwartek, 6 lutego 2014

Robótkowo jeszcze świątecznie

W styczniu, odpoczywając po świątecznym maratonie domowo-rodzinnym,  prawie skończyłam serwetkę  ze Świątecznego SAL-a 2013. To był rzeczywisty relaks, bo nie wymagający myślenia przy takiej powtarzalności wzoru.

Serwetka jest prawie gotowa, najłatwiejsza część za mną - haftowanie zakończone.
Teraz pozostało szycie, którego bardzo nie lubię, więc na razie odkładam (aż dojrzeję do tego).
Ale mam nadzieję, że do następnych świąt zdążę.
Bardzo nie lubię szyć - ani ręcznie, ani na maszynie. Mam dwa sprzęty - każdy z innej epoki. Nowoczesny "Łucznik" i przedwojenny "Singer" - to dwie bardzo różniące się maszyny. Singera odziedziczyłam po mojej babci i prawdę mówiąc to jedyna maszyna, na której jako tako szycie mi wychodziło.
Mój mąż, wiedząc o tych moich antytalentach krawieckich, wielkodusznie stwierdził "jak chcesz, to mogę to obszyć". Obawiam się, że tym się skończy. W naszym domu to on jest specjalistą igły - zarówno współczesnej, jak i historycznej. Podziwiam jego dokonania w zakresie rekonstrukcji strojów, wyłącznie technikami dawnymi.



sobota, 11 stycznia 2014

Utrata zaufania

Przeniosłam się w to nowe miejsce, żeby pozostawić wszystkie złe sprawy i złe wspomnienia za sobą, na starym blogu. Planowałam, że będę tu sobie pisać okazjonalnie i zawsze miło - tak dla dodatkowej poprawy humoru.
Oczywiście życie dostarcza ciągle nowych stresów "zewnętrznych" - mam tu na myśli  wszystko, co dzieje się poza rodziną, czyli samo złoooo atakujące z publikatorów. Publikatory to dobre określenie (rodem z minionych czasów). Dla mnie jest teraz symbolem tego złego dziennikarstwa, żerującego na tragediach, szukającego i tworzącego sensacje, karmiącego się nieszczęściami, lansującego armię żałosnych postaci niby-politycznych itd itd.
Można wyliczać w nieskończoność, ale akurat na to mam najmniej chęci.
Uciekam od tej tabloidowej papki, ale czasami pewne wydarzenia mają na nas niechciany wpływ.

Całe swoje życia, od urodzenia (dosłownie) jeżdżę tramwajami. Codziennie. Tak się złożyło, bo mieszkanie na tzw. "peryferiach" miasta miało takie blaski i cienie. Jednym z cieniów była komunikacja, która w moich najdalszych wspomnieniach nie zawsze była przyjemna. Jeździłam najdłużej takimi tramwajami



chociaż i starsze wagony pamiętam


Rodzice nigdy nie mieli samochodu, więc trzeba było tylko i wyłącznie prowadzić to tramwajowe życie.

Rola pasażera tramwajowego bywała różna, ale zawsze miałam poczucie bezpieczeństwa ze strony motorniczego.
Naiwnie ? Być może... jednak bardzo często obserwowałam pracę motorniczych, bo z powodu tłoku starałam się (już od dziecka) dopchać do miejsca z przodu wagonu, żeby chociaż z jednej strony cokolwiek widzieć i móc oddychać. W tamtych czasach to był naprawdę problem dla dzieciaków, gdy trzeba było w godzinach szczytu dostać się do środka i uniknąć zgniecenia w tłoku. A wejście było tylko z jednej strony (z tyłu) i w środku ruch jednostronny - do przednich drzwi. Pamiętam jeszcze, gdy przy wejściu na specjalnym siedzeniu siedział konduktor. Tak, naprawdę pamiętam tak dawne czasy.

I tak stojąc przy barierce za motorniczym widziałam jego pracę - nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że ten człowiek, prowadzący pojazd pełen ludzi może być pijany.

Teraz, po tragicznym wypadku na Piotrkowskiej, moje dotychczasowe zaufanie zniknęło na zawsze. Zresztą od dawna widzę lekceważący sposób pracy nowego pokolenia motorniczych - gadanie przez komórkę, słuchanie głośnego radia, puszczanie wiązanki pod adresem kierowców, widoczne braki w wyszkoleniu zawodowym.

Jadąc w poniedziałek po tym wypadku miałam dziwne uczucie. Tramwaj był prowadzony nerwowo, można powiedzieć "ze złością". Gwałtowne przyspieszenia na krótkich odcinkach, hamowanie jak to się mówi "jak z kartoflami". Wysiadając przyjrzałam się prowadzącemu - to była młoda kobieta.
Chyba musiała wyładować się po przymusowych kontrolach trzeźwości, zarządzonych po wypadku.
Szkoda, że na pasażerach...

niedziela, 5 stycznia 2014

Babka w różnych wersjach

Chodzi o babkę ziemniaczaną, o której istnieniu dowiedziałam się z internetu. I dowiedziałam się także, że to danie regionalne, które jakoby znają tam wszyscy. Stwierdzenie, że jest to potrawa znana w każdym domu (chałupie) na podlaskiej wsi, nie przekonuje mnie wcale. To kolejny przykład uogólnień i wskazówka ograniczonego zaufania do słowa pisanego w sieci. Tutaj szczególnie łatwo przychodzi wielu piszącym stawiać swoje prywatne zdanie i doświadczenia życiowe jako obowiązującą wszystkich normę. Wielokrotnie śmieszyły mnie (bo co innego można zrobić) szczególnie wpisy początkujących w kuchni blogerek pod hasłem "klasyczne coś...". Czytam posta "Klasyczna zupa jakaś tam" i widzę składniki kompletnie mi obce. Nigdy w życiu nie jadłam, ani nawet nie czytałam przepisu na taką dziwną dla mnie zupę pomidorową, ogórkową, czy jeszcze inną. A tu dziewczątko wali prosto z mostu, że to klasyka. Nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że to owszem klasyka, ale u niej w domu.

Podobnie z babką ziemniaczaną. Mam w dużym stopniu korzenie podlaskie - ze strony mojej Mamy. Wielokrotnie jeździłam do dziadków na wakacje, na prawdziwą zabitą dechami podlaską wieś. Byłam "w gościach" u różnych ciotek w okolicznych wsiach i nigdy nie jadłam tam babki ziemniaczanej.

Spotykając co jakiś czas na kulinarnych blogach przepisy na taką babkę, nabrałam po prostu ochoty na wypróbowanie tego smaku. Przejrzałam swoje książki kucharskie pod tym kątem i oczywiście znalazłam takie  przepisy. A pierwszy w przedwojennej książce Ochorowicz-Monatowej - "Babka z kartofli wypiekana w piecu".
Dzięki tej książce dowiedziałam się, że babka ziemniaczana to nie tylko wypiek z surowych kartofli, ale także z gotowanych.
A ponieważ  po dużym rodzinnym obiedzie zostało mi sporo ugotowanych ziemniaków  (nie wiadomo nigdy, ile goście zjedzą), więc akurat składnik podstawowy był.
Zrobiłam własną wersję: osobno ugotowałam suszone grzyby (w niewielkiej ilości wody, z przyprawami - tak jak do sosu grzybowego). Ugotowanie ziemniaki rozgniecione na purre wymieszałam z cebulką (drobno pokrojoną, przesmażoną na złoty kolor). Naczynie żaroodporne natłuściłam masłem i posypałam tartą bułką. Warstwa ziemniaków, warstwa grzybów, warstwa ziemniaków posypana jeszcze tartą bułką. I do piekarnika na około 30 minut w temperaturze 180 stopni (tak mniej więcej, bo wszystkie składniki już były gotowe i nie musiały się długo dopiekać). Nie dodałam jajka do ziemniaków, może następnym razem. Tym bardziej, że mąż zobaczywszy ten wypiek, zapytał "a dlaczego nie w formie babki?"


Krótko po tym wypróbowałam przepis najczęściej spotykany, czyli z surowych ziemniaków.
Wybrałam przepis Mony z bloga M jak marzenie - zawsze staram się wybrać opis potrawy od osoby pochodzącej/mieszkającej na danym terenie. To także odnosi się do blogów Polek, które mieszkają za granicą i piszą na swoich blogach o miejscowej kuchni.


Ten pierwszy smak ziemniaczanej babki nie zachęcił mnie od następnych prób, dlatego, że czułam głównie placki ziemniaczane w pieczonej formie. Smak surowych ziemniaków nie pasował mi w tej wersji.

I z babką ziemniaczaną jest tak, jak z bigosem i wieloma innymi potrawami - każda gospodyni ma swoją własną klasyczną wersję.